Władza znowu nie lubi prywatnego biznesu

O przedsiębiorczości w czasach zarazy, popandemicznej sytuacji gospodarczej, związkach lokalnego biznesu ze sztuką oraz pewnym 16-kondygnacyjnym marzeniu z Edwardem Osiną, znanym szczecińskim przedsiębiorcą, mecenasem sztuki i właścicielem firmy Calbud rozmawia Dariusz Staniewski. 

Autor

Dariusz Staniewski

W  jaki sposób, Pana zdaniem, pandemia wpłynęła i ciągle wpływa na sytuacje gospodarczą w Szczecinie i regionie? Co zmieniła np. w prowadzeniu firm?

Pandemia nas zaskoczyła i zaskakuje nadal prawdopodobnie większość państw, w tym mocarstwa, a co dopiero polski czy szczeciński biznes. Są naturalnie branże, które z racji swej specyfiki działania i oferowanych produktów czy usług przeżywają teraz wyjątkowe żniwa. Są jednak i takie, których kosztem toczona jest walka z pandemią. Rozumiem poczucie krzywdy i braku odpowiedniego zadośćuczynienia tych ostatnich. Sektor budowlany jest gdzieś po środku. Zmniejsza się ilość inwestycji, tak publicznych, jak i zwłaszcza niepublicznych. Pracujemy w trudniejszych warunkach, częściowo zdalnie. Prywatni przedsiębiorcy jednak mogą się zdecydować na nowe inwestycje w momencie, kiedy będą widzieli źródła ich finansowania i perspektywę zwrotu kapitału. 

A tego teraz zbytnio nie widać. 

Niestety, nie. Zachowanie banków jest przesadnie zachowawcze. Obserwacje ostatniego roku sugerują, że świat nie będzie już taki sam po pandemii. Rządy niechętnie będą pozbywały się nadzwyczajnych uprawnień i narzędzi. Również u nas to widać, co gorsza mam wrażenie, że czasem nasza władza ulega złudzeniu, że zdrowa gospodarka to ta zdominowana przez sektor publiczny. To już było i wiemy jak się skończyło. Interwencjonizm  i patriotyzm gospodarczy są zasadne, pełzające upaństwowienie biznesu już nie. Mam wrażenie, że prywatny biznes jest niektórym niepotrzebny, że to wszystko idzie w kierunku  centralizacji. Mam nadzieję, że to tylko złudzenie. Nie wyobrażam sobie sytuacji kiedy my przedsiębiorcy stracimy ten impet, który wypracowaliśmy z trudem przez ostatnich 30 lat, szczególnie teraz, gdy dojrzeliśmy by bez kompleksów konkurować na rynkach unijnym i światowym. 

Do tego potrzebne są pieniądze.

Dlatego tak ważne są źródła finansowania inwestycji, do których dostęp ma nasza międzynarodowa konkurencja. Polski biznes jest kreatywny. Natomiast  strona administracji nie za bardzo to rozumie. Lokalni i centralni urzędnicy, banki, a nawet agendy rządu dedykowane przedsiębiorczości są czasami najeżone przeszkodami nie do przebycia dla prywatnego biznesu. A powinno być odwrotnie. Państwo powinno wspierać nie tylko państwowe inwestycje, ale i prywatne. 

Jak będzie wyglądać popandemiczna rzeczywistość gospodarcza ?

Przetrwają i rozwiną się na pewno firmy IT, e-commerce i logistyczne. Hotele, restauracje, przemysł czasu wolnego, czyli wszyscy, którzy potrzebują dosłownie i bezpośrednio klienta na co dzień, mogą mieć problem z dalszą działalnością. Dla wielu zamrożenie to nie hibernacja, a odroczony kres biznesu. Nie wszyscy są na tyle silni by wytrzymać. Przemysł i sektor budowlany są na tej osi szans pośrodku. Przetrwają Ci, którzy potrafią się dostosować, jeszcze bardziej zracjonalizować swe działanie i nie ulec pokusie dumpingu. Również dla nas to trudny czas. Wybudowaliśmy dwa hotele i de facto zabrania nam się  je otworzyć dla gości. Za to państwowy bank oczekuje normalnej spłaty, jakby pandemii i rządowych obostrzeń nie było. Liczymy na powrót do normalności i dostosowanie ewentualnych ograniczeń do tych, jakie widzimy w innych krajach UE. Branża budowlana do tej pory była rozpędzona dzięki kontraktom podpisywanym jeszcze kilka, kilkanaście  miesięcy temu. Jest mniej nowych zleceń, nowych przetargów. Restaurację można zamknąć w ciągu kilku dni. Natomiast koszty zamknięcia, ograniczenia produkcji w branży budowlanej są katastrofalnie duże. Dajemy pracę setkom ludzi, mamy znaczne koszty bieżące. Potrzebujemy cały czas zleceń. Od tego zależy los firmy i pracowników, a także wielu kooperantów. Ale fakty są takie, że na dzień dzisiejszy w branży budowlanej  już się zaczął kryzys. Nie jest on pierwszym, który przetrwamy.

Czy inwestycje jakie są podejmowane w mieście, to właściwy kierunek? Czy nie za bardzo szarżujemy? Tak przynajmniej pewne środowiska w mieście zarzucają władzom Szczecina.

Cenię Pana Prezydenta Piotra Krzystka. Zarządza Szczecinem odpowiedzialnie, wręcz konserwatywnie, ale nie zachowawczo. Nie wikła się w międzypartyjne utarczki. Musze pochwalić go za poziom inwestycji, szczególnie w rozwiązania komunikacyjne i ekologię, bo one są podstawą. Byle były racjonalnie przygotowane i dopilnowane. Moim zdaniem inwestycji w Szczecinie jest jeszcze za mało. Potrzeba nam ludzi kreatywnych, którzy będą inspirować innych. Niestety o rodzimych inwestorach, przedsiębiorcach, nie mówi się kręgach władzy zbyt dobrze. Króluje zasada „cudze chwalicie swego nie znacie, nie doceniacie”. 

Brak nam lokalnego gospodarczego patriotyzmu?

Tak. To jest jakaś choroba, jakiś defekt, kompleks może. Nie mogę tego zrozumieć. Na różnych oficjalnych spotkaniach pojawiają się głosy oficjeli, decydentów: „będziemy was wspierać”. Ale później, gdy schodzimy na poziom konkretów, gdzieś to znika. Nie wygrywamy często przetargów, nie dlatego, że czegoś nie jesteśmy w stanie zrobić lub nie potrafimy. Często lokalni zamawiający, zwłaszcza sektora publicznego kształtują tak warunki przetargów, że lokalne przedsiębiorstwa nie mogą brać w nich udziału. Praktyka taka zazwyczaj nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia dającego się oficjalnie usprawiedliwić. A jednak to ci miejscowi inwestorzy decydują się na pewne projekty, których inni nigdy by się nie podjęli szukając bardziej rentownych okazji. Mam na myśli choćby Posejdon. Uznani warszawscy czy zagraniczni inwestorzy uważali, że Szczecin nie nadaje się do takiej inwestycji jaką przeprowadziliśmy. A my to zrobiliśmy, po trochu z miłości do naszej małej ojczyzny. Ja się w tym projekcie zakochałem jak w pięknej kobiecie. Czasem poza kalkulatorem liczy się również coś więcej. Wszyscy nam się przyglądali, niektórzy jakby czekali kiedy nam się noga podwinie. Na tle tego, jak traktuje się inwestorów zagranicznych, my byliśmy zdani sami na siebie. Jeżeli coś tak spektakularnego buduje się w mieście i to nie ze środków publicznych, to raczej władze - samorząd miejski i województwa powinny trzymać nad tym pieczę, służyć pomocą, wsparciem. Jeżeli przecież np. coś źle przeprowadzimy, zrealizujemy w centrum miasta, to pozostanie to już na następne 50, 100 lat. Miasto to nie firma, to organizm. Wszyscy jesteśmy jego częścią.

Skoro wspomniał Pan o Posejdonie. Sam obiekt już jest uznawany za nowy symbol miasta, symbol nowoczesnego miasta. Czy pandemia odciśnie na nim swoje piętno?

Zakończyliśmy realizacje tego projektu w momencie, kiedy rozpoczęła się pandemia. Zablokowała nam otwarcie 2 hoteli pod światową marką, które znajdują się w tym kompleksie. Cześć firm przejściowo wycofała się z najmu powierzchni biurowej. Wielu z nich już do nas wróciło. Było trudno, przez długi czas w pełni finansowaliśmy inwestycje ze środków własnych, ale nie spuściliśmy z tonu. To co zaplanowaliśmy, wykonaliśmy, bez obniżania poprzeczki ustawionej niezwykle wysoko pod każdym względem. Posejdon to nowoczesny budynek, na miarę XXI wieku. Polska chwaliła się nim w trakcie Światowego Szczytu Klimatycznego. Cały czas analizujemy jak funkcjonuje. Chcemy, aby de facto był swego rodzaju instytutem naukowo – badawczym, aby pracowali w nim i nad nim studenci, naukowcy z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego, np. przy zagadnieniach związanych ze źródłami ciepła.  

Kilka miesięcy temu Szczecinie odbyło się forum gospodarcze, w którym uczestniczyli przedsiębiorcy z Polski i Niemiec. Wydarzenie zorganizowano w kooperacji z  Calbudem. Pan był jego inicjatorem?  Co miało na celu?

W Niemczech od niemal 30 lat działa organizacja biznesowa – Stowarzyszenie Przedsiębiorców Pomorza Przedniego. Zrzesza ponad 300 firm. Dwa lata temu nasi niemieccy partnerzy zaproponowali, aby dołączyli do nich polscy przedsiębiorcy ze Szczecina i regionu. Byliśmy pierwszą  polską firmą, która do niej przystąpiła. Z wieloma jej członkami współpracujemy od niemal 30 lat na terenie Polski i Niemiec. To bardzo porządni i prężni przedsiębiorcy. Kilka miesięcy temu w siedzibie Calbudu przy ulicy Kapitańskiej Stowarzyszenie utworzyło swoje biuro. Niemcy będą tutaj nawiązywać kontakty biznesowe, a my na ich terenie. Kilka miesięcy temu powstała nasza firma na prawie niemieckim, choć już od dawna jesteśmy obecni jako wykonawca na terenie północno-zachodnich Niemiec. Chcemy zacząć tam działać również jako inwestor prowadząc własne inwestycje deweloperskie.

Jest Pan kojarzony przede wszystkim z branżą budowlaną. Ale sporo się też słyszy o Pana działalności jako mecenasa sztuki. Jest Pan prezesem Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Narodowego. W wielu wypowiedziach podkreślał Pan, że biznes, sztuka i kultura powinny być ze sobą ściślej związane. Nadal Pan tak uważa? Czy szczeciński biznes stać na sponsorowanie sztuki i kultury? Czy jest tym zainteresowany? Czy dla biznesu jest to biznes?

W dalszym ciągu tak uważam i w tym kierunku działamy. Bez rozwoju kultury nie ma rozwoju gospodarczego. Sztuka pozwala nam być bardziej kreatywnymi, myśleć nie tylko analitycznie, ale abstrakcyjnie. Czy lokalny biznes stać na takie działania? Na pewno. Tylko moi koledzy, ludzie działający na własny rachunek, nie zawsze to widzą podobnie. Chodzi zarówno o działalność pro publico bono, jak i inwestowanie w sztukę. Naturalnie, w tym drugim przypadku nie jest to proste, ani dochodowe w krótkiej pespektywie czasu. To tak nie działa. W siedzibie Calbudu od dawna eksponowane są dziesiątki obrazów, rzeźby. Mamy więc w firmie kontakt ze sztuką na co dzień. Zauważyłem, że dzięki temu nasi pracownicy zwracają na nią większą uwagę, interesują się nią, zaczęli ją kupować. Kiedy na kilka dni zdjęliśmy wszystkie obrazy ze ścian zrobiło się dziwnie. Nie mogliśmy bez nich wytrzymać, naprawdę. Ściśle współpracujemy z Muzeum Narodowym w Szczecinie. Mamy Galerię Kapitańską. Podejmujemy własne i wspieramy inne inicjatywy artystyczne. 

Jakie konkretnie?

Np. obecnie na ścianach budynku przy ulicy Strzeleckiej powstają obrazy  szczecińskiej artystki Katarzyny Meronk, inspirowane twórczością Henri Matisse’a. Zauważyliśmy, że mieszkańców to bardzo interesuje. Rzeźby naszych lokalnych artystów umieszczamy w przestrzeni naszych inwestycji. Mam nadzieję, że ludzie będą to szanować. Ubolewam, że po 30 latach nie ma większego zainteresowania lokalnego biznesu łożeniem na sztukę, inwestowaniem w nią i w wydarzenia kulturalne. Mam na myśli np. fundusz, który rocznie gromadziłby 2 może 3 miliony złotych przeznaczając je na organizacje pozarządowe zajmujące się sztuką, kulturą. Do tego wciąż nie możemy jako lokalny biznes dojrzeć. Ale ja nadal jestem optymistą i nie ustaję w przekonywaniu potencjalnych założycieli.  

Podczas wspominanego już Polsko-Niemieckiego Forum Gospodarcze z ubiegłego roku mocno Pan prezentował swój pomysł kolejnej szczecińskiej inwestycji. W jednym z wywiadów tak Pan o nim mówił kilka lat wcześniej: „Moim celem jest wybudowanie w obrębie ul. Jana z Kolna i Kapitańskiej budynku, który przejdzie do historii. Tu mieściłaby się m.in. siedziba naszej firmy. Chcę wybudować coś, co będzie wyjątkowe i rozpoznawalne. Tu jest moje życie i nie możemy tu postawić byle czego”. Na czym polega ten projekt? Na jakim jest w tej chwili etapie? Czy zostanie zrealizowany czy pozostanie tylko w Pana
marzeniach?

Miasto dążyło do tego, żebyśmy zabudowali jak najszybciej jedynie działkę bezpośrednio przy ulicy Jana z Kolna. To tysiąc metrów kwadratowych. Kiedyś stały tam parterowe pawilony. Płaciliśmy dodatkowe opłaty za wieczyste użytkowanie przez wiele lat. W końcu udało nam się wykupić ten teren na własność i dołączyć dodatkowe niewielkie działki. W sumie to ponad trzy tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Przygotowaliśmy koncepcję,  zaznaczam, wstępną. Chciałbym żeby powstał tam budynek 16 kondygnacyjny, przypominający strukturą kryształ. Uczestnikom tego polsko-niemieckiego forum gospodarczego bardzo się to podobało. Moim zdaniem w tym miejscu powinno powstać coś wyjątkowego, również  jako element współpracy polsko – niemieckiej. Uważam, że jako sąsiedzi powinniśmy razem działać. I będziemy działać. Zdaje się jednak, że Miasto prawdopodobnie nie chce tej inwestycji. W chwili obecnej opracowywany jest plan zagospodarowania przestrzennego tego terenu i wszystko wskazuje na to, że mógłby tam powstać tylko budynek o pięciu kondygnacjach. 

To Pana nie satysfakcjonuje?

Powiedziałem Prezydentowi Szczecina wprost: jeżeli nie będzie dla tego terenu dobrego planu, to nie powstanie tam coś bez wyrazu. Teren poczeka na czasy, kiedy zmieni się atmosfera, kiedy faktycznie ten obiekt będzie mógł być wyjątkowy. Czekamy na decyzję. Jesteśmy skłonni do dyskusji co do kształtu, architektury tego obiektu, chętnie przedstawimy przykłady podobnego myślenia  i realizacji ze Skandynawii, czy Kanady. Chcemy by był to obiekt wyjątkowy, wręcz jedna z ikon Szczecina. W żadnym stopniu nie kłóci się to z panoramą Wałów Chrobrego oddalonych o kilkaset metrów. Z natury jestem optymistą, liczę więc na zdrowy kompromis.

Prestiż  
Marzec 2021