Drugie życie wrotek

Migoczące światła, blask dyskotekowej kuli i głośna muzyka, najlepiej stare dobre disco z lat 70. i 80. Do tego sporych rozmiarów parkiet z barierkami i para kolorowych wrotek.  Ten sposób zabawy powrócił do łask jakieś dwa lata temu, a obecnie święci triumfy także i w Polsce. 

Autor

Aneta Dolega

Pod koniec lat 70. minionego wieku, w złotych czasach disco, filmu „Gorączka sobotniej nocy” i nowojorskiego klubu nocnego Studio 54, w Hollywood powstało kilkanaście wrotkarni, gdzie jak w dobrej dyskotece z tamtego okresu, goście mogli potańczyć, z jedną tylko różnicą – impreza odbywała się na wrotkach. Ten sposób spędzania czasu bardzo szybko stał się popularny. Coraz więcej osób przerzuciło się na wrotki. We wrotkarniach organizowano turnieje, gdzie zawodnicy popisywali się znajomością różnych figur akrobatycznych. Zwykła jazda w kółko przestała być atrakcyjna. W 1979 do amerykańskich kin weszły dwa filmy z wrotkami w rolach głównych. W „Skatetown U.S.A.” zagrał i zatańczył (oczywiście na wrotkach) sam Patrick Swayze, natomiast w „Roller Boogie” Linda Blair (ta sama, którą w „Egzorcyście” opętał diabeł) zachwycała poczuciem rytmu i akrobacjami na czterech kółkach. Z tych czasów pochodzi przebój Cher „Hell on wheels”. W teledysku, który powstał do tego utworu wokalistka porusza się na wrotkach, ubrana w bardzo seksowny kombinezon w zebrę.

Odpowiedni wygląd to także część całej wrotkowej kultury. – W jeździe na wrotkach poza samą frajdą jazdy, bardzo atrakcyjna jest otoczka – nie ukrywa zachwytu Anna Misztela, akrobatka i tancerka. – Te seksowne szorty, długie kolanówki, kolorowe, obcisłe koszulki i oczywiście wrotki – to wszystko sprawia, ze czujesz się świetnie i seksownie. Jak dołożymy do tego muzykę, światła i parkiet to mamy dyskotekę rodem z amerykańskiego klubu disco.

Wrotki, podobnie jak pokrewne rolki czy łyżwy to bardzo dobry sposób na złapanie kondycji i utratę niepotrzebnych kilogramów. – Po godzinie jazdy na wrotkach naprawdę porządnie się spocimy o utracie kalorii nie wspominając – przekonuje Anna Misztela.  – Do tego, ten rodzaj aktywności ładnie obchodzi się z naszą sylwetką, nie obciąża stawów jak bieganie i z jego dobrodziejstw może skorzystać każdy. Również sama nauka jazdy na wrotkach nie jest trudna. 

Skąd właściwie wzięły się wrotki, nazywane dawniej „łyżwami ziemnymi”. Ich historia rozpoczyna się w Belgii, w XVIII wieku. Pierwsze wrotki, niestety bez zainteresowania (były to buty z czterema ciężkim kółkami) zaprojektował Jean –Joseph Merlin. Trzydzieści lat później Francuz Vanllede skonstruował o wiele lżejsze i bardziej finezyjne „łyżwy ziemne” niż jego poprzednik. Wrotki, które znamy dziś skonstruował pod koniec XIX wieku Amerykanin James Plimpton. Regulowana podeszwa buta, odpowiedni układ kółek, pozwalający na balansowanie ciałem przypadły do gustu całym rodzinom. Pierwszą wrotkarnię otwarto w Cincinatti w 1867 roku, dziesięć lat później wrotkarnia pojawiała się w Berlinie a w 1913 w Polsce, dokładnie w Dolinie Szwajcarskiej. 

Dwa lata powróciła moda na wrotki, która zawitała również do Szczecina. Rok temu przy ulicy Twardowskiego powstała wrotkarnia. Rolling Wings wzoruje się na amerykańskich wrotkarniach, ma odpowiedni parkiet, całą muzyczno – świetlną otoczkę i jedyny w swoim rodzaju klimat. Prowadzi ją grupa entuzjastów, którzy ten barwny trend postanowili przenieść na nasz teren. Do dyspozycji klientów jest ponad 150 par nowych wrotek (można przyjść również z własnym sprzętem), do tego kaski, ochraniacze wszystko na 1000 m2 powierzchni, z parkietem, kolorowymi lożami, szatnią i barem. Można wpaść tu wyłącznie pojeździć rekreacyjnie, ale można też trafić na szaloną imprezę.

3( 9)
Sierpień'18
gajda