Niesamowici bracia

Beniamin M. Bukowski, „Niesamowici bracia Limbourg”,
reż. Daniel Jacewicz, Teatr Piwnica przy Krypcie w Szczecinie

Bohaterami spektaklu są Bracia Limbourg – niderlandzcy malarze, zajmujący się sztuką iluminowania rękopisów. W tekście Beniamina M. Bukowskiego poznajemy ich twórczość oraz wiele historycznych faktów, ale tak naprawdę to samodzielny traktat o sztuce i artyście, o miejscu mecenatu w twórczym procesie i jednocześnie, albo przede wszystkim o artystycznej wolności. Interpretacja Daniela Jacewicza przywołuje także wiele współczesnych symboli, z aktualną sytuacją polityczną w Polsce, w jednej z głównych czy wyrazistszych ról. 

Autor

Daniel Źródlewski

To arcyzabawne przedstawienie jest jednocześnie mariażem teatralnego warsztatu – wywodzący się z alternatywnego nurtu reżyser, pracuje tu z zawodowymi aktorami. Choć Jacewicz ma już kilkunastoletnie doświadczenie, wciąż operuje technikami przynależnymi dla off-u. To zderzenie dwóch warsztatowych światów wyraźnie widać, ale to absolutnie nie zarzut, lecz atrybut tej realizacji. Widziałem momenty, w których aktorzy zmagali się z zadaniami powierzonymi przez reżysera, ale też sytuacje dokładnie odwrotne. Świetnym i skutecznym zabiegiem było wtłoczenie weń szeroko pojętego dystansu, i to ewidentnie po obu stronach scenicznej barykady. Efektem tego pojedynku są fenomenalne role całej czwórki zespołu, którzy bawiąc się ze sobą, bawią do łez publiczność. Trzeba zobaczyć rozkapryszoną i momentami słodko wkurzoną księżną Magdaleny Stachowskiej–Wrani. Pokładałem się ze śmiechu przy werbalnych zmaganiach Adama Kuzycza–Berezowskiego, czy mistrzowskich, teatralnie wręcz akrobatycznych, popisach Rafała Hajdukiewicza. Nie zawiódł także Maciej Sikorski, nagrodzony w grudniu ubiegłego roku „Srebną Ostrogą” w konkursie „Bursztynowy Pierścień”. Co ciekawe, obaj panowie są świeżo po rolach w pleciugowym „Disco macabre”, do którego zapuścili gustowne wąsiki, które świetnie wpisały się także w tę, osadzoną w średniowiecznych realiach, produkcję. Wspomniany wcześniej dystans dotyczy niemal każdego aspektu tej realizacji – twórcy puszczają do widzów oko, ale nie czynią z tego absolutnie żadnej tajemnicy. I konwencja spektaklu i krój ról, pozwalają nawet na pełnoprawne „zgotowanie się” aktorów oraz sporą dozę improwizacji, także z udziałem publiczności, która także ma w spektaklu do odegrania pewną rolę. Oryginalnie rozplanowano układ niewielkiej przestrzeni zamkowego teatru, wykorzystując każdy jej zakamarek – nieożywiony i ożywiony (kreacje akustyka i oświetleniowca). Aktorzy grają między publicznością, i z publicznością. Ta bliskość likwiduje (znów to określenie) dystans między sceną a widownią. Ciekawie wypada warstwa muzyczna, konsultowana z Lesją Szulc. W spektaklu usłyszymy wiele gatunków muzycznych, z tak uwielbianym przez Jacewicza i jego Teatrem Brama, archaicznym, białym śpiewem. Kostiumy Sylwii Kaźmierzowskiej nawiązują do czasu akcji, ale w pewnych scenach w których aktorzy wyraźnie zmagają się z materią (materiałem?), także do wszędobylskiego dystansu. Michał Banasik ograniczył scenografię do minimum, której głównym elementem jest tryptykowy ołtarz, w którego skrzydłach wyświetlane są animacje inspirowane oryginalnymi „Bardzo bogatymi godzinkami księcia de Berry”. Jeśli miałbym wytknąć nieudane pomysły, to mimo osobistego zaangażowania w aktualną politykę, nie uważam, by tak nachalne i jednoznaczne jej uprawianie służyło produkcji. Nie zaprzeczam, polityczne odniesienia ubawiły mnie bezgranicznie, ale wyraźnie gryzą się z atmosferą spektaklu i jego głównym przesłaniem. 

 
1( 100)
Styczeń'17