W górach bez tlenu

- Pierwszy raz pojechałem w góry mając 10 lat, w dużej mierze dzięki Kościołowi, który pomagał rodzinom internowanych – wspomina Waldemar Kowalewski. Ten rodowity szczecinianin ma za sobą dwa udane wejścia na ośmiotysięczniki w Himalajach. Przed 3 miesiącami zdobył Manaslu, w wyprawie bez użycia tlenu.

Autor

Jerzy Chwałek

O pierwszych kontaktach z górami mówi z rozrzewnieniem i spokojem, choć wtedy spokoju w rodzinie Kowalewskich nie było. Ojciec Waldemara, Zbigniew Kowalewski, lekarz i ordynator szpitala w Zdunowie, był też aktywnym działaczem Solidarności. – Tata był dosyć systematycznie więziony, jak również internowany – opowiada Waldemar. – A jeśli tak się działo, to nie mógł pracować i zarabiać na utrzymanie rodziny. Żyliśmy z pensji mamy, która była dentystką.

Kolonie w górach 

– Kościół wspierał rodziny internowanych. Dzięki temu wraz z dwoma braćmi spędzałem dwa miesiące wakacji na koloniach w górach – mówi. – Spaliśmy u gospodarza na sianie, a dzień spędzaliśmy na wędrówkach.

W przypadku Waldemara, skończyło się to miłością do gór na całe życie.

– Nawet gdy mieliśmy z żoną ciche dni w domu, to lubiłem wyjechać i wybrać się na Śnieżkę albo Szrenicę. Wejść, a później zjechać na nartach kilka razy – opowiada z uśmiechem. – Takie „fizyczne upodlenie” przynosiło refleksję i odświeżało głowę.

To jednak wspólnie z żoną wyznaczył sobie cel zdobycia Korony Ziemi - najwyższych szczytów wszystkich kontynentów. Pewnie by to zrobili, bo weszli na Kilimandżaro, Mount Blanc, Aconcaguę i Elbrus. Ale wtedy w jego życiu pojawiły się Himalaje.

– Urzekły mnie i „zajarały” mówiąc młodzieżowym językiem – wspomina rok 2012, gdy podjął wyprawę na Manaslu, która miała być przygotowaniem do wejścia na Mount Everest. – Urzekły mnie nie tylko szczyty, ale trekking u podnóża gór i cała przyroda Himalajów. Wówczas nie było mu dane wejść na Manaslu, bo zbyt późno rozpoczął wyprawę i przerwały ją niekorzystne warunki pogodowe. 

– Może dobrze, że tak się stało, bo lawina zabrała wtedy szesnastu alpinistów i kto wie, czy nie byłbym wśród nich – wspomina Kowalewski, który prywatnie jest właścicielem firmy Soko-Developer, zajmującej się budową domków jednorodzinnych.

W 2015 roku znalazł się w Nepalu, gdy z Himalajami chciał zapoznać najstarszego syna, Jakuba. Zrobił to, a później brał udział w ratowaniu ludzi po największym trzęsieniu ziemi, jakie nawiedziło ten kraj.

Wcześniej, bo w 2104 roku brał udział w wyprawie na najwyższy szczyt świata Mount Everest, zakończonej pełnym sukcesem. Jednak nie poprzestał na tym i chciał zdobywać kolejne ośmiotysięczniki, szczególnie bez użycia tlenu. 

– Nie jest himalaistą ktoś, kto wejdzie na 8-tysięcznik używając tlenu – podaje swoją definicję himalaisty. – Okej, większość ludzi tak uważa i takie wejście jest wyczynem, ale w naszym świecie alpinistów myślimy inaczej. Himalaistą jest ten, kto zdobędzie 8-tysięcznik bez użycia tlenu, bo to jest najbardziej czyste sportowo wejście. Mount Everest jest trudno zdobyć bez użycia tlenu i zrobiło to zaledwie trzydzieści kilka osób, ale pozostałe szczyty są do zdobycia.

20 metrów od śmierci 

Właśnie taka dewiza i fakt, że przegrał z Manaslu przed czterema laty motywowało go do podjęcia drugiej próby. Zrobił to we wrześniu ubiegłego roku.

– Żeby podjąć próbę ataku na szczyt trzeba przejść odpowiednią aklimatyzację, możliwie wysoko jak się da – opowiada o ostatniej wyprawie. – Chciałem ją przejść wspólnie z dwoma kolegami z Danii i Nepalu, na wysokości 7300. Gdy dochodziliśmy do siedmiu tysięcy metrów zerwała się lawina. Dosyć późno zauważyliśmy, jak leciały wprost na nas kawały lodu o wielkości samochodu i twardości betonu. Być może uratował nas wiatr bardzo mocno wiejący w lewą stronę, czym zmienił trochę kierunek lawiny. My zaczęliśmy biec w prawo. Po pokonaniu 40 metrów, co jest nie lada wyczynem na tej wysokości i w ciężkim ubraniu, wbiliśmy mocno czekany, a głowy schowaliśmy między kolana, na strusia. Całe szczęście lawina przeszła 20 metrów od nas i oberwaliśmy tylko drobnymi odłamkami lodu i kamieni – wspomina.

Nie boi się stromych ścian i wysokości, ale panicznie boi się lawin. – Bo są nieobliczalne – zwierza się. Ta, którą spotkał ruszyła z wysokości 7500 metrów i zeszła bardzo nisko. Czy po czymś takim chce się komukolwiek iść do góry? – Ja chciałem, ale koledzy mieli inne zdanie. Wróciliśmy do obozu a potem niżej, do głównej bazy. Odpoczywaliśmy i czekaliśmy na okno pogodowe, żeby móc zaatakować szczyt – mówi. Atak na szczyt Manaslu, liczący 8156 metrów, nastąpił dopiero po tygodniu.

Łzy na szczycie

– Z głównej bazy do I obozu szliśmy cały dzień pokonując 1100 metrów – wspomina. – Następnego dnia przemieściliśmy się na 6400 metrów. Później każdego dnia coraz wyżej, do wysokości 7400. Tam nie było już spania, bo jest mało tlenu. Poza tym trzeba się nawodnić, a na tej wysokości i w temperaturze -30 st. woda gotuje się przez godzinę – dodaje.

O północy ruszyli na główny szczyt, który zdobyli dokładnie po 13 godzinach wspinaczki. – Było ciężko, miałem wrażenie, że chyba bym nie zrobił już nawet dziesięciu metrów więcej – mówi. – Na szczycie łzy lecą bez względu czy się jest twardzielem czy nie. Jest chwila rozluźnienia i radości. Mam w zwyczaju stać na szczycie długo, 15-20 minut, żeby być pewnym, że go zdobyłem. Niektórzy są przez dwie albo trzy minuty i później muszą się upewniać na zdjęciach, że tam byli – mówi pół żartem. 

To jest wyzwolenie uczuć, niektórym puszczają emocje. – Zazwyczaj myślę o moim „tatce”, który gdzieś tam u góry czuwa nade mną. I o tym, że zrealizowałem cel po pół roku ciężkich przygotowań. Tylko sześć osób w tym roku weszło na Manaslu bez użycia tlenu, jestem wśród nich – zamyśla się Kowalewski.

W całym 2016 roku był on jedynym Polakiem, który wszedł na jakikolwiek 8-tysięcznik bez tlenu. – Może dzięki temu łatwiej mi będzie znaleźć doświadczonego partnera do następnych wypraw – planuje. – Moim marzeniem jest, żeby się uczyć od kogoś lepszego niż ja – dodaje. 

Po co się wchodzi tak wysoko narażając zdrowie i życie? – Bo są góry, gdyby ich nie było, to byśmy nie włazili, ktoś powiedział dowcipnie – śmieje się Waldemar. – Będę chodził po nich dalej, bo żona mówi, że dzięki temu jestem lepszym człowiekiem. W tym roku Kowalewski planuje zdobycie góry Lhotse, która przed 27 laty zabrała najsłynniejszego polskiego himalaistę, Jerzego Kukuczkę.

1( 100)
Styczeń'17