Maksym Gorki, „Mieszczanie”, Teatr Polski w Szczecinie, reż. Anton Malikov

„Mieszczanie” to debiutancki dramat Maksyma Gorkiego, w którym autor obnaża tytułowe ówczesne mieszczaństwo, i zapowiada rewolucję. Choć tekst powstał na początku minionego wieku (1901 r.), poraża aktualnością, bo przecież dziś tsunami populizmu zalewa kolejne kraje, niszcząc dotychczasowy porządek. Podobno nowa rewolucja, głosząca kryzys skompromitowanych elit i wyczerpanie znanych formuł i zasad już się zaczęła: Polska, Węgry i od niedawna USA. Podobno... 

Autor

Daniel Źródlewski

Fabuła utworu jest banalnie prosta: to tradycyjny dramat rodzinno-obyczajowy, w którym idzie o miłość i konwenanse, ale dla reżysera szczecińskiej interpretacji to tylko pretekst do rozmowy o czymś więcej. To wręcz laboratoryjne badanie kondycji człowieka i konstrukcji społeczeństwa u progu zmiany. Malikov tworzy plątaninę niewidocznych, ale solidnych nici, oplatających i wzajemnie wiążących bohaterów. Szybko w tę pajęczynę wpadają także widzowie. Reżyser od pierwszych minut przedstawienia zaczyna te nici naciągać. Napina je do granic wytrzymałości, a kiedy jest już się pewnym, że pękną, naciąga je jeszcze mocniej. I mocniej. I mocniej... Pękną (czy na pewno?) dopiero po ponad trzech godzinach, ale widz czasu nie odczuje. Wciągnięty w tę sugestywną grę emocji i konwenansów, zapomni o rzeczywistości, nawet w trakcie antraktów. Po nich wróci na widownię, przyciągany teatralnym magnesem nadnaturalnej siły i dobrowolnie wplączę się znów w bezlitosną psychologiczną sieć. Nie zauważy nawet, że wychodząc z teatru związany jest już kolejnymi nićmi, jeszcze nie napiętymi… 

Siłą spektaklu Malikova jest nie tylko znakomite zrozumienie i „rozczytanie” tekstu Gorkiego, ale przede wszystkim zespół aktorski Teatru Polskiego. Dawno nie widziałem ich w tak znakomitych kreacjach, stąd wyczerpujące refleksje. Reżyser dobrał aktorów do poszczególnych ról wręcz perfekcyjnie, odarł ich z teatralnych manier, namówił do wykorzystania naturalnych warunków, przydając jednak natrętne „przyruchy”. Zachwyciła mnie Sylwia Różycka – jej Tatiana to postać do bólu przejmująca, a kiedy trzeba, przekornie (!) wulgarna. Narastający smutek i rezygnację oddała perfekcyjnie w każdym geście, a nawet w tonącym w totalnej bezsilności spojrzeniu. Bardzo dobrze wypadł Piotr Bumaj, który wcielił się w Piotra (nomen omen!). Zbudował go niezwykle naturalnie, lekko, a przy tym prawdziwie. Swój wysoki aktorski kunszt potwierdziła Elżbieta Donimirska (Akulina), świetny był partnerujący jej Adam Zych – jego Biesjemienow, sfrustrowany i władczy ojciec, to aktorski, pieczołowicie wyszlifowany diament. Olga Adamska jako Helena, pociągała seksapilem i zawadiackim (rewolucyjnym?) „charakterkiem”. Świetne kreacje stworzyli Sławomir Kołakowski (Tietriew) oraz Krzysztof Bauman (Pierczychin) – sugestywne przeobrażenia, od pijaka do filozofa i bezkompromisowego sędziego. Kluczową dla zrozumienia dramatu postać Niła, Malikov powierzył Jakubowi Sokołowskiemu. Nie wiem tylko, czy charakter jego roli, znacznie odbiegający od pozostałych partnerów na scenie, był konwencją, czy też młody aktor nie poradził sobie z zadaniem. Podobne wątpliwości mam w przypadku kolejnych postaci – służąca Stiepanida (Lidia Jeziorska), Pola (Marta Uszko), Szyszkin (Dariusz Majchrzak) czy Gwitajewa (Katarzyna Sadowska) – nie przekonali mnie. Nie, to nie były złe role, ale niepokojąco odmienne w swych konstrukcjach, jakby… powierzchowne. Nie rozumiem też kilku wtrętów (sceny z mikrofonem) z pierwszego aktu, na siłę próbujących dynamizować czy uwspółcześniać akcję. Te sceny były nie potrzebne. Na uznanie, zasługuje za to opracowanie muzyczne spektaklu – jednostajne dźwięki wciskały się w głowy widzów, podporządkowując rytmowi nie tylko akcję ale, także bicie serca. Ciekawym zabiegiem było wplecenie popowych utworów, przybliżających wymowę tekstu sprzed ponad stu lat do współczesności (nie mylić ze wspomnianymi wcześniej nieudanymi uwspółcześnieniami). Scenografia Matyldy Kotlińskiej, szczególnie po odsłonięciu tego, co kryło się za foliową kurtyną, wybornie wpisała się w teatralny świat Gorkiego i Malikova. Ogród, będący symboliczną przestrzenią wolności, oderwaną od mieszczańskich konwenansów, pysznie kontrastował z wymuskanym, burżujskim salonem. 

„Mieszczanie” to najlepsza produkcja Teatru Polskiego w Szczecinie od lat. Niepokoi mnie, że spektakl jest tak rzadko grany (w lutym tylko dwa spektakle). Jeszcze bardziej niepokojąca jest frekwencja – kiedy oglądałem spektakl widownia była zapełniona ledwo w połowie. Mam świadomość, że trudniej „sprzedać” ambitną propozycję niż lekką farsę, ale ta produkcja tej „ceny” jest warta! 

2( 101)
luty'17