Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było

Zacznę od tego, że dla mnie największym minusem tej książki jest brak jakiegokolwiek zdjęcia doktor Michaliny Wisłockiej! Rozumiem, że wydawnictwo musiałoby wydać na nie kilka złotych, ale książka z pewnością by zyskała.

Autor

Rafał Podraza

„Wisłocka” Szołajskiego nie jest genialna, ale też nie jest zła. W skali 1-10, daję jej mocne 7. Czyta się szybko. Język jest dobry i przystępny. Całość ma rytm, nie ma dłużyzn, co jest w dobie zalewu książkowego g… z arcysłabą redakcją, ogromnym plusem. Dobrze podana treść o wątku sensacyjnym, ukazuje proces powstawania najbardziej skandalizującej książki PRL-u „Sztuki kochania”. Naprawdę ciekawie wyrysowana postać autorki tego kontrowersyjnego poradnika, który miał nauczyć Polaków czerpania przyjemności z seksu. Szołajski potrafi być wobec niej okrutny, ale rozumiem ten zabieg, chce by jego Wisłocka była wiarygodna. Była człowiekiem z krwi i kości. Który prócz zalet, ma także mnóstwo wad. Super!

Autor znakomicie ukazał także proces wydawniczy i walkę ze wszelkimi przeciwnościami, jakie pod nogi kładła władza, by tylko książki nie wydać. Jak dla mnie najsłabiej wyrysowana została postać pana, który inwigilował ginekolożkę. Uważam, że tutaj Konrad Szołajski mógł się bardziej postarać, zaś iście hollywoodzkie zakończenie (po rozmowie z żoną szpicel, informuje przełożonego, że nie ma żadnych haków na autorkę „Sztuki kochana”, choć wcześniej miał ich mnóstwo i nie można przez to przyblokować książki) jest przedszkolnie naiwne i mało wiarygodne. 

Oczywiście, czuje się, że książka jest tak naprawdę rozbudowanym scenariuszem filmu, który właśnie wchodzi do kin, ale to żaden przytyk. „Wisłocka czyli jak to ze sztuką kochania było” ma pełnić rolę „giftu” promocyjnego. Zabieg ten znany od dziesiątków lat na Zachodzie, u nas wciąż raczkuje. Choć w tym przypadku - udany. Faktycznie, po przeczytaniu książki, na film pójdzie wielu. Jak wspomniałem rzecz napisana jest przystępnym językiem, są momenty z których czytelnik zaśmiewa się do rozpuku (dziwnie musiałem wyglądać w samolocie do Szczecina, kiedy obiema rękami tłumiłem wybuchy głośnego śmiechu), ale podejrzewam o takie reakcje autorowi chodziło.

Polecam, choć jak wspomniałem na początku, brakuje mi choćby jednej fotografii tej jakże postępowej i wyprzedzającej swoją epokę o lata świetlne lekarki. 

2( 101)
luty'17