Piotr Stramowski Twardziel o wrażliwym sercu

Miniony rok był dla niego przełomowy. Za sprawą roli policjanta o pseudonimie „Majami” w filmach z cyklu‚ „Pitbull” Patryka Vegi stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów. – Wciskali mnie do szuflady z napisem, „amant”. Pomyślałem: już ja wam pokażę, jaki jestem ładny – mówi Prestiżowi Piotr Stramowski. 

Autor

Justyna Michalkiewicz-Waloszek

galeria

Na ile lat się czujesz? 

Na tyle, ile mam. Nie mam punktu odniesienia, jak powinienem zachowywać się w wieku trzydziestu lat. To bardzo indywidualna sprawa. 

To dobry czas dla Ciebie. Unosisz się na fali. Zawodowo i prywatnie. 

Jestem bardzo zadowolony z miejsca, w którym się znajduję. Jeżeli wszystko w życiu ma swoje miejsce i czas, to teraz jest czas dla mnie. Odnajduję się w tym i cieszę ze wszystkich perspektyw, które pootwierały się dla mnie po „Pitbullu”. Do tego złożyły się również sprawy prywatne. Jestem mężem. 

Gratuluję. Jak się czujesz jako mąż? 

Dobrze. Kiedyś bałem się zmiany statusu. Owszem, to jest ważna zmiana w życiu, ale gdy podejdzie się do swoich uczuć bez strachu, to wszystko składa się w jedną całość. Dla mężczyzny to coś atawistycznego, związanego z cechami naszych przodków. Dawanie oparcia ukochanej kobiecie to prawdziwa męskość. Ofiarowanie jej przestrzeni i zrozumienia. 

Czy decyzja o małżeństwie coś zmienia w relacji? 

Oczywiście. Jeżeli znalazłeś właściwą kobietę, to chcesz poświęcić dla niej resztę życia, ukierunkować wszystko na nią. Przed ślubem nie ma tej decyzji, więc nawet jeżeli kochasz, podświadomie możesz zakładać, że wszystko może się jeszcze zmienić. 

Nie boisz się deklaracji „na zawsze”? 

A co oznacza „na zawsze”? Życie może się skończyć jutro. Zakładamy, że dożyjemy osiemdziesiątki, ale nie możemy być pewni nawet jutra. Odkąd żyję z dnia na dzień, jestem szczęśliwszy. Myślę tylko o tym, co jest tu i teraz. 

A śmierć? Myślisz o niej? 

Kiedyś czułem duży strach, dzisiaj wiem, że to normalne i naturalne. Oczywiście, trochę się jej boję, ale mam świadomość, że jest nieunikniona. 

Wspomniałeś o męskości. Kiedyś grałeś role amantów. Po „Pitbullu” grasz role twardzieli. Czym jest dla Ciebie prawdziwa męskość? 

Podczas prac nad „Pitbullem” musiałem zatopić się w świecie policji. Dotarłem do prawdziwych twardzieli. Poznałem prawdziwy męski świat. Przy okazji zrozumiałem, że obraz współczesnej męskości jest trochę skrzywiony. Nie spotkasz jej na siłowni. Policjanci z wydziału realizacyjnego to wojownicy XXI wieku. Ryzykują życiem, bo muszą. Są przy tym bardzo wrażliwi. Gdy opowiadali historie z pracy, widziałem łzy wzruszenia w ich oczach. To młodzi ludzie, a tacy głębocy, mądrzy i zmęczeni życiem. 

Nie boisz się, że teraz na dobre przylgnie do Ciebie łatka twardziela? 

Nie boję się łatek, bo już kiedyś na siłę usiłowano mnie wcisnąć do szuflady z napisem „amant”. Pomyślałem sobie wtedy: już ja wam pokażę, jaki ja jestem ładny (śmiech). Wiem, że wchodząc w kolejny projekt, nie będę już „Majami”, tylko stworzę nowego bohatera.

Lubisz zmieniać się dla roli? 

Bardzo, ale są granice, których nie chciałbym przekraczać. Nie zrobię sobie operacji plastycznej (śmiech). Przybieranie na wadze i chudnięcie też nie jest zdrowe, trzeba bardzo z tym uważać. Tego jednak nie wykluczam, bo bardzo mi się to podoba. Należy pamiętać, że zmiana wizerunku nie tworzy automatycznie roli. To wyłącznie narzędzie, które może mi pomóc w pracy. Nigdy nie myślę o granicach na zapas, reaguję na bieżąco. Niedawno skończyłem zdjęcia do nowego filmu, międzynarodowej produkcji „The Last Witness” Piotra Szkopiaka, gdzie zupełnie zrywam z wizerunkiem twardziela. Miałem przyjemność zagrać razem z Robertem Więckiewiczem i brytyjskimi aktorami - Alexem Pettyferem, Michaelem Gambonem i Talulah Riley. To opowieść o zbrodni katyńskiej z perspektywy Brytyjczyków. Dziadek reżysera i scenarzysty zginął w Katyniu.

Jako młody chłopak śpiewałeś w chórze. Byłeś grzecznym chłopcem? 

Mama mówi, że byłem pocieszny. Wesoły i radosny. 

Taki pozostałeś czy życie Ciebie doświadczyło? 

Mam to szczęście, że nie miałem w życiu wielu złych przeżyć. Funkcjonuję jako obserwator. Wiele sytuacji dostrzegam, ale nie dotykają mnie osobiście. 

A jednak często po drodze tracimy radość dziecka. Tobie udało się ją zachować? 

Żyjąc tu i teraz możemy być szczęśliwi. Jak dzieci. Ja tę radość mam, ale muszę nad tym pracować. Moja żona jest osobą, która radość dziecka w sobie zachowała. Ona ma dostęp do sytuacji sprzed kilkunastu lat. W sekundę potrafi wejść w atmosferę, gdy była nastolatką. Jesteśmy aktorami, więc potrafimy tymi emocjami manipulować, bawić się. 

Wasze małżeństwo, jako dwojga aktorów musi być szalonym koktajlem emocjonalnym. Często zmieniacie role. Można się w tym zagubić? 

Nie koloryzowałbym. Aktorstwo to nasz zawód, więc wiemy jak to robić. Jasne, gdy jesteś długo wkręcony w postać, ona w ciebie wchodzi. Gdy pracowałem nad „Pitbullem”, to chodziłem po domu z pistoletem, żeby nauczyć się go obsługiwać. Poruszałem się w inny sposób niż zazwyczaj. Wiedziałem, że to wpływa na moje życie, ale nie widzę w tym nic złego. Często powtarzam, że aktorstwo to nie tylko zawód, ale przede wszystkim ciekawe życie. Dzięki niemu możesz przeżyć kilka żyć na raz. 

A jednak jako młody chłopak wstydziłeś się aktorstwa. Niewiele brakowało, a poszedłbyś w zupełnie innym kierunku... 

Tak, na Akademię Wychowania Fizycznego. Nie wiedziałem kompletnie, co mam ze sobą zrobić. To był fart, że zakochałem się w aktorstwie. A jak się na coś zdecyduję, to już na 100 procent. 

W każdą rolę wchodzisz na 100 procent? 

Tak, chociaż bywają trudne momenty. Sceny erotyczne nie należą do najlżejszych, ale chyba najtrudniej byłoby mi zagrać taką scenę z innym mężczyzną. Takiej roli jeszcze nie miałem.

Wszystko przed Tobą. Wracając do Twojej wrażliwości, wspierasz fundację DKMS.

Tak, byłem członkiem DKMS zanim jeszcze stałem się rozpoznawalny. Zadzwonili do mnie po „Pitbullu”, proponującl żebym się zgłosił, a ja byłem już w bazie honorowych dawców szpiku od pięciu lat. 

Zmieniłeś wizerunek po „Pitbullu”. Podobno jak cię widzą, tak cię piszą. Zauważyłeś, że ludzie zaczęli Ciebie traktować inaczej? 

Faktycznie, coś się zmieniło. Nie wiem czy jest to związane z moim wizerunkiem zewnętrznym, czy może ze zmianą wewnętrzną, ale zdecydowanie rzadziej ludzie wchodzą mi na głowę (śmiech). Sam, gdy zobaczyłem siebie w nowej odsłonie, z irokezem na głowie, początkowo się wystraszyłem. Jednak dość szybko się przyzwyczaiłem. To działa trochę jak tarcza ochronna.

Czy to oznacza, że kiedyś ludzie Ciebie wykorzystywali? 

Czasami tak. Niektórzy potrafili wykorzystywać moją uprzejmość. Kiedyś nie potrafiłem stawiać wyraźnych granic. 

A jak na tę zmianę zareagowali najbliżsi? 

Mama nie mogła na mnie patrzeć (śmiech). Mam na myśli mój wygląd. Ale do wszystkiego ludzie się przyzwyczajają, także ostatecznie poczułem się dobrze w nowej skórze. Taki zawód, możemy być kimś innym przez jakiś czas, co oczywiście trochę nas zmienia.

Jedną ze zmian był tatuaż. Prezent od reżysera Patryka Vegi. Wybrałeś wzór kotwicy, ponieważ ma wymiar symboliczny, oznacza siłę. Jesteś przesądny? 

Kompletnie nie jestem. To był spontaniczny moment. A że był to jednocześnie czas dużych zmian, presji i strachu, czy podołam w nowej roli, kotwica naturalnie stała się symbolem tych zmian. Jest czymś konkretnym i stabilnym. 

Podobno robienie tatuaży uzależnia. Jaki będzie następny? 

Z tym się zgodzę. Mam już dwa. 

Pochwalisz się? 

To była spontaniczna decyzja. Byliśmy z Kasią na spacerze i akurat przechodziliśmy obok salonu tatuażu. Wyszliśmy z księżycami na nadgarstkach. I wiesz co? Podobno nie ma ludzi, którzy mają dwa tatuaże (śmiech). 

Będzie trzeci? 

Czemu nie? I to dosłownie. Zainspirował mnie kolega, dramaturg teatralny, który na swoim bicepsie ma wytatuowane zdanie „Nan Yar”, co oznacza „Kim jestem?”. Zażartowałem, że to oznacza „Czemu nie?”. Można powiedzieć, że wyszedł z tego zakład, więc w sumie: czemu nie? (śmiech).

W wywiadach podkreślasz, że jesteś feministą.

Powiedziałem to raz i miałem na myśli postawę „pro kobiecą”. Zauważyłem, że słowa feminista i feministka mają podejrzane znaczenie i często są interpretowane w dziwaczny sposób. Patrzę z perspektywy mojej branży i widzę, że mężczyźni mają łatwiej. Jest więcej ról męskich i wciąż faceci rządzą tym biznesem. W wielu filmach rola kobieca jest postacią uległą i stanowi jedynie dodatek do roli męskiej. Przepraszam, że to mówię, ale ten świat naprawdę tak wygląda. Chciałbym, żeby mężczyźni spuścili trochę z tonu i dali większą przestrzeń kobietom. Kobiety z racji tego, że są delikatniejsze, muszą się bardziej starać, żeby uzyskać pozycję. Uważam, że mężczyzna powinien wspierać kobiety. To jest męskie.

Jesteś gentlemanem? 

Uczę się nim być. Kiedyś dawano nauki bycia gentlemanem. Dzisiaj mężczyzna jest zdany na siebie. Mam to szczęście, że wyniosłem z domu podstawowe wartości, ponieważ we współczesnym świecie łatwo można zapomnieć o savoir vivre. 

A co oznacza bycie gentlemanem? 

To jest przede wszystkim uwaga na drugą osobę, na kobietę. Zostawienie jej przestrzeni, aby poczuła się dobrze i bezpiecznie. Nie jestem zwolennikiem bycia angielskim gentlemanem. Lubię, gdy te dobre maniery są okraszone dużą dawką luzu i poczucia humoru. 

W życiu prywatnym, bliżej Ci do policjanta czy do szefa kuchni? Wszak w tę rolę wcielasz się w serialu TVN „Na noże”. 

Zdecydowanie policjant. Lubię czuć się sprawny fizycznie. Potrzebuję być w ciągłym ruchu, nie mógłbym dłużej wysiedzieć w kuchni. Ale gotować też lubię. Jestem na diecie, więc często robię sobie posiłki. 

A co ostatnio ugotowałeś? 

Zupę-krem z dyni. 

Wyszła? 

Tak, z małą pomocą Kasi. 

Jesteś osobą niekonfliktową, ale czy zdarza Ci się walczyć na noże? 

Tak. Warto się konfrontować, a gdy możesz komuś pomóc, dozwolona jest nawet walka na noże. Zdarza mi się walczyć w ten sposób, gdy ktoś wytyka mi błąd. Strasznie się wtedy denerwuję. 

Czy to oznacza, że musisz jeszcze popracować nad swoim dystansem i ego? 

Oczywiście, że tak. Pracuję nad tym. Z dnia na dzień nie można nauczyć się żyć. Tym bardziej teraz, gdy mam swoje 5 minut, a ego ma doskonałą pożywkę. Nie możesz dopuścić do tego, żeby je przekarmić. Nie chciałbym, aby sukces i sława zmieniły mnie jako człowieka. Mam szczęście, że czuwa nad tym moja żona. Gdyby nie Kasia, która w pewnym momencie mentalnie mną potrząsnęła, nie wiem czy byłbym w tym samym miejscu. Trzeba mieć pokorę, ale przecież jesteśmy tylko ludźmi…. 

2( 101)
luty'17