„Kochać, albo żuć”

Autor

Szymon Kaczmarek

Jestem złym człowiekiem. Okrutnym i złym. Otóż, lubię mięso. Uwielbiam smak różowej świnki, kawałka krówki, czy kolorowej kurki zielononóżki również. Złym człowiekiem jestem. Jak polityk jaki, albo i prezes czegokolwiek. Im niezdrowiej, tym smaczniej. 

 A to wędzone w aromatycznym, gęstym dymie, a to nad ogniem zdrowym opalone. Gotowane i duszone, czasami nawet surowe, byle mięsko. Wspaniale się czuję słysząc skwierczenie na patelni. W błogość mnie wprowadza siedzenie przed beczką w której kiełbaski, boczki, albo rybki odpowiednie dym oplata siwy. Ba! Jestem tak dalece zepsutym i złym człowiekiem, że już samo sprawianie mięs wszelakich wprowadza mnie w stan ekstazy. Dzielenie, krojenie, tłuczenie, mielenie… To czysta dla mnie rozkosz.

Jestem jednocześnie dobrym, wrażliwym, przepełnionym współczuciem człowiekiem. Łączę się w bólu z wyrywanymi z korzeniami warzywami. Przenika mą wrażliwą duszę przeraźliwy płacz młodego ziemniaczka, wykopywanego z rodzinnego czarnoziemu w Wielkopolsce. Słyszę jego szloch „mamo! mamo!!!” i posępny warkot kopaczki. Widzę łzy marchewki broniącej się z całych sił wszystkich swoich korzonków, przed wyrwaniem. Słyszę suchy trzask łamanych brokułów…

Czy możecie sobie wyobrazić sytuację w której ogórek jest żywcem obdzierany ze skóry? Albo paprykę wypatroszoną z wnętrzności? To musi być straszne. Albo takie wyrywanie strączkowi zielonych kulek ze środka! Chciałbyś Czytelniku być łuskany???

Tak, wszystko można uzasadnić. Dosłownie wszystko, jak potwierdzają liczne przykłady z historii naszego rodzaju. Ba, potwierdza to nawet nasza codzienność politycznej sceny. Ale, nie o tym dziś nam rozważać.

Wśród wielu azjatyckich narodów, o całkiem przyzwoicie rozwiniętych kulturach, potrawka z psa jest zwyczajnym, choć wykwintnym daniem. Straszne, prawda? Straszne dla nas, dla naszej kultury, przyzwyczajeń, tradycji. Każdy przecież wie, że przyjaciół się nie jada. Choć z drugiej strony, nie potępiajmy w czambuł mieszkańców Azji. W niedalekiej Szwajcarii wciąż robi się psie kiełbasy, a swobodny handel kocimi skórami zabroniony został całkiem niedawno. Pewnie i oni potrafią wytłumaczyć w jakiś sposób motywację takich obyczajów? Mam Przyjaciółkę, która gada z kurami, a one Jej odpowiadają. Ja nie miałem skrupułów, by zaatakowaną przez jastrzębia domową kurę dobić i zrobić na niej aromatyczny rosół. Nie rozpatruję tych czynów w kategorii lepszy-gorszy. Po prostu różnimy się, choć lubimy. Lubimy kury, każde na swój sposób.

Gdybym był wiotkim młodzieńcem w kusym płaszczyku z nażelowanymi włoskami i wyrżniętym brzytwą przedziałkiem. Gdyby wątłą szyjkę otulał mi sześciometrowy obowiązkowo szal, a o pośladki obijał się ukochany laptopik. Gdybym był takim młodzieńcem z przyklejonym do ukochanego ajfona kciukiem, pewnie jadałbym na obiad rozgotowany makaron z sosem brokułowo-czosnkowym. Wiem, piszę to z wyraźną złośliwością będącą wynikiem zwyczajnej zazdrości. Zazdroszczę jednak wyłącznie ich wieku, a nie menu. A, że jestem leśnym dziadkiem w wieku zaawansowanym, to wcinam grochówkę na wędzące, a na drugie schabowy z kapustą. I raczej tak już pozostanie, bo do lekarzy nie chadzam. Nie mam już tyle czasu. A wspomnianym młodzieńcom troszkę współczuję, bo jakże to Baczewskiego porem surowym zakąszać?

Świat coraz wyraźniej podzielony jest na tych, co mięs nie jedzą i na ten drugi, gorszy sort. Jedni tłumaczą swój wegetarianizm miłością do zwierząt, inni dorabiają jeszcze bardziej skomplikowane ideologie. Ja myślę, że w tym przypadku zupełnie nie ma powodów do tłumaczeń. Nie jem mięsa i koniec. Jem mięso, bo tak. Ot, cała filozofia tych kolejnych między nami podziałów. Wyrzucenie mięsa z osobistego menu w najmniejszym stopniu nie zmieni sytuacji zwierząt. Szkoda! I piszę to jako mięsojadacz. Tych co kocham, staram się nie żuć, ale co mam począć kochając kiełbasę?

3( 102)
luty'17