Zimowe wyznania kierowcy

Autor

Krzysztof Bobala

Mija właśnie kolejny luty mojego życia, a ten miesiąc to oczywiście kolejna szansa na wyjazd narciarski. Tym razem w bardzo licznym, kilkunastoosobowym gronie. Rodzina i zupełnie solidna grupa najbliższych przyjaciół. Wybór padł na Austrię i dolinę Zillertall, w której jeszcze nie byłem (znaczy w dolinie, a nie w Austrii). Wyposażeni w sprzęt i samochody (ogromne podziękowania dla Małgosi i Janusza za pomoc w logistyce transportu) ruszamy bladym świtem. Do przejechania jakieś dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów, a samochodowa nawigacja pokazuje, że będziemy na miejscu około 13.00. Super. Nastroje w podróży dopisują. Dużo dobrej muzyki i mniej lub bardziej znane dowcipy pozwalają z uśmiechem pokonywać kolejne kilometry. Do czasu! Pierwszy korek na drodze i już ekran nawigacji pokazuje, że dojedziemy pół godziny później. Potem kolejny przestój, jakiś wypadek, który musiał się zdarzyć właśnie na naszej autostradzie i to jeszcze w tym samym kierunku w którym zmierzamy. Muzyka już tak nie cieszy, dowcipy przestają być śmieszne, a pytanie – daleko jeszcze? – rzucone przez jednego z pasażerów jadących w trzecim rzędzie naszego busa, wywołuje złość kierowcy, czyli moją. I znowu stoimy. Z tylnych rzędów słyszę wyrzuty, że ktoś się przed nami bezczelnie wepchnął do kolejki. Najpierw grzecznie błyskam na niego długimi, potem już mniej grzecznie trąbię. Mijają kolejne minuty. Nawigacja pokazuje, że dojedziemy dopiero po szesnastej. Znowu ponad jedenaście godzin w podróży. Obiecuję sobie, że to już mój ostatni wyjazd, że już nigdy. Po co się męczyć? Po co denerwować? Wreszcie docieramy do celu. Już kiedy wjeżdżam w dolinę i po obu stronach drogi mam piękne góry, nastrój się trochę poprawia. Po pierwszym piwie wypitym do kolacji mówię, że jest nieźle. Rano kiedy wyjeżdżam na stok umawiam się już na wyjazd w przyszłym roku. Magia gór, magia nart. Pomieszanie sportu, przepięknych widoków i odpoczynku. No i oczywiście szpan i lans. Najnowszy sprzęt narciarski i prawdziwa rewia mody. Kolorowe, mocno odblaskowe stroje tysięcy osób, codziennie odbijają się od bieli śniegu na wszelkich możliwych stokach. Żyjące od rana niezliczone bary i schroniska, setki wyciągów z obsługą, wożące prawie z każdego miejsca ski-busy, działające hotele, apartamenty i dyskoteki. To w Austrii prawdziwy przemysł. Widać to na każdym kroku. Nieprawdopodobna skala inwestycji w nowoczesną infrastrukturę dla potrzeb narciarzy przyjeżdżających z całej Europy. Niezwykle sprawne systemy dostępu na wyciągi z nie tanimi przecież karnetami, czy naśnieżanie, które pozwala bardzo wydłużyć sezon. Dlaczego można to zrobić w Austrii, Włoszech, Szwajcarii, a nie można u nas. Mamy piękne góry, mamy osoby i firmy chętne do inwestowania w infrastrukturę na stokach. Ale mamy też protestujących ekologów i „polskie piekiełko”, które, jak w wielu innych dziedzinach życia, nie pozwala się dogadać pomiędzy zarządzającymi istniejącymi wyciągami czy właścicielami gruntów. I dlatego jest biednie, przestarzale, a powiedzenie „każdy sobie rzepkę skrobie” sprawdza się tutaj w stu procentach. Czesi i Słowacy pokazali, że można. U nas pewnie ten proces potrwa jeszcze wiele lat, a szkoda. Szkoda uciekających pieniędzy, szkoda miejsc pracy. Ale mi najbardziej szkoda, że zamiast czterystu kilkudziesięciu kilometrów, które dzielą Szczecin od polskich gór, musimy dzisiaj pokonać ich dwa razy tyle, aby zimowy urlop spędzić w cywilizowanych warunkach. W przyszłym roku znowu Austria!

3( 102)
luty'17