Klubowe zwierzaki

Catz’n Dogz to dwóch dj’ów i producentów muzyki elektronicznej: Grzegorz Demiańczuk i Wojciech Tarańczuk. Pochodzą ze Szczecina, tu się poznali i rozpoczynali muzyczną karierę, współtworząc scenę klubową w Polsce Określenie, że to nasz towar eksportowy nie jest żadną przesadą. Są znani i liczą się na światowym rynku muzyki elektronicznej. 

Autor

Aneta Dolega

galeria

Jak się spotkaliście?

Grzegorz Demiańczuk: To były jeszcze czasy przed ogólnodostępnym internetem (śmiech). Chodziłem do kafejek internetowych, ściągałem muzykę, wymieniałem się nią z innymi.

Wojciech Tarańczuk: Zacząłem wtedy trochę „didżejować”, swoje pierwsze gramofony kupiłem w lombardzie za jakieś sto złotych, na których nagrałem swój pierwszy miks.

G.D.: A ja tego nagrania słuchałem w internecie i bardzo mi się podobało. Pamiętam, że później na Tarasie (nieistniejący już, legendarny klub w Szczecnie – przyp. red.) słuchałem jak gra z Dj’em Scottem. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych, wymieniliśmy swoimi produkcjami i postanowiliśmy coś wspólnie zrobić. Najpierw Wojtka zaprosiłem do swojej audycji, którą prowadziłem w radiu ABC. A jeszcze chwilę później powstał klub Mezzoforte, gdzie od 2002 roku zaczęliśmy wspólnie robić imprezy i tworzyć muzykę.

W.T.: Miałem mega słaby komputer, więc przychodziłem do Grześka nagrywać (śmiech). Jego mama ciągle na nas krzyczała, że przesiadujemy po nocach. Śmiesznie było. W przeciągu dwóch tygodni zrobiliśmy jedenaście numerów. Wysłaliśmy to do dwóch wytwórni. I marzyliśmy: „Oby się spodobało”. Byliśmy zaskoczeni, że się udało, ale bardzo dodało nam to skrzydeł.

Jak wspominacie początki grania jeszcze pod nazwą 3 Channels? Jak wyglądała droga od grania imprez aż do prowadzenia własnej wytwórni?

W.T.: Zawsze najlepiej wspominam początki wszystkiego, co dotyczy każdej części mojego życia. Szczecin przed wejściem Polski do UE miał dosyć sporo klubów, do których chodziliśmy z Grzegorzem. Wszystko wydawało mi się bardzo mistyczne i szczerze powiem, że nie brałem tej „pracy” na poważnie. Po prostu organizowaliśmy imprezy i słuchaliśmy muzyki, bo nam się to podobało. Może właśnie dlatego najlepiej to wspominam, bo nie było presji dorosłości oraz nie traktowaliśmy tego jako pracy.

G.D.: W Mezzoforte graliśmy w witrynie przez całą noc za 50 złotych (śmiech) i za uzbieraną kasę jechaliśmy raz w miesiącu do Berlina gdzie wydawaliśmy wszystkie pieniądze na winyle. Własna wytwórnia to było spełnienie naszych młodzieńczych marzeń. Wcześniej tych kilka lat to była jedna długa impreza. Organizowaliśmy gigi, zapraszaliśmy artystów z Berlina, oni zapraszali nas tam. To ewoluowało, zaczęliśmy więcej grać zagranicą i wydawać muzykę. Nasze marzenia się spełniły. Zadaliśmy sobie pytanie co dalej z tym wszystkim robić i jak to pokierować. W pewnym momencie kiedy graliśmy kilkanaście imprez w ciągu miesiąca, prowadziliśmy do tego wytwórnię i robiliśmy muzykę, musieliśmy to wszystko zorganizować, żeby się nie rozsypało. Pracuje z nami sztab fajnych ludzi: mamy menagerów, prawnika, osoby od promocji, mamy świetną dziewczynę, która pomaga nam prowadzić wytwórnię. To pozwala nam się skupić na muzyce.

Obserwujecie to, co się obecnie dzieje w mieście pod tym względem?

W.T.: Staramy się z Grzegorzem od czasu do czasu grać w Szczecinie, bo mam do tego miasta ogromny sentyment. Tutaj zdobyliśmy swoją muzyczną edukację zanim wyprowadziliśmy się do Berlina. Uważam, że Szczecin obecnie zmienia się w dobrym kierunku ale chciałbym by władze miasta bardziej jednak wykorzystywały jego położenie geograficzne, cały czas modlę się o szybki pociąg Berlin-Szczecin.

G.D.: To co się działo w Szczecinie w latach 90., czy na początku XXI wieku wywarło na nas ogromny wpływ. Te wszystkie imprezy, kluby, na wpół nielegalne miejsca. Szczecin był wtedy w Polsce najważniejszym miastem klubowym, do imprezowania, słuchania muzyki. Po wejściu do UE wiele osób stad wyjechało, my też przestaliśmy robić imprezy. Teraz znowu coś drgnęło, chociażby cykliczne imprezy Canalii w klubie City Hall czy to co się, dzieje na Kolumba, gdzie zagraliśmy Boiler Room.

Lubicie Szczecin?

W.T.: Kilka miesięcy temu wyprowadziłem się do Madrytu. Od zawsze chciałem mieszkać w Hiszpanii i po 10 latach życia w Berlinie dojrzałem do wyjazdu jeszcze dalej. W Szczecinie jestem minimum raz na dwa miesiące, czasem częściej bo bardzo ważny w moim życiu jest dobry kontakt z najbliższą rodziną więc odwiedzam dziadków i tatę. Jeśli chodzi o Polskę to bardzo tęsknię za naturą oraz piłką nożną, w którą niestety nie mam czasu grać od jakiegoś czasu. Minimum raz do roku staramy się z tatą wyjechać na ryby. Uwielbiam to robić, to bardzo mnie uspokaja. Park Krajobrazowy Dolina Dolnej Odry jest jednym z najładniejszych miejsc w Europie. Wiele razy z tatą wynajmowaliśmy łódkę i pływaliśmy wąskimi odnogami Odry.

G.D.: A ja po czterech latach wróciłem do Szczecina. I cieszę się, że mnie nie było tutaj przez ten czas, bo widzę jak to miasto bardzo zmieniło się. Szczecin na tle innych dużych miast jak Wrocław czy Poznań, do tej pory był stonowany, nie za wiele się tutaj działo, a w tej chwili zaczął nadganiać. Nadrabia te różnice i coraz więcej rzeczy dzieje się w mieście, powstają fajne inicjatywy, restauracje, miejsca. Czuję się tutaj bardzo komfortowo i cieszę się że tu wróciłem.

Jak to jest prowadzić własną wytwórnię? Co Was inspiruje, co jest najtrudniejsze a co sprawia największą satysfakcję?

W.T.: Największą satysfakcję zawsze sprawiało nam promowanie nieznanych artystów oraz obserwowanie jak rosną i stają się bardziej popularni. Zawsze cieszy, gdy dołoży się cegiełkę do czyjejś kariery, bo wiem jak w obecnych czasach ciężko jest zaistnieć. Na świecie jest za dużo muzyki, a my staramy się być bardzo selektywni w tym kogo i co wydajemy. Obecnie pracuje dla nas Marta i sprawia mi dużo satysfakcji uczenie jej wszystkiego, bo widzę w niej siebie sprzed paru lat. Może jestem trochę staroświecki i sentymentalny ale praca z ludźmi oraz inwestowanie w kogoś, wytwarzanie dobrej pozytywnej energii to jest to, co w życiu podoba mi się najbardziej.

Kiedy nastąpił moment, że poczuliście się, że Wasza muzyka dociera już na cały świat, a Wy jesteście znani daleko poza granicami swojego kraju?

G.D.: Kiedy zaczęliśmy grać więcej zagranicą i dorobiliśmy się własnej profesjonalnej agencji bookingowej Takich przełomowych momentów było kilka. Jednym z nich był ten, kiedy wybitny amerykański producent Claude Von Stroke poprosił nas o remiks jednego ze swoich utworów. To nam otworzyło drogę na amerykański rynek i granie imprez za oceanem. Ale tak naprawdę to popularność nas nie interesuje, skupiamy się na muzyce.

A jakie to uczucie spotkać artystę, którego się tylko wcześniej słuchało, podziwiało a teraz się z nim gra czy współpracuje?

G.D.: Najlepsze! (śmiech). Taką postacią był John Tejada, którego udało nam się, za naprawdę śmieszne pieniądze, zaprosić na wspólne granie do Szczecina. Rzadko jesteśmy rozczarowani, oczywiście zdarzają się takie ekstremalne przypadki, kiedy nasze wyobrażenia o kimś zderzają się z rzeczywistością ale naprawdę w większości są to inspirujące spotkania.

Tworzycie remiksy dla innych artystów. Komu byście odmówili? A kto miałby pierwszeństwo?

 W.T.: Może odpowiem na to pytanie trochę przewrotnie. Ogólnie nigdy nie zrobiliśmy chyba żadnego remiksu po polsku i chyba czas zrobić cos w rodzimym języku. Jakoś zawsze muzyka elektroniczna kojarzy mi się z językiem angielskim ale powoli dorastam do użycia rodzimego języka. Ciężko jest powiedzieć komu byśmy nie zrobili remiksu, bo tak naprawdę to wszystko zależy od kontekstu oraz od momentu życia w jakim się znajdujemy. Wiele rzeczy, które krytykowałem w przeszłości obecnie doceniam oraz wiele rzeczy, które uwielbiałem dziś uważam za banalne. Na tę chwilę staramy się pracować z ludźmi, którzy są prawdziwymi artystami, czyli sami tworzą muzykę oraz wymyślają teksty. Nie lubimy celebrytów oraz dziwnych tworów popkultury.

Muzyka ewoluuje cały czas, można nagrywać praktycznie nie wychodząc z domu. Co sądzisz o tej rewolucji. Teraz każdy może być dj’em. Czy aby na pewno?

W.T.: Zdecydowanie każdy może teraz być didżejem, a nawet do tego zachęcam bo to świetna zabawa i fajna forma spędzania czasu. Czy łatwo się z tego utrzymać? To niestety już nie jest takie proste. Wystarczy zapytać się naszych najbliższych znajomych, oni powiedzą prawdę ile z Grzegorzem pracujemy. Praktycznie cały czas. Całe szczęście uwielbiamy to (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

 

Catz N Dogz na początku występowali jako 3 Channels. Ich muzyka ukazywała się w europejskich wytwórniach – zaczynali od Trenton Records, potem wydawali materiał w Crosstown Rebels i Trapez Ltd. Prawdziwy przełom przyniósł remiks utworu „Who’s Afraid of Detroit” Claude’a Von Stroke’a, popularnego producenta techno, właściciela dwóch wytwórni płytowych – Dirtybird i Mothership. Von Stroke był zauroczony przeróbką swojego kawałka i zaproponował polskim didżejom współpracę. Aktualnie porywają do zabawy publiczność niemiecką i polską. Grali w Brazylii, Chorwacji, Izraelu, Japonii, Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Emiratach Arabskich. Prowadzą własną wytwórnię Pets Recordings gdzie oprócz własnych rzeczy nagrywają i promują innych artystów ze sceny klubowej. Ostatnio po paru larach zagrali w swoim rodzinnym Szczecinie. Impreza była nie byle jaka, bo zorganizowana w ramach Boiler Roomu, czyli międzynarodowego cyklu imprez, które transmitowane są na żywo w internecie i na których grają wyłącznie najlepsi artyści. 

 

 
3( 102)
luty'17