Viva Opera!

Opera na Zamku świętuje 60-lecie istnienia. Przez ten czas na deskach teatru wystąpiły setki piekielnie uzdolnionych ludzi. – Ojcem całego sukcesu był Jacek Nieżychowski. To on w 1956 roku zaczął kompletować zespół, nie tylko artystów ale i przyjaciół. Dyrygent Walerian Pawłowski mawiał, że takich ludzi spotyka się raz na 100 lat. Miał rację – wspomina wzruszona pierwsza dama szczecińskiej operetki, Irena Brodzińska. 

Autor

Andrzej Kus

W 1956 roku grupa pozytywnie zakręconych ludzi postanowiła, że porwie się na coś niecodziennego. Pomysłodawca Jacek Nieżychowski, który nie miał wówczas wielu pieniędzy, artystów, chóru czy baletu zdecydował się mimo wszystko powołać Operetkę Szczecińską Towarzystwa Przyjaciół Teatru Muzycznego. Skompletował zespół, ściągnął przyjaciół i rok później wystawili pierwszy spektakl. Tym samym zaczęli coś, co dzisiaj, po wielu latach, stanowi kamień węgielny dla niepowtarzalnego miejsca nie tylko w Szczecinie ale i w całej Polsce – Opery na Zamku.

– Dzisiaj wszystkim tym artystom należy się ogromny szacunek. Hołd im oddamy poprzez musical „Crazy for You”, który wystawimy w marcu. Zrobimy coś, na co oni nie mogli sobie wtedy pozwolić. Ale jestem pewny, że gdyby mieli takie możliwości, jakie my mamy teraz, zrobiliby to tak samo dobrze, jeśli nie lepiej. Ten musical będzie spektakularnym widowiskiem, które odbije się szerokim echem w całym artystycznym świecie – zapewnia Jacek Jekiel, dyrektor Opery na Zamku.

Pierwsza dama szczecińskiej operetki

Przez lata szczecińska Opera na swoich deskach gościła wielu znakomitych artystów. Każdy z nich to inna historia, inne wspomnienia oraz emocje. Od samego początku związana z nim była Irena Brodzińska: śpiewaczka, aktorka i tancerka, mama primadonny Grażyny Brodzińskiej. Okrzyknięta pierwszą damą w historii szczecińskiej operetki.

– To jest artystka! Wyjątkowa – zachwycał się nią w 2008 roku nieżyjący już Jacek Nieżychowski, założyciel i pierwszy dyrektor szczecińskiej operetki. – Jej ściągnięcie do Szczecina to pewnie najlepszy ruch w historii opery – oceniał.

– To dzięki Jackowi przyjechałam do tego miasta. Przyjaźniliśmy się już wcześniej, gdy występowaliśmy w Operze w Gliwicach. Później przyjeżdżaliśmy do Teatru Polskiego z operetką „Rozkoszna dziewczyna” czy „Krainą Uśmiechu” – wspomina wzruszona pani Irena. –Zdecydowałam, za jego namową, że przyjadę tutaj na stałe. 25 stycznia 1957 roku odbyła się pierwsza premiera muzycznego przedstawienia, „Kraina uśmiechu” Franza Lehara. To były ciężkie czasy. Pracowaliśmy w wynajętej sali przy ulicy Potulickiej w warunkach zupełnie nieteatralnych. Również zarobkami nie ma co się chwalić, bo często nie starczało od pierwszego do pierwszego. Jednak jeśli kocha się teatr, kocha się swój zawód i ludzi to wszystko inne nie ma znaczenia– dodaje.

Pani Irena wspomina dawne czasy z ogromnym sentymentem. Na emeryturę przeszła 39 lat temu. Początkowo nie mogła się z tym pogodzić. Przez dwa lata nie chodziła do teatru, nie słuchała muzyki. Brakowało jej tego, czym żyła całe dorosłe życie. Brakowało jej tego, co kochała, czym się pasjonowała. Dzisiaj wraca już do tych wspomnień z uśmiechem i ogromnym sentymentem. Doskonale pamięta przyjaciół z dawnych lat, bo właśnie taki tworzyli zgrany zespół.

– O Potulickiej mówiono, że nie jest to Teatr Operetki, a „teatr uśmiechu”. Jak powiedział dyrygent Walerian Pawłowski, takich ludzi spotyka się raz na 100 lat. Kilkoro z moich przyjaciół żyje do dzisiaj. Wciąż się spotykamy, rozmawiamy, wspominamy. Zawdzięczam Nieżychowskiemu naprawdę wiele. Dzięki niemu kocham to miasto jak żadne inne. Do dzisiaj przekonuję wszystkich, że Szczecin jest miastem szczęścia i miłości. Jest pełnym wspaniałych ludzi, pięknej roślinności, magnolii. Nigdy z niego nie wyjeżdżajcie!

Dzisiaj pani Irena ma 84 lata ale wciąż, w miarę możliwości, przyjeżdża do Opery. Na jej deskach co prawda nigdy nie występowała ale towarzyszą jej miłe uczucia.

– Zaczęłam na Potulickiej i tam skończyłam. To był inny teatr, kochałam to miejsce – wspomina z sentymentem. – Teraz żyję już zupełnie inaczej. Mieszkam niedaleko Szczecina, mam 9 kotów, przychodzą do mnie dwa lisy, miałam dwa psy ze schroniska. Jestem szczęśliwa z moim najdroższym mężem, wnukami gdy do mnie przyjeżdżają. Zawsze powtarzam, że trzy czwarte szczęścia w życiu daje ukochana praca, jedną czwartą cudowna rodzina. Jestem spełniona w stu procentach.

Maria, a właściwie Malina

Gdy zapytamy w Operze na Zamku o Marię Malinowską… możemy usłyszeć, że taka osoba tutaj nie pracuje i nie pracowała. Jeśli posłużymy się imieniem Malina, wszyscy będą wiedzieli o kogo chodzi.

– W szkole baletowej jedna z koleżanek powiedziała, że będzie mówić do mnie Malina. Przylgnęło to do mnie i przyzwyczaiłam się. Dawniej zdarzyła się sytuacja, gdy Mirosław Kosiński podczas jednego z „Wieczorów Baletowych” gdzie był konferansjerem, chodził po teatrze i pytał, jak naprawdę mam na imię. Nikt tego nie wiedział – wspomina artystka związana z operą od 35 lat.

Urodziła się w Płotach. Gdy miała 10 lat wyjechała do Poznania do szkoły baletowej. Uczyła się tam kolejnych 9 lat.

– Mam stamtąd mnóstwo wspaniałych wspomnień. Jedno z nich dotyczy Olgi Sławskiej-Lipczyńskiej, patronki poznańskiej szkoły. Czasami przychodziła na wizytację na lekcję tańca klasycznego. Chciała wybrać dzieci do „Matrioszki” – rosyjskiego tańca. Obserwując mnie powiedziała: „chciałabym by to była ta smutna i chudzieńka jak słomka dziewczynka”. Byłam smutna, bo z dala od rodziców, a szczupłość została mi do dzisiaj. Mam ogromny sentyment do pani Olgi, była moim wzorem i mocno uduchowioną osobą. Przed maturą dostałam od niej pamiątkę. Było to jej zdjęcie ze wspaniałą dedykacją, gdzie życzyła mi, by moje artystyczne życie było pełne cudownych przeżyć na deskach scenicznych w teatrze. I tak się stało – wspomina wzruszona artystka.

Po zakończeniu edukacji w Poznaniu została zaproszona do pracy przez Henryka Sawickiego, kierownika baletu z Wrocławia. Pracowała tam przez rok. Zatęsknili z mężem za rodziną i wrócili do Szczecina.

– Marzeniem każdej tancerki jest zatańczyć Jezioro Łabędzie, moim nawet w ostatniej linii (śmieje się). To przecież najpiękniejszy balet Czajkowskiego. Pojawiła się taka okazja, ponownie we Wrocławiu. Wyjechaliśmy na kolejne cztery lata… i znowu wróciliśmy. W 1998 roku byłam już w Operze i Operetce w Szczecinie koryfejką. Jest to tancerka, która jeszcze nie jest solistką ale już jest oddzielona od zespołu baletowego. Pamiętam z tego czasu, że zatańczyłam wówczas solistyczną rolę w „Błękitnej Rapsodii” Gershwina, gdzie elementem przewodnim był taniec współczesny i jazzowy. Rok później zostałam solistką. 

Przez lata pani Malina pełniła również wiele innych funkcji: asystenta kierownika baletu Mirosława Różalskiego, asystenta choreografa przy „Wesołej wdówce”, którą reżyserował Adam Hanuszkiewicz. Była również asystentem reżysera przy „Ani z Zielonego Wzgórza”. Obecnie jest inspicjentką.

– Przeszłam na emeryturę baletową w 2000 roku, w wieku 40 lat. Nie wytrzymałam długo. Trafiła się okazja i wróciłam jako inspicjentka, choć nie jest to tak pasjonująca praca jak solistki tańczącej na scenie. Daje zdecydowanie mniej satysfakcji ale jestem wciąż w operze. Nie żałuję ani sekundy spędzonej w tym miejscu. Pracowałabym nawet do końca życia. Jestem wdzięczna mojej rodzinie za jej wsparcie i wyrozumiałość. Przez pracę w teatrze nie było mnie często przy najbliższych. Mąż i synowi to jednak wytrzymali, dziękuję.

Artystka przyznaje, że w jej karierze zdarzyło się mnóstwo zabawnych i pamiętnych historii.

– Jedna z dziewczyn zawsze po przyjściu do pracy kąpała się i balsamowała. Zapomniała chyba wtedy, że podczas sztuki mają górne pozy, gdzie będzie podnoszona przez partnera. Podczas spektaklu, przez balsam, wyślizgnęła się z rąk i prawie spadła. Jej partner był wściekły, padły nawet deklaracje, że nigdy więcej z nią nie zatańczy.

Kolejne wspomnienie związane jest z tańcem innej koleżanki.

– Przed sztuką, gdy przebieraliśmy się kładliśmy zawsze ubrania na oparciu krzesła. Koleżanka, która miała tańczyć w cygańskiej sukience położyła ją właśnie w taki sposób. Okazało się, że przyczepił się do tej sukienki stanik i tego nie zauważyła. Wyszła na scenę i przetańczyła tak całego „Czardasza”. W trakcie sztuki próbowaliśmy stanik odpiąć ale taniec był szybki i nie daliśmy rady. To była scena z „Hrabiny Maricy”. Podczas sztuki nie mogliśmy powstrzymać się ze śmiechu. Podobnie, jak pierwsze rzędy na widowni. 

Speszony przez Aleksandra Bardiniego


Mirosław Kosiński, śpiewak o głosie barytonu z naszą operą związany jest od 1979 roku. Wspomina, że trafił do naszego miasta za namową swojego pedagoga.

– Antoni Majak był dla mnie ogromnym autorytetem. Był nie tylko wspaniałym reżyserem, śpiewakiem ale również cudownym człowiekiem. Rozesłał swojego czasu wici po akademiach w Polsce, że jego przyjaciel, dyrektor Tadeusz Bursztynowicz chce stworzyć w Szczecinie zespół, który będzie śpiewał operę i operetkę. Skoro on powiedział, że warto wziąć udział w tym przedsięwzięciu, nie zastanawiałem się długo. Przyjechałem – wspomina.

Mirosław Kosiński nie znał dobrze naszego miasta. Pierwszy raz widział je dwa lata wcześniej. W 1977 roku płynął do Szwecji i przejeżdżał wcześniej przez Szczecin.

– Podobało mi się ale nigdy nie spodziewałem się, że znajdę tutaj pracę – wspomina.

Decyzji nie żałuje, mimo że realia mocno się zmieniły. – Przede wszystkim realia polityczne. Jest większa możliwość wyjazdów zagranicznych. Młodzi artyści nie mają teraz większych ograniczeń. Jest również większa dostępność reżyserów. Kiedyś przygotowanie przedstawień wyglądało zupełnie inaczej. Najpierw ogłaszano spektakl, później obsadę, pracowano z korepetytorem, na koniec załatwiano muzyczne sprawy. Teraz na przykład nie ma lekcji z korepetytorem, które były bardzo pomocne. Artysta sam musi się nauczyć, wchodzi na scenę i ma być przygotowany. Również warunki w operze nieco się zmieniły. Mieliśmy więcej garderób dla solistów, w każdej znajdowało się pianino. W wolnej chwili można było popracować, poćwiczyć. Teraz już tego nie ma, dla utrzymania higieny głosu pianina były pomocną sprawą – dodaje.

Pan Mirosław, podobnie jak Malina Malinowska, nie żałuje ani chwili spędzonej w szczecińskiej operze. W 2016 roku obchodził 40-lecie pracy artystycznej. Wciąż występuje na scenie, oprócz tego jest także pedagogiem w Katedrze Wokalistyki na Akademii Sztuki.

– Z moją pracą wiąże się wiele niesamowitych historii. Jedna z nich dotyczy „Strasznego Dworu”, sztuki, która była traktowana jako pierwsza poważna w naszej operze, mimo że wcześniej wystawiano kilka innych. W dniu premiery, 3-4 minuty przed rozpoczęciem, zobaczyłem, że dyrektor Bursztynowicz przyprowadził elitę gości. Przyjechali krytycy z całej Polski, łącznie z profesorem Aleksandrem Bardinim. Pojawiła się wówczas dodatkowa trema. Były to przecież szanowane osoby z telewizji, autorytety. Na całe szczęście przedstawienie było udane. Nie wiedziałem o tej wizycie. Doszło do niej, ponieważ nagle do puli teatrów operowych wdarł się Szczecin, który był postrzegany dotąd jako teatr operetkowy. Dodatkowo zadziałało nazwisko dyrektora Bursztynowicza, który był bardzo znaną postacią – wspomina.

Piekielnie zdolna sopranistka

Joanna Tylkowska-Drożdż zadebiutowała w szczecińskiej Operze na Zamku w 2003 roku partią Pamimy w „Czarodziejskim Flecie”, sztuce Wolfganga Amadeusa Mozarta. Etatową solistką jest od 2005 roku. Od tego czasu pracuje również w Akademii Sztuki. Od trzech lat, jako dr hab. prof. nadz. do pracy w operze przygotowuje młodych śpiewaków.

– Jestem związana z Teatrami Operowymi w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, ale wybrałam Szczecin. To tutaj dojrzewałam jako artystka, tutaj się wszystkiego nauczyłam, każde spotkanie z publicznością jest dla mnie czymś wyjątkowym – mówi diva, która na scenie Opery na Zamku przygotowała 25 ról operowych, w większości pierwszoplanowych. Ze szczecińskim zespołem śpiewała także na scenach Hiszpanii, Włoch, Niemiec, Belgii i Holandii. – Cieszę się, że opera tak się zmienia. Jesteśmy po remoncie, wyremontowany gmach daje wszystkim ogromnego rozmachu. Mam nadzieję, że będzie już tak zawsze.

Śpiewaczka przyznaje, że najbardziej, poza debiutem, zapadł jej w pamięci spektakl Verdiego „Bal Maskowy”. Wystawiany był pod koniec 2015 roku. Sopranistka zebrała za występ bardzo wysokie noty.

– To niezwykle piękna sztuka. Poszłam w zupełnie inne śpiewanie, bardziej dojrzałe. Poza tym była to pierwsza sztuka w nowej Operze. Niesamowity klimat. Niezwykle cieszę się, że do naszego teatru przychodzi więcej osób. Niedawna akcja z okazji jubileuszu 60-lecia, czyli bilety po 60 groszy pokazała, że jest ogromne zainteresowanie. Wierzę, że duża grupa osób, która skorzystała z tego po raz pierwszy będzie od tego momentu stałą naszą publicznością.

Opera, której zazdrości nam Polska

Jacek Jekiel, dyrektor Opery na Zamku swoją funkcję pełni od 2014 roku. Trafił tutaj w bardzo trudnym momencie. Remont siedziby, wart ponad 67 milionów złotych, utknął wówczas w martwym punkcie. Dotrzymanie terminu wyznaczonego na 2015 rok było mocno zagrożone.

– Nic się na tej budowie wówczas nie działo. Pamiętam scenę, jak dwóch robotników błąkało się na placu budowy w bliżej nieokreślonym celu. Machina remontowa praktycznie całkowicie wyhamowała – wspomina. – Ciężko pracowaliśmy, by prace ruszyły ponownie pełną parą. Do tego dwa tygodnie po moim przyjściu wykonawcy II i III etapu ogłosili upadłość! I znów strata czasu, rozwiązywanie umów, nowe przetargi, pusta budowa i nerwy. Wtedy praktycznie nie mieliśmy życia prywatnego, cały czas spędzaliśmy tutaj. Wiele osób nie wierzyło, że damy radę i skończymy w terminie. Ja nie tylko wierzyłem, ja wiedziałem, że nam się uda. Skompletowałem energiczny zespół ludzi, który nie bał się wyzwań i pracy do nocy. Momentów krytycznych było mnóstwo, ale nawet na sekundę nie straciłem wiary. I miałem rację! – śmieje się.

Wszystko ważyło się do ostatnich chwil. Pozwolenie na użytkowanie przebudowanej Opery na Zamku dotarło do dyrektora pięć dni przed uroczystym otwarciem, 16 listopada 2015 roku.

– Dopiero wtedy dotarło do mnie, że mimo wielu przeciwności osiągnęliśmy z całym zespołem upragniony cel. Zrobiliśmy to! Ale wcześniej byłem tak zaaferowany tą inżynieryjną robotą, że także dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak gigantyczne konsekwencje nam groziły, gdyby nam nie wyszło. I gdy już wszyscy ochłonęliśmy, powiedziałem marszałkowi, że jak będzie jakaś krytyczna sytuacja związana z inwestycją, polecam naszą drużynę. Można nas wrzucić na każdy front – śmieje się Jekiel.

Opera na Zamku nie ma się już czego wstydzić. Wręcz przeciwnie, dzięki swojej doskonałej lokalizacji, niewidocznemu zazwyczaj przez widownię zapleczu technicznemu, może być powodem do dumy. Niepokoić może tylko jedno – zbyt niski budżet. Tutaj wyprzedzają nas inne polskie teatry.

– Po sześciu latach na emigracji, graniu w tymczasowym namiocie przy ulicy Energetyków, wróciliśmy w 2015 roku do mainstreamu artystycznego. Nasze produkcje potwierdzają, że remont naprawdę się opłacał. Są miejsca, w których ogromne pieniądze nie przekładają się na jakość wystawianych sztuk. My z kolei pokazaliśmy, że wcześniejsze ograniczenia nie były naszą winą, że teatr po prostu był zabiedzony. Teraz wystarczy poczytać recenzje naszych przedstawień. Są najczęściej wręcz entuzjastyczne i jasno wynika z nich, że to co robi Opera to najważniejsze wydarzenia nie tylko w Polsce, ale często nawet w Europie. Pokazujemy tym samym, jak dobrą pozycję ma Szczecin oraz nasz teatr – mówi Jacek Jekiel.

Wspomina jednocześnie kilka momentów, którego jego zdaniem były przełomowe w trakcie prowadzenia przez niego inwestycji. Jednym z nich jest decyzja o tym, by fundamenty skrzydła wschodniego pokazać w taki sposób, w jaki robi się to we współczesnym muzealnictwie. Przykryte zostały szybami, podświetlone, wyeksponowane. Kolejną dumą jest pomieszczenie, gdzie wyeksponowane zostały jedyne zachowane w Zamku XVI-wieczne polichromie.

– To fantastyczne pomieszczenie, wyjątkowe miejsce w Zamku Książąt Pomorskich, w którym mamy poczucie, że jesteśmy w unikatowej przestrzeni zabytkowej. Dzięki niewielkiemu fragmentowi malowideł możemy sobie wyobrazić, jak dawniej wyglądał cały Zamek, jedna z najbardziej znaczących rezydencji w nowożytnej Europie – mówi.

Dyrektor zapewnia jednak, że „nowa” Opera na Zamku nie pokazała jeszcze wszystkich swoich możliwości. Odsłoni je podczas wspomnianego musicalu „Crazy for You”. Jacek Jekiel jest jednocześnie przekonany, że będzie to spektakularny musical, który już w marcu tego roku zdobędzie uznanie krytyków oraz wszystkich zaproszonych gości. Również tych, którzy 60 lat temu dokonali cudu i stworzyli nam Operę, z której możemy być dzisiaj bardzo dumni.

3( 102)
luty'17