O równowadze tłuszczów w przyrodzie

Autor

Szymon Kaczmarek

Siedzę na tarasie „Wiejskiego Kocura” w Zatoni. Dziś ktoś wygrał niewyobrażalną kumulację w totka. Pewnie już o tym wie. Ja wiem, że to nie ja. Ale rozglądając się po centrum mojego ukochanego miejsca na Ziemi, nie spostrzegam tańców radości. Nie słychać spazmatycznych okrzyków szczęścia. A więc, nikt stąd. To dobrze. Nie ja, też dobrze. Bo może poniosłoby mnie gdzieś, w egzotyczne strony, byle dalej, byle cieplej i normalniej? Bo może zapomniałbym o swojej codziennej Rzece? O serdecznych, bliskich osobach? O nieuchronności pór roku, o sobie?

Może zapomniałbym o Tobie Czytelniku? Pieniądze niosą ze sobą niepokój.

Wobec bieżących wydarzeń otaczającej nas codzienności, ucieczka na przysłowiowe „łono Natury” wydaje się być coraz popularniejszym sposobem na przetrwanie. Ma z pewnością zbawienny wpływ na stan posiadanego rozumu, jaki by ów rozum nie był. Sielskość krajobrazu, leniwy ruch na wiejskiej drodze, zieleń zieleni i błękit błękitu… Ciszej, spokojniej, może nawet bezpieczniej? Można podłubać w przydomowym ogródku, drew narąbać, trawę skosić, a wieczorkiem grilika rozpalić. Cudownie. Nie ma szefa z wiecznymi pretensjami wymalowanymi na twarzy, nie ma upierdliwego sąsiada kładącego dziewiąty raz boazerię w przedpokoju. Nie ma smogu i miejskiego hałasu. Jest „łono”, słonko, piwko, gdakanie drobiu. Sielanka.

Wielu z nas ma takie swoje azyle. Czasem to własny domek letni, czasem zaprzyjaźniona agroturystyka, a czasami łóżko u Przyjaciół. Miejsca magiczne z niemniej czarodziejskim wpływem na naszą udręczona życiem duszę.

Moim azylem jest wspomniana wielokroć Zatoń Dolna, nad Odrą kochaną, tuż za Krajnikiem. A w Zatoni odrestaurowana i hołubiona z pietyzmem Dolina Miłości, park krajobrazowy ze swoimi unikalnymi roślinami i zwierzętami. Bobry, orły, sarny, to tutejsza codzienność, tak różna od tej naszej, miejskiej. W Zatoni mieszkają też ludzie. Naprawdę. Ot, choćby rodzina z Francji (ostatnio powiększona o malutkiego zatończyka, tu już urodzonego). John Kozioł i jego żona Sandie stanowią o wartości tego zakątka świata. Postawili tu chałupę z gliny, drewna i trzciny, krytą darnią. Przybywają tu ludzie z całego świata by potańczyć bretońskie tańce, posłuchać śpiewu Sandie, napić się niezwykłego cydru Johna. To wymarzone miejsce dla każdego artysty szukającego pięknego odosobnienia i skupienia w samym środku Natury. Odwiedzając Zatoń nie przeoczmy „Wiejskiego Kocura” gdzie Małgosia i Ryszard Mateccy nakarmia, napoją, po Dolinie oprowadzą i o historii tego regionu opowiedzą. Mateckich odwiedzają Ludzie Cudni. Artyści, pisarze, pasjonaci wszelkiej maści. Wieczorami, przy kawie i pysznym cieście dyskusje toczą się do późnych godzin. Te o świecie naszym, o radościach i troskach, o przyrodzie i sztuce. Próżno by szukać podobnych dyskusji w abonamentowej tiwi.

I nagle, jak grom z jasnego nieba, nad ten Raj nadeszły chmury. A w zasadzie, pieniądze. Oto, bogaty Polak z Niemiec wykupuje szczyt górującego nad Zatonią wzgórza. Pierwszym jego ruchem jest wycięcie w pień sporego obszaru zieleni. Biznes będzie robił. Ma pieniądze i co najważniejsze, znajomości w gminie, a może i powiecie? Działa na granicy legalności, często tę granicę przekraczając. Kto bogatemu zabroni? Nad Zatonią trwoga i bezsilny smutek…

Nieopodal, spory szmat ziemi kupiła równie bogata Polka z Niemiec. Od dłuższego czasu jej największym zmartwieniem jest sporządzenie takiego planu zabudowy, by w jak najmniejszym stopniu naruszy świat roślin i zwierząt…

I właśnie tu, nad Odrą w Zatoni Dolnej zrodziła się moja teoria „O równowadze tłuszczów w przyrodzie”. Jest zaskakująco prosta: duży szmalec wymaga oleju w głowie. Nie tylko w Zatoni.

4( 103)
Kwiecień'17