Autor

Krzysztof Bobala

Nie było, nie ma i nigdy nie będzie mojej zgody na doping. Czy to dotyczy megagwiazdy, czy szaraczka wspinającego się dopiero po szczeblach sportowej kariery. Wiem, że może to brzmi zbyt idealistycznie. Żyjemy w czasach facebooka, szybkich informacji i mediów kreujących rzeczywistość głównie przy pomocy skandali, afer i raczej negatywnych zachowań. Ale ja ciągle, nieustannie i bardzo stanowczo jestem na nie. Kiedy tylko o dopingu wśród sportowców zrobiło się głośno, głosuję za karą dożywotniej dyskwalifikacji. I nieważne czy ofiarą takiej decyzji będzie uwielbiana przez miliony Sharapova, czy nikomu nieznana tenisistka z Burkina Faso. Powody dopingu są w obu przypadkach takie same: lepiej grać, wygrywać za wszelką cenę, zarabiać więcej, być bardziej popularną. Ale to po prostu najzwyklejsze oszustwo. Przecież one obie oszukują swoje przeciwniczki, kibiców i młodych adeptów tenisa. A tak naprawdę to obie oszukują przede wszystkim siebie. Jeżeli przeciętny obywatel większości cywilizowanych krajów na świecie oszuka biznesowego partnera, klienta czy państwo, zostanie surowo ukarany, często z karą więzienia włącznie. Dlaczego sportowców mają takie regulacje nie dotyczyć? Czy jak piękna Masza nie zagra w Stuttgarcie, to turniej się nie odbędzie? Czy kibiców na trybunach będzie diametralnie mniej? Na pewno nie! Więc dlaczego ci młodzi tenisiści, te dziewczęta, które marzą o karierze Radwańskiej czy sióstr Williams mają się po ewentualnym wygranym meczu Sharapovej zastanawiać, czy była naprawdę lepsza, czy może wzięła kolejne anaboliki i dzięki temu wygrała ze swoją „czystą” przeciwniczką? Taka postawa władz poszczególnych dyscyplin, organizatorów największych imprez, „psuje” sport od wewnątrz. Jeżeli sportowcy, i to nie tylko tenisiści, za jawną próbę oszustwa dostają jakąś nic nie znaczącą, kilkumiesięczną dyskwalifikację, po której od razu są zapraszani na największe eventy, to niestety z dopingiem nie wygramy.

 
5( 104)
Maj'17