Wojtek Mazolewski – W Szczecinie jest magia

„Chaos pełen idei” robi furorę. Na ostatniej płycie Wojtka Mazolewskiego usłyszymy wielu znakomitych gości: Natalię Przybysz, muzyków Lady Pank, Anię Rusowicz czy nawet Johna Portera. – Wszystkich namówiłem do tego, byśmy stworzyli projekt, który pokaże nasze flow. Dokąd będziemy mogli popłynąć – zdradza jeden z najbardziej utalentowanych polskich  jazzmenów.   

Autor

Andrzej Kus

galeria

Często przyjeżdża Pan do Szczecina, ale chyba pierwszy raz występował w takim miejscu, jak szczeciński loft kultury przy ulicy Kolumba 4. 

Atmosfera nas bardzo pozytywnie zaskoczyła. Do tej pory graliśmy w kilku miejscach, m.in. w Filharmonii czy w Zamku Książąt Pomorskich. Loftem jestem zachwycony, bo podobają mi się takie postindustrialne klimaty. Na początku, co prawda, musieliśmy rozruszać trochę publiczność, ale po chwili pojawiła się prawdziwa magia. Kocham grać i do każdego koncertu, niezależnie od tego gdzie i z kim gram, podchodzę ze stuprocentowym zaangażowaniem. Cieszę się, że nowa trasa rozpoczyna się tutaj, na Pomorzu Zachodnim. Sam jestem z Trójmiasta i uwielbiam energię, jaką mamy w tej części Polski. 

A jak na tle innych miast prezentuje się cały Szczecin? Mamy dobre warunki do dobrego grania?

W Filharmonii gra się naprawdę doskonale, to wspaniałe miejsce. Zachwyca nie tylko swoją architekturą, ale również wnętrzem. To, że wielu osobom się nie podoba, może być spowodowane tym, że rzeczywiście trzeba się do niej przyzwyczaić. Również przestrzeń dookoła jest coraz lepiej zagospodarowana. W każdym jednym mieście brakuje mi jednak tego samego. Nie tak dawno byliśmy w Londynie. Przed koncertem, przygotowując się do niego, pół dnia przesiedzieliśmy w parku. Nie ma u nas takiej przestrzeni jak tam. Należy skończyć z rzeczami typu tabliczki: „nie deptać zieleni” itp., a pracować więcej nad zagospodarowaniem przestrzeni miejskich pod kątem natury, miejsc, gdzie można się zresetować, posiedzieć na trawie, poczuć zapach drzew i kwiatów. To jest najbardziej potrzebne. Szczecin to miasto z ogromnym potencjałem. Znam tutaj sporo pozytywnych osób. 

Daliście w Szczecinie świetny koncert. Promował on płytę „Chaos pełen idei”. Zaprosił Pan do udziału w projekcie wielu znakomitych artystów: rapera Vienio, Jana Borysewicza i Janusza Panasewicza, Anię Rusowicz, Johna Portera i kilka innych osób. Według jakiego klucza dobierał Pan gwiazdy? 

Zapraszałem tych, których czuję. Na tych, na których miałem w tym momencie pomysł. Rzeczywiście, było to ryzykowne. To, jak to finalnie wyjdzie, istniało tylko w mojej głowie. Miałem wcześniej okazję współpracować z Anią Rusowicz, Natalią Przybysz, Wojciechem Waglewskim. Z kilkoma artystami spotkaliśmy się pierwszy raz. Są też tacy, których znałem, ale do tej pory nie graliśmy, mowa chociażby o Janie Borysewiczu czy Januszu Panasewiczu. Dla mnie najważniejsze było to, by zaprosić gości do wspólnego muzykowania, do energii, którą z zespołem posiadam. Namówić ich do tego, byśmy popłynęli razem, byśmy stworzyli coś zupełnie nowego w oparciu o nasze doświadczenia, umiejętności, nasze flow. I to chyba się udało. 

Podczas koncertu aranżacje utworów są bardzo oryginalne, często odbiegają od tego, co możemy usłyszeć na płycie. Bawicie się muzyką, to widać. 

Staramy się podchodzić do tego bardzo spontanicznie oraz elastycznie. Aranżacje robiłem ze swoim zespołem wcześniej, nagrywaliśmy je często na rekorder i wysyłaliśmy gościom, by się z nimi osłuchali. Najważniejsza praca odbywała się jednak w momencie przyjścia do studia. Na nagranie mieliśmy bardzo niewiele czasu, dwie-trzy godziny. Dla porównania podam, że na nagranie każdej innej piosenki jest zazwyczaj kilka dni. Nie mieliśmy tyle czasu. To prawda, z zespołem bawimy się muzyką i przetwarzamy ją na żywo, improwizując. Cieszymy się każdym elementem, który w trakcie grania możemy zmienić. Uznałem, że każdego zaproszonego artystę postaram się namówić do tego, byśmy właśnie w taki sposób podeszli do pracy. Goście byli na tyle otwarci, że się zgodzili. Jeśli natomiast chodzi o występy koncertowe: zawsze jest napisany scenariusz koncertu, kolejność utworów. Ostatecznie wychodzi często tak, jak w Szczecinie z Misią Furtak czy Johnem Porterem. „Rozimprowizujemy” wszystko totalnie. Mimo że znamy jakąś formułę utworu, naprawdę nie wiemy, co się w nim wydarzy. Utwory nagrane z Johnem na płycie „Chaos pełen idei” są instrumentalne, w wersjach koncertowych w zasadzie są pieśniami. Dzieje się tak dlatego, że mamy do tego bardzo frywolny stosunek. Potrafimy na bieżąco coś zmieniać, dodawać, podążać za narracją, jaka pojawia się w trakcie grania.


Myśli Pan już o kolejnym projekcie? „Chaos pełen idei” nie jest komercyjnym produktem, a mimo to ma bardzo dobre recenzje i cieszy się ogromną popularnością.

Dobra muzyka zawsze broni się sama. Przylepianie jej łatek komercyjności nie ma żadnego znaczenia. Gdyby to była taka płyta – też bym się tym nie przejmował. Fakt, że miałem okazję zaprosić tak wspaniałych twórców do współpracy, dodał mi tylko skrzydeł. Traktuję publiczność jako partnerów, bardzo szanuję ich podejście i ekscytację. Cieszę się, że ta płyta jest odbierana tak szeroko. To jest jej atut, siła żywego grania. 

Cofnijmy się trochę w czasie. Przed paroma laty ciężko Pan chorował, udało się na szczęście zwalczyć guza. Mimo wszystko wciąż pan się nie oszczędza i naprawdę dużo pracuje. 

Życie muzyka niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw. Kilka lat temu rzeczywiście zdarzył mi się taki moment, gdy musiałem zregenerować siły i powalczyć z chorobą. Spowodowana była zbyt intensywną pracą. Każdy defekt organizmu to wina jakiejś nieuwagi, tak było i tym razem. Jestem zakochany w tym, co robię i czasami potrafię się zapomnieć. Wydaję wciąż sporo płyt i biorę udział w wielu projektach. Dalej mam wiele pomysłów na nowe albumy. Nie zwolnię póki co tempa, choć zdaję sobie sprawę z tego, że za jakiś czas będę musiał się na chwilę zatrzymać. Jestem obecnie zbyt poruszony i podniecony tym, co się teraz dzieje. 

Czyli po chorobie nie ma już śladu?

Zapomnijmy już o tym, było to wiele lat temu. Poradziłem sobie z tym już dawno. Jedyne, z czym się teraz zmagam, to zmęczenie spowodowane faktem, że od dwóch lat jestem w trasie koncertowej lub biorę udział w innych projektach, tworzę muzykę do filmu czy teatru. Mam jednak swoje sposoby na regenerację sił i niebawem stanę przed wyzwaniem, że będę musiał zrobić to dogłębnie. Jeszcze jednak nie teraz. Zresztą, ktoś mądry kiedyś powiedział: jak kochasz to, co robisz, to żadnego dnia nie spędzisz w pracy. To tyczy się właśnie mnie. 

O jakich sposobach regeneracji mówimy? 

Ważna jest dieta. Musimy mieć świadomość tego, co jemy i jak jemy. Nie jesteś nawet tym, co jesz, a tym, co trawisz. Drugim ważnym elementem w zachowaniu równowagi jest dla mnie medytacja oraz różnego rodzaju ćwiczenia fizyczne – od form pierwotnych, jak hiking, aż po nowoczesne ćwiczenia z ciałem, jak joga czy pilates. Wszystko to pomaga odzyskać równowagę na poziomie psychicznym i fizycznym. 

Czyli w najbliższych miesiącach wciąż będzie bardzo głośno o Wojtku Mazolewskim?

W najbliższych miesiącach będę pracował nad realizacją dwóch czy trzech kolejnych płyt. W dużej mierze są już przygotowane. Za chwilę przygotowujemy też koncerty na festiwale w Jarocinie – to będą specjalne wydarzenia. Później zagramy jeszcze koncert „3 Dźwięki Komedy” z Arturem Rojkiem, Marysią Sadowską i Leszkiem Możdżerem w Częstochowie. Zagramy też specjalny koncert w Opolu, gdzie poza gośćmi z „Chaosu” zaprosimy O.S.T.R. i Kasię Nosowską, z którymi też przygotuję coś zupełnie innego. Uwierz mi, mój komputer, gitary i kontrabasy w domu nie stygną i cały czas powstają nowe piosenki.

5( 104)
Maj'17