Jak dobrze rano wstać… na ryby!

Chory zdrowieje, głuchy odzyskuje wzrok, a niewidomy słuch, albo odwrotnie. Trudne staje się łatwym, a niemożliwe błahostką. Jakiś cudowny lek? Wizyta filipińskiego uzdrowiciela? Nie. To zdrowa reakcja na wieczorny telefon od przyjaciela, który mówi gorączkowo „Stary, idealna pogoda na ryby. Jestem u ciebie jutro o wpół do czwartej…”.

Autor

Szymon Kaczmarek

galeria

Niepotrzebne budziki, włączone radio, szturchanie i ściąganie kołdry przez najlepszą z żon...Budzisz się rześki i gotowy na kwadrans przed zegarową pobudką. Sprawnością, z jaką poruszasz się po ciemnym mieszkaniu zadziwiłbyś samego Winnetou. Kanapki już wczoraj przygotowane, więc tylko zalać wrzątkiem herbatę w termosie... Chlebak dopięty, więc jeszcze wędki, na siwiejący łeb czapka, co to pod żadnym pozorem prać jej nie należy i hajda!

Nad ulubiony brzeg odrzański trafiasz jeszcze po ciemku. Uroczy, głęboki jar wcinający się w wysoki brzeg Odry Zachodniej sprowadza cię nad wodę prawie naprzeciw ulubionej śluzy. W nadbrzeżnych zaroślach hałas jak na targowisku. Maj to najgłośniejszy miesiąc na tych terenach. Tysiące gardeł na wyścigi zapewniają o swej dozgonnej miłości, niedoścignionym sposobie budowania gniazda i niespotykanej wprost przydatności do przedłużenia gatunku właśnie z nim, największym krzykaczem we wszystkich krzakach. Do drących się pod niebiosa słowików dołączy niebawem czereda innych napaleńców niezliczonych gatunków, różnych wielkością i siłą rażenia. Niech no tylko wstanie słonko... No właśnie! Trochę przyspiesz, bo jak wstaje, to najlepiej cmokają okonie, a ty tutaj o ptaszorach...Cichutko, by nie zagłuszać tego najpiękniejszego koncertu świata wyciągasz sprzęt i klniesz w duchu, że jeszcze nie wymyślono sposobu, by bez hałasu napompować ponton. Odrzański nurt żywy, co napawa nadzieją na schodzącą z kanałów wodę, a przy takiej cyrkulacji jest szansa na „eldorado”. Pompuje się głośno, ale jak już siedzisz na wodzie, to właśnie ponton jest najdoskonalszy. Cichutko zanurzasz wiosła bez większego wysiłku przeprawiając się na drugą stronę rzeki. Od czasu do czasu sprzed dziobu, niczym słodkowodny delfin, przewali się grzbiet leszczowej łopaty. Na bystrzach chlapnie nieśmiało boleń, a przy trzcinie sypnie jak śruciną po wodzie stadko spłoszonej drobnicy. Ptaki leśne zostały ze swoimi trelami na lesistym brzegu, tu na środku wody obowiązki orkiestry zaczynają pełnić trzciniaki, perkozy, łyski. Po kilku minutach, dopływając do śluzy z tradycyjnym niepokojem wypatrujesz obecności miejscowych sieciarzy...Uff, dziś się udało. Jesteś pierwszy - jak pospali niech żałują. Oni będą musieli uszanować twoje łowisko. Kłusole, ale resztki honoru im zostały. Jeszcze rzut oka na rzekę, I wreszcie jest ona… 

W resztkach nocnej mgły porozrywanej pierwszymi, porannymi podmuchami wiatru, w szarościach wstającego dnia wyłania się stara, poniemiecka śluza – brama do raju. Za nią krótki 150-metrowy, płytki kanałek, a potem labirynt wędkarskich marzeń: dziesiątki kilometrów kanałów Międzyodrza. Tą chwilę lubisz najbardziej. Widok na prostkę za śluzą, na toń niespłoszoną jeszcze żadną łodzią, żadnymi wędkarzami. Z lewego brzegu przy zwalonej wierzbie, jak zawsze zrywa się czapla. Czasem słychać klaśnięcie bobrzego ogona. To ten stary samiec, który rok temu płynąc mocno zamyślony, nieomal walnął łbem w twój ponton. Wysokie, betonowe ściany śluzy zwielokrotniają echo rybich ataków. Wartka woda niesie kępy trzcin i patyki. To dobry znak – będzie łowienie. Jeszcze tylko najtrudniejsza przeprawa przez wąskie gardło zdewastowanej metalowej bramy i prowadzony śmigłym lotem zimorodka wypływasz na spokojniejszą toń kanału... 

Ponton kołysze się leciutko, ty zapalasz papierosa rozkoszując się tą najprzyjemniejszą z wędkarskich chwil: obserwacja wody tuż przed pierwszym rzutem. Nie ma przyjaciela, z którym zawsze ścigacie się o ten „pierwszy” rzut, nie ma innych wędkarzy zakłócających czasem tok obserwacji. Jesteście tylko ty, woda i... Acha, z drugiego brzegu przygląda ci się sceptycznie para kun, którym zepsułeś poranne igraszki z hormonami. No, ale taka widownia jest mile widziana.

Dłonie grzeje kubek z gorącą, zaprawianą herbatką. Majowe ranki potrafią być jeszcze całkiem chłodne, ten fakt zdaje się potwierdzać i para z twoich ust i skostniały kormoran rozścielający swoje krótkie skrzydła w stronę młodego, dopiero co budzącego się bladego słonka. Kiedy ponad trzydzieści lat temu wpływałeś po raz pierwszy w śluzę na starym, sklejkowym kajaku, przedzierałeś się przez zarośniętą roślinnością budowlę jak w Amazonii. Jurek Kosycarz, fotograf przyrody i wielki znawca tych terenów odkrywał przed tobą stary czapliniec, zasiedlone od lat gniazdo rybołowów, z daleka przez ruską lornetkę podziwialiście kołujące bieliki, a z trzciny dobiegało miarowe buczenie bąka. To w Jurkowej chałupinie zbudowanej wspólnymi siłami różnych ludzi siedzieliście długie wieczory zasłuchani w opowieści o ptakach, rzece i ludziach. To tam poczułeś smak prawdziwej miłości do Międzyodrza i jego mieszkańców. Dziś okoliczne zarośla śluzy są przetrzebione przez szukających drewna na ognisko, ryby mniejsze i bardziej płochliwe, a ptaki...Te o dziwo się ostały i to w niezłej nawet kondycji, bo to i orły często pokrzykują do siebie i kanie. O trzcinowo-szuwarowym drobiazgu nie wspominając. Tylko Jurkowi los pokrzyżował plany zatrzymując go w półkroku życia. Ale jak wierzysz głęboko, czuwa gdzieś tam wśród skrzydlatej czeredy patrząc uważnym wzrokiem na umiłowane tereny i ludzi. 

Dawniej, dostęp do tych miejsc mieli wyłącznie nieliczni posiadacze łódek. Dziś rzesza szczecińskich wodniaków liczona jest w tysiącach, a na obrzeżach Międzyodrza powstają wypożyczalnie sprzętu pływającego. Rozrasta się infrastruktura kajakowa w Siadle Dolnym i w Gryfinie. Wciąż, mimo rozlicznych trudności, funkcjonuje wypożyczalnia kajaków PTTK na Dziewokliczu. Jak szybko dynamiczny rozwój turystyki wodnej poradzi sobie z kruchą równowagą nadodrzańskich ostępów?

„Czerk, czerk, czeerik!” na chybotliwej trzcince niepozorny ptaszek ze zręcznością linoskoczka kołysze się leciutko gapiąc paciorkowatymi oczkami na przybysza w pontonie. „No cześć byku jeden!” z uśmiechem na wąsatej twarzy przepycha się przez wąskie gardło śluzy Lutek, najlepszy przyjaciel z wypraw na naszą ulubioną wodę. „Już połowiłeś?” pyta zazdrośnie. Ale odpowiedź zna. Starczy popatrzeć na Twój rozmarzony wzrok, na kubek w dłoni i spokojny warkocz spływającej wody. Wody jeszcze dziś dziewiczej, kryjącej jak zawsze ten największy, najwspanialszy połów życia. To tym razem. Dziś. Na pewno!

„Chłopie, jak tam na rogu bolenisko wali!!! Dawaj herbaty, ja tam wracam, a ty sobie skub te drobiazgi”. I to właśnie całe łowienie z Lutkiem. Nie musi być tuż obok. Wystarczy świadomość, że jest tam za rogiem, z drugiej strony wysokiej grobli, że słyszę jego gromkie kichanie lub jakąś cholerę kwitującą albo zmarnowane pobicie, albo piękny taniec boleni... Z pozoru szorstki i nieprzemakalny, ale w środku dusza dziecka potrafiąca w zachwycie zagapić się na długie minuty, gdy nad trzcinami rozpoczynają swój taniec ważki i motyle. 

Tyle razy czytałeś o konieczności poznania łowiska, o błogosławieństwie umiejętności czytania wody, ale dopiero po latach, właśnie tu doceniłeś korzyści z tego płynące. Poznawanie - największa tajemnica wędkarstwa! Poznawanie nie tylko zwyczajów ryb, lecz także całego środowiska wodno-lądowego, w którym przebywasz. Jak inaczej zaczęły wyglądać wędkarskie wyprawy od kiedy wiesz, że ta przepływająca, niepozorna roślinka to salwinia pływająca, rodzaj rzadkiej, chronionej prawem paproci, a wibrujący, beczący dźwięk dobiegający cię całą wczesną wiosnę, to tokujący lot kszyka i charakterystyczne furkotanie lotek jego ogona. A te miękkie zielonkawe gałązki czepiające się haczyka? Jak ucieszyła cię wiedza, że to gąbka słodkowodna występująca w wyjątkowo czystych wodach. Przyroda nie straciła na swej tajemniczości w chwili, gdy zacząłeś poznawać jej tajniki. Ba, w wielu przypadkach twoja wiedza pomogła ci oczekiwać na wydarzenia, które zazwyczaj umykały twojej uwadze. I tak zaczęły się wyprawy, których celem przestały być wyłącznie ryby. Wczesne wstawanie nie dlatego, że lepiej żeruje szczupak, lecz po to by zobaczyć dzicze kąpiele watahy regularnie przepływającej Odrę w drodze na żerowiska nad kanałami. Poranny wyścig na łowisko miał na celu zobaczenie ptaków i wody, której nie spłoszyła natarczywa obecność ludzi. 

 

Do opasłego tomu anegdot ze śluzy dojdzie jeszcze jedna historia. Do ciągu wspomnień, jeszcze jedna wyprawa nad rzekę, która darzona miłością, odpłaca z nawiązką zdarzeniami, obrazami, zapachem i kolorami... Za każdym majem inna, z każdą wyprawą bliższa i jeszcze bardziej pociągająca. Odra Zachodnia z labiryntem kanałów, z nieprzebraną rzeszą ptactwa, roślin, ryb. Zespół After Blues śpiewa w jednej ze swych piosenek: „są takie miejsca, w których życia żal. To jest mój raj.” Ten tekst napisałem właśnie na Międzyodrzu. Jutro jadę tam, na swoją „jurkową” śluzę. Pierwsza wyprawa w tym roku. Czy będzie tak jak zawsze? Co zmieniło się przez minione miesiące? Już dziś cieszę się na myśl o tradycyjnym powitaniu tego miejsca. Stanę na drodze z Moczył do Kamieńca i patrząc na panoramę tej części Międzyodrza przywitam swoje wspomnienia, Jurka, Lutka, wszystkich przyjaciół, ptaki, rośliny i zwierzęta...dziękując im za każdą spędzoną tu chwilę.

5( 104)
Maj'17