Uciekający (za granicę) państwo młodzi

Ślub to dla każdego ogromne wydarzenie i jeden z najważniejszych momentów w życiu. Jednak z drugiej strony wiążą się z nim duże koszty i stres. I wtedy, zanim zacznie się ta cała przedślubna histeria, zastanawiamy się nad słusznością wyboru (oczywiście ceremonii, a nie partnera na małżonka) i zaczynamy snuć marzenia o ucieczce gdzieś daleko…

Autor

Aneta Dolega

galeria

Ślub z dala od rodzinnego domu, a najlepiej za granicą, daje możliwość połączenia go z podróżą poślubną, dowolnego wyboru miejsca i oprawy, a jego koszty są zdecydowanie mniejsze od balu dla stu osób, nerwowo planowanego z rocznym wyprzedzeniem. I tylko ciocie lub babcie mogą nam wypominać tę decyzję przez jakiś czas… Nasi bohaterowie wybrali ceremonię ślubną poza granicami Polski. Żadne z nich nie zdecydowało się na ślub kościelny. Zresztą w tym przypadku to dość skomplikowane, a przecież od takich niepotrzebnych komplikacji właśnie zamierzamy uciec. Jednak gdyby ktoś zapragnął kościelnej ceremonii, to musi pamiętać o kilku rzeczach. Ślub kościelny można zawrzeć w kraju, który ma podpisany konkordat ze Stolicą Apostolską, ale wcześniej należy uzyskać zgodę proboszcza własnej parafii, który wystawi nam licencję ze wskazaniem miejsca, gdzie ślub się odbędzie. Gdziekolwiek jednak nie przeniesiemy całej ceremonii, nie ominą nas wizyty w poradni rodzinnej, nauki przedmałżeńskie, a nawet obowiązek dawania na zapowiedzi. Mało zachęcające…

Sakramentalne „si”

– „Veni, vidi, vici – Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”. Odwołuję się do zwrotu Juliusza Cezara, bowiem mniej więcej tak podsumował nasze pierwsze spotkanie mój (wtedy przyszły) mąż, zakładając, że my = wieczność – wspomina ze śmiechem Sylwia Różycka, aktorka teatralna, na co dzień żona Marcina Tomaszewskiego, znanego polskiego alpinisty. – Rzym uchodzi za Wieczne Miasto. Oddając wypowiedzi Marcina zaproponowałam na miejsce ślubu Rzym, a on odpowiedział:  Si Silvana.

Słoneczną Italię na miejsce ślubu wybrała też inna para: Ania i Paweł Żukowscy. Oboje na co dzień pracujący w poważnych zawodach, są ludźmi, którzy lubią przygody i lubią je łączyć ze swoimi pasjami. Ania z jazdą konną, a Paweł z windsurfingiem. Ich wspólny wyjazd do Włoch miał być klasycznym urlopem, a skończył się na ślubnym kobiercu… – Z dość dużym wyprzedzeniem mieliśmy zaplanowany wrześniowy urlop we Włoszech w towarzystwie pary przyjaciół – opowiada Ania. – Paweł w tajemnicy przede mną skontaktował się z konsulatem w Rzymie w sprawie naszego ślubu i wszystko zorganizował, licząc na to, że uda mu się zrobić mi niespodziankę. Niestety, konieczność zorganizowania dokumentów jeszcze w Polsce uniemożliwiła wprowadzenie elementu zaskoczenia. Rzym i Watykan wydają się być idealnym miejscem na zawarcie ślubu kościelnego i tak faktycznie jest, ale tylko pod względem duchowym. Względy praktyczne i organizacyjne mogą okazać się sporą przeszkodą. Aby oszczędzić sobie wielu zmartwień, najlepiej zwrócić się o pomoc do wyspecjalizowanych agencji lub konsultantów ślubnych, służących pomocą, radą i doświadczeniem. – Telefonicznie uzgadnia się z panią urzędnik wolny termin w Ambasadzie Rzeczypospolitej Polskiej w Rzymie (Wydział Konsularny) oraz wnosi opłatę. Należy pojechać pierwszy raz z dokumentami, zaś druga wizyta jest już dniem ślubu – wymienia Sylwia.

– Z konsulatem po raz pierwszy Paweł kontaktował się w maju i zaproponowano mu termin na listopad, bo jak się okazało jest kolejka chętnych. Jako że w Rzymie planowaliśmy być jedynie trzy dni i to we wrześniu, trzeba było wykorzystać umiejętności negocjacyjne przyszłego pana młodego – dodaje od siebie Ania. – Po złożeniu przez nas wymaganych przez prawo zapewnień Urząd Stanu Cywilnego w Szczecinie już sam dalej prowadził kwestię dostarczenia do konsulatu niezbędnych dokumentów. 

Karaoke i noc w samochodzie

Sama ceremonia ślubna nie jest skomplikowane a sami Włosi chętnie służą pomocą w jej organizacji.

– Ślub odbył się w obecności wyłącznie świadków i pani konsul, a z uwagi na nasze luźne podejście do tematu przygotowanie do ceremonii polegało na założeniu białej sukienki przez pannę młodą i niespóźnienie się na wyznaczoną godzinę przez pana młodego – rzeczowo wyjaśnia Ania. – Sama ceremonia wyglądała dokładnie tak, jak ślub w polskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Po powtórzeniu słów pani konsul złożyliśmy podpisy, a kilka tygodni później otrzymaliśmy pocztą polski akt małżeństwa.

W przypadku Sylwii i Marcina uroczystość również odbyła się bezproblemowo.  – Przygotowania głównie opierały się na znalezieniu biletów, noclegów i planu zwiedzania miasta po zaślubinach – mówi Sylwia. – Byli z nami świadkowie i para bliskich znajomych, z którymi uczciliśmy nasz ślub obiadem w typowo włoskiej restauracji. Pogoda, mimo że był to luty, była bardzo wiosenna i słoneczna, co pozwoliło na długi spacer, a wieczorem harce w klubie karaoke.

 – Z uwagi na mocno kameralny charakter całego zdarzenia wesela nie było – po zrobieniu kilku zdjęć pojechaliśmy na obiad do restauracji poleconej przez panią konsul. Dużo ciekawsza niż wesele była noc poślubna, którą z uwagi na awarię samochodu spędziliśmy we czworo w aucie na parkingu gdzieś w połowie drogi, pomiędzy Rzymem a Livorno, skąd nad ranem uciekł nam prom na Korsykę – śmieje się Ania.

Azjatycka przygoda

Europa nie jest jedynym miejscem, gdzie bez problemu możemy zawrzeć związek małżeński nie będąc obywatelem wybranego przez nas kraju. Jak się okazuje, nawet mocno egzotyczna Azja jest otwarta na pary młode z zewnątrz. Również tak odległe miejsce jak Japonia.

Wśród samych Japończyków najbardziej popularny jest ślub cywilny. Jednak nie można go nazwać ceremonią, gdyż ogranicza się jedynie do podpisania dokumentów w urzędzie. Podczas podpisywania dokumentów nie jest wymagana obecność świadków, a nawet pana młodego. Kobieta, która wchodzi w związek małżeński, może sama stawić się w urzędzie, w okienku, które jest czynne całą dobę. Tradycyjny ślub japoński odbywa się według shintoizmu, rdzennej religii Japończyków, chociaż coraz częściej wypiera go uroczystość chrześcijańska.

Ze ślubem cywilnym nie mieli za to problemu Lidia i Adam Peterczukowie, którzy związek małżeński zawarli właśnie w Japonii. – Procedura nie różni się niczym od tej naszej w Polsce, ponieważ ślub braliśmy w Ambasadzie Polskiej, a tam obowiązuje prawo polskie – tłumaczy Lidia. – Jedyny wymóg, to świadkowie muszą znać język polski na tyle, aby zrozumieć przysięgę małżeńską. Na decyzję czekać nie trzeba, wystarczy po prostu zarezerwować termin w ambasadzie.

Miłosne sushi

Lidia na co dzień pracuje jako wizażystka, a Adam w jednym z dużych wydawnictw. Oboje fascynują się Japonią od lat, ale z różnych powodów. –  Ja tą starą, czyli jestem podekscytowana japońskimi legendami, całą mitologią, wierzeniami, a nawet, duchami, a Adam natomiast lubi wszystko co nowoczesne: kroczące roboty, Akihabarę, mangi, konsole, najnowsze technologie – wymienia Lidia. – Ślub w Japonii był marzeniem mojego męża. A jako że bardzo go kocham i uwielbiam Kraj Kwitnącej Wiśni, zgodziłam sie bez wahania.

Przygotowania do ślubu trwały krótko i zostały zdominowane przez kolor czerwony, czyli barwę miłości. – Tydzień przed ceremonią kupiłam czerwoną sukienkę, specjalnie na ślub, żeby było ciekawiej taką z przeceny – mówi z uśmiechem Lidia. – Adam dopasował się do mnie kolorystycznie. Założył czerwoną koszulę w małe czarne piki, gdyż ja jestem królem pik. 

Wesela nie było. Państwo młodzi poszli do ambasady i wzięli ślub. – Po wszystkim z naszymi świadkami poszliśmy na kaiten sushi, a noc poślubną spędziliśmy w Love Hotelu, czyli w japońskim hotelu miłości, bardzo popularnym miejscu wśród par, które chcą pobyć ze sobą w intymnej i sprzyjającej miłości atmosferze – dodaje na koniec Lidia.

5( 104)
Maj'17