Darek Staniewski. Dlaczego tak poważnie?

Darek Staniewski – dziennikarz Kuriera Szczecińskiego, felietonista Prestiżu, autor książek. Tworzy bijącą rekordy popularności kolumnę „Kurier Towarzyski”. Jest mistrzem przypinania łatek i ciętej riposty, satyrycznie przedstawia m.in. świat lokalnej polityki. Namiętny
wielbiciel kobiet i hucznych imprez towarzyskich. Tuż przed wydaniem kolejnej książki w krzyżowy ogień pytań wzięły go Izabela Magiera i Daria Prochenka. 

Autor

Izabela Magiera
Daria Prochenka

Jak się czujesz po drugiej stronie dyktafonu? Pewnie zagadasz nas na śmierć.

W życiu! Jestem niewyspany, wstałem o czwartej rano, bo musiałem pisać kolejny kawałek trzeciej książki... Dokładnie drugiej  części „W Szponach Gryfa Historii od kuchni.”

D.P.: Przecież nie masz nic wspólnego z żadnymi kulinarnymi rzeczami, dlaczego zabrałeś się akurat za taką tematykę?

Nie, ale mam fajnego wspólnika, Bolka Sobolewskiego (właściciel restauracji Na Kuncu Korytarza – przyp. red.) i wymyśliliśmy sobie, że ja zajmę się częścią satyryczno-historyczną, a Bolek dopasuje do tych historii potrawy, oparte o zachodniopomorską kuchnię. Nie mamy typowej, regionalnej kuchni, jakichś rozpoznawalnych potraw, które nas charakteryzują i po których można nas rozpoznać nawet w Australii, dlatego Bolek wymyślił sobie, że stworzy nową kuchnię Pomorza Zachodniego i dopasuje potrawy do okoliczności. 

D.P.: Nie wiedziałam, że interesujesz się historią Pomorza.

Czasami. Bo naprawdę niektóre wydarzenia są niesamowite. Ta kolejna książka będzie przede wszystkim o pewnych wypadkach, do których doszło w dwudziestym wieku, czyli od 1900 do teraz. I powiem wam, że niektóre historie, jakie udało mi się znaleźć są naprawdę świetne!

D.P.: Bolek wymyśla najpierw potrawy, a Ty dokładasz do tego historię, czy na odwrót?

Najpierw pojawia się jakaś osoba, autentyczna postać historyczna i jakieś zdarzenie. Opisane, udowodnione, udokumentowane. Zazwyczaj opisane bardzo poważnie z atencją, jak mówią Rosjanie „sierioznie”. A mnie wtedy zaczyna korcić, żeby odbrązowić to wszystko, wymyślić jakąś alternatywną wersję tej historii. Dowcipną, może niewiarygodną, czasami zupełnie wymyśloną. A potem siadamy i Bolek kombinuje, co w tym czasie ludzie mogliby jeść. Na przykład jedna historia opowiada o tym, że Enrico Caruso, światowej sławy tenor podróżował statkiem, który został zbudowany i zwodowany w Szczecinie. Zacząłem szukać i wyobraźcie sobie, że ten wybitny śpiewak był znanym bon vivantem, wielbicielem kobiet, palił papierosy, co na śpiewaka trochę dziwne i jeszcze uwielbiał lody. No i teraz Bolek ma zadanie, żeby wymyślić deser pt. Lody Tenora...  

I.M.: A skąd wiesz, że uwielbiał kobiety?

Jego życiorys jest pełen romansów i barwnych historii związanych z kobietami. Zresztą na tym transatlantyku był z kochanką. I to było jednym z największych skandali 1903 roku w Europie i na świecie. Na tym statku nawet robił sobie zdjęcia z kochanką, które potem przedrukowywały gazety. Niezły gość! 

D.P.: Wydajesz się osobą supertowarzyską i ja nie widzę Ciebie, jak siedzisz całymi dniami w archiwum Książnicy Pomorskiej i przygarbiony przeglądasz zakurzone tomiska.

Nie żartuj! Jestem alergikiem, nie mogę siedzieć w kurzu! (śmiech)

I.M.: Umiesz wypisywać poprawnie fiszki w czytelni?

Daj spokój, masakra. Nie potrafiłem tych wszystkich rewersów wypełniać. Pierwszy raz, gdy wszedłem do czytelni, byłem jak dziecko we mgle. Na szczęście udało się pod pozorem zagubionego i bezradnego samca oczarować jedną panią. Pomogła. Jednak gdy wychodziłem zapowiedziała, że to był pierwszy i ostatni raz!

 I.M.: Wypisała za Ciebie rewersy? 

Była tak miła. Ale gdy to robiła, ja zamiast się poduczyć, jak to samodzielnie zrobić, wbijałem wzrok w jej ponętny biust. Nie wiem więc co będzie następnym razem. Pewnie będę musiał wypisywać rewersy drogą dedukcji albo zrobić sobie jakąś ściągę.

I.M.: Czytałyśmy Twoją drugą książkę „Szczecin bardzo towarzyski”, uśmiałyśmy się do łez.

No ba! To są chyba najlepsze kawałki, felietony i cytaty, jakie pojawiły się w mojej rubryce na łamach Kuriera Szczecińskiego w ciągu ostatnich kilku lat.

D.P.: Do tej pory byłeś dziennikarzem i często oceniałeś pracę polityków, włodarzy miasta, a teraz jako autor na pewno sam spotykasz się z krytyką. Jak sobie z nią radzisz?

Wiesz co, nieźle. Jeżeli krytyka jest sensowna i merytoryczna, to nie mam z nią problemu. Słucham uważnie, zgodzę się i nawet potraktuję ją poważnie. Mało tego, ja się nawet do niej zastosuję. Nie jestem rękami i nogami przywiązany do swojej twórczości. Umiem docenić celne uwagi. Pierwsza książka spotkała się z pewną popularnością i nieskromnie powiem, że było niewiele osób krytycznie do niej nastawionych. Jeżeli już ktoś ją ostro komentował, to pewnie z grupy tych, którzy naprawdę mnie nie lubią i znajdują przyjemność w tym, żeby dokopać Staniewskiemu… Po tej rozmowie też pewnie tak będzie. Już widzę jak zacierają ręce z radości i rwą się do klawiatur, żeby się zemścić na Staniewskim, obrzucić błotem i wylać wiadra pomyj. Ale co tam! Niech mają tę chwilę niepowtarzalnego szczęścia w życiu.

I.M.: Rozmawiałam z mnóstwem osób o Tobie, mówią: „dusza-człowiek”, „prawdziwy przyjaciel”, „pomoże w biedzie”. Serio, jest ktoś, kto Cię nie lubi?

Są, mogę  nawet podać nazwiska. Kiedyś było ich więcej, zwłaszcza gdy zajmowałem się tzw. dziennikarstwem śledczym. Z jednym z największych przestępców na Pomorzu Zachodnim to nawet wyzywałem się przez telefon przez piętnaście minut! Ciężko mnie wnerwić, ale temu się udało. Zadzwonił do mnie i od razu w pierwszym zdaniu „Ty ch… !!!” Myślę sobie: Ty ch...? Do mnie? Przecież ja tu pracuję! No i przez 15 minut wymienialiśmy „uprzejmości”. Tak na poważnie, myślę, że jest parę takich osób, które mnie naprawdę nie lubią, nawet nienawidzą. Może to trochę za duże słowo, ale myślę, że paru osobom swoją pisaniną chyba rzeczywiście zaszkodziłem. Ale wszystko pro publico bono!

D.P.: Czy wykrywanie nieprawidłowości to Twoja dziennikarska misja? 

Nie lubię słowa „misja”. To jest takie słowo pełne patosu i wielkie. Misję to miał np. święty Wojciech, który próbował namówić do wiary katolickiej dziewczyny i chłopaków z Mazur. Ja staram się po prostu wykonywać dobrze to, co robię – tak mnie przynajmniej nauczono. Co prawda, ludzie różnie odbierają to, co znaczy „dobrze”. No bo dla niektórych moje podejście do pewnych spraw jest zbyt frasobliwe, zbyt swawolne. Według nich powinienem być poważnym człowiekiem, ze srogą miną. Pokazywać, że w tym, co robię, nie ma miejsca na śmichy-chichy. Wzbudzać respekt, jak gmach Sejmu.

I.M.: Jesteś poważnym człowiekiem, tylko czasami lubisz sobie pożartować? 

Jestem żartownisiem, który czasem potrafi być poważny. Taką formę wolę.

I.M.: Prawda jest taka, że ujmujesz rzecz w sedno. Jesteś doskonałym obserwatorem.

O, ciekawe. Wiecie, z tym „Kurierem Towarzyskim” wiąże się fajna historia. Na początku myślałem, że nasi lokalni politycy, bo oni są zazwyczaj głównymi bohaterami tej rubryki, będą obrażać się, histeryzować i robić sceny. A tu nagle okazało się – może pochlebiam sobie – że to jest dla nich pewna forma promocji. Przychodzi na przykład pewien polityk i mówi: „W „Towarzyskim” nie było nas już od dwóch tygodni, dlaczego? Przecież do tej pory byliśmy.” Czasami dzwonią i sami coś podsyłają. Czasami z własnego podwórka, ale oczywiście częściej na konkurencję.

D.P.: Potrafisz im „dołożyć”?

Potrafię... ale jestem raczej taktownym szydercą albo sympatycznym prześmiewcą. Jak same zauważyłyście, staram się po prostu nie być chamski. Nie walić cepem między oczy albo sztachetą po nerach. 

I.M.: Fakt, robisz to elegancko.

Wolę tylko uszczypnąć albo ugryźć, żeby został mały ślad. Ale nie, żeby ścisnąć za gardło i patrzeć jak gościu wybałusza oczy i wydaje ostatnie tchnienie. To nie o to chodzi. 

D.P.: Nie myślałeś kiedyś o karierze warszawskiej?

Myślałem. Kilkanaście lat temu. Byłem już wtedy po trzech gazetach: Wyborczej, Głosie Szczecińskim i Dzienniku Szczecińskim – pierwszej kolorowej gazecie, która powstała w 93’ roku. Szkoda, że padła, bo to było kapitalne wydawnictwo. Bardzo szybko zakasowaliśmy tych wszystkich, wiecie, staruchów z konkurencji (śmiech). Dwa razy byłem też po drugiej stronie, czyli byłem rzecznikiem, a także współzałożycielem Biura Promocji i Informacji Urzędu Miasta. I pewnego pięknego dnia stwierdziłem, że w sumie to chyba nie ma już w Szczecinie dla mnie miejsca. Ale niestety… tutaj jest mnóstwo pięknych kobiet. To przeważyło.

I.M.: Postanowiłeś zostać zatem lokalnym celebrytą?

Nie żartujcie! Celebryctwo? U nas? Raczej tania popularność, która zresztą też niejedno ma imię. Pokazuje to np. taka historia. Któregoś razu idę sobie z firmy i mija mnie staruszka. Nie wiem, czy jakaś świrnięta, czy po prostu mnie rozpoznała. Choć nie wiem skąd. W telewizji od dawna się nie pokazuję. Gapi się na mnie ta kobiecina, świdruje wzrokiem, a potem nagle kreśli znak krzyża w powietrzu! Następnie splunęła i... poszła! To się nazywa rozpoznawalność!

D.P.: Zapytałyśmy Twojego kolegę po fachu Michała Stankiewicza, za co Cię ceni. Powiedział, że za to, że  jesteś prawdziwym hulaką i birbantem, podobno takich już nie ma. Stwierdził, że teraz dziennikarstwo jest nudne, bo ludzie szukają wszystkiego w internecie, a Darek lubi z ludźmi pogadać, wyciągnąć z nich esencję. 

I chyba ma rację! Same zauważyłyście, że to całe nasze środowisko strasznie się pozmieniało. Kiedyś ludzie pili razem, hulali razem. Teraz tego nie ma. To są jakieś jednostkowe przypadki.

D.P: Co się zmieniło w mentalności ludzi? Są zestresowani, bardziej zapracowani? 

Może to wszystko do kupy razem. Może im się nie chce albo nie czują potrzeby. Może ich to nie bawi albo wydaje im się, że jest passe, że jest źle odbierane? 

D.P.: Może dlatego dziennikarstwo się zmieniło?

Na pewno. Ale zauważcie, że np. w różnych serialach i firmach dziennikarze są przedstawiani w samych złych barwach. To hieny, oszuści, gotowi na każde świństwo dla byle sensacji. Ale gdy ludzie mają jakiś problem, pojawi się jakiś dramat, to do kogo lecą? Do nas, do dziennikarzy. Wtedy już nie jesteśmy mendami, wszami, tylko każdy mówi grzecznie „panie redaktorze, może by pan pomógł?” I co zrobisz? Powiesz nie?

D.P: Myślisz, że kiedyś były lepsze czasy dla dziennikarstwa?

Tak, myślę, że kiedyś było łatwiej. 

D.P.: Łatwiej? Zdaje się, że teraz jest łatwiej, jak mamy internet. Wszystko można szybko znaleźć. 

Łatwiej znaleźć pewne sprawy, ale trudniej pisać o niektórych rzeczach i zjawiskach. Kiedyś na przykład nie było takiego podziału wśród ludzi, jaki jest teraz. Zobaczcie, jaka jest agresja wśród ludzi. Jak na siebie plują. Tego, w takim stopniu, nie było. Było trochę inaczej.

I.M: Nie ma Ciebie w mediach społecznościowych. A przecież to tygiel informacji i inspiracja do pracy. 

To prawda, ale mam bardzo uprzejmą i sympatyczną koleżankę w pracy – Kaśkę Strożyk, z którą siedzę w pokoju i która ma bardzo znaczący wpływ na kształtowanie „Kuriera Towarzyskiego”. Robi research na Facebooku, wyciąga co fajniejsze kawałki i podrzuca mi na kolumnę. 

D.P.: A nie czujesz, że nie będąc np. na Facebooku, coś Cię omija? 

Czasami mam takie wrażenie. Ale widzę też, że to jest straszny zjadacz czasu. Siadasz, zaczynasz wchodzić w jedną dyskusję, drugą, potem kolejną, sprawdzisz, co tam u znajomych oraz kto cię opluł i w jakim stylu, no i dzień minął! Znacie mnie, lubię sobie pogadać. Ale prowadzić fajne rozmowy, niekoniecznie takie, jakie prezentuje pewna lokalna pani polityk, wszyscy wiedzą, o kim mówię.

I.M.: Wiem, wiemy… A Ty jej autentycznie nie lubisz?  

I tu was zaskoczę. Nie lubię sposobu, w jaki ona prowadzi swoją politykę, tej jej agresji, nienawiści, histerii, jaką ona czasem prezentuje – „na żywo” i jeszcze częściej na FB. Ale nie można też powiedzieć, że to jest osoba, które o niczym nie ma pojęcia. Ja w tym siedzę od wielu lat i obserwuję. Ona naprawdę miała kilka niezłych pomysłów, tylko zapracowała sobie na taką opinię, jaką ma w tej chwili. Przecież naprawdę niewiele osób traktuje ją poważnie.

I.M.: Ale często wyżywa się na Tobie…

Ja się tym nie przejmuję. Po prostu, ta pani ma cykl koniunkturalny. Raz dla niej jestem fajny i mnie chwali, potem jestem głupek. A potem znowu fajny. Kiedyś może trzeba by w końcu to wyjaśnić. (śmiech)

I.M.: Może trzeba na wódkę z nią pójść. Pogadać na luzie…

A’ propos wódki. Ostatnio mnie ktoś pytał, jakie mam marzenie w życiu i... jest jedno takie. Łączy się z wódką i politykami. I w dodatku fajnie się składa z anegdotą związaną z 13 Muzami. Nie wiem, czy o niej słyszałyście. W latach 60. i 70. wszyscy w Szczecinie pili w 13 Muzach, dziennikarze, artyści, plastycy, aktorzy. I któregoś razu przy tamtejszym barze wódką raczyli się znany szczeciński kompozytor i jeden z ówczesnych dygnitarzy partyjnych. Potem wszyscy koledzy kompozytora dziwili się mówiąc: „chłopie, po co ty pijesz z nim tę wódę?” A on im odpowiada: „chłopaki, musiałem się napić brudzia po to, żeby do niego powiedzieć „ty ch...”, a nie „panie ch...”. I właśnie takie mam marzenie, żeby usiąść z paroma takimi ważnymi w tym kraju, napić się z nimi wódki i tak im powiedzieć! Z pozdrowieniami od narodu, czyli suwerena! (śmiech)

D.P.: Wracając do rozmowy z Michałem – dowiedziałyśmy się, że Darek to nasz szczeciński playboy i podrywacz, który bardzo lubi adorować kobiety, ale zawsze robi to w szarmancki sposób.

Tak powiedział? Nie kłamał. Tak, to prawda. Ja się tego nie wstydzę. Lubię kobiety szalenie.

I.M.: Chyba z wzajemnością, bo kobiety do Ciebie lgną. Roztaczasz męski czar, który przyciąga. 

Staram się. (śmiech) Chyba dlatego się jeszcze nie ożeniłem. A poza tym po prostu lubię wolne związki. Jest tyle pięknych kobiet... No i co ja na to poradzę?!?

D.P.: A myślisz, że może się jeszcze tak zdarzyć, że wstąpisz w formalny związek? 

Podobno nigdy nie mów nigdy. Nie jestem przekonany do instytucji małżeństwa. Jakoś nie potrafię w nią uwierzyć. W dodatku jak patrzę na to, co się dokoła dzieje, to raczej potwierdzają się moje opinie. Ale miałem też w swoim życiu długi epizod monogamiczny – w związku z pewną piękną kobietą byłem przez 6,5 roku. Potem sprawdzałem statystyki i okazuje się, że jest mnóstwo małżeństw, które tyle nie wytrzymały…

D.P.: Ale jesteś monogamistą? 

W związku tak. Playboy wisi wtedy na wieszaku. 

I.M.: A jesteś szczęśliwy?

Ale teraz pojechałaś! Szczęśliwy to jest strasznie trudne słowo...

D.P.: To może jesteś spełniony?

Myślę, że jeszcze mam parę rzeczy do zrobienia. 

I.M.: Kolejna książka? 

Mam w planach inny projekt, który, mam nadzieję, wstrząśnie tym miastem i przez który nie będę musiał się spakować ani nie wywiozą mnie na taczkach! Ale na razie nic więcej nie powiem.

I.M.: Będziesz dziennikarzem, dopóki śmierć cię nie dopadnie?

Ja naprawdę lubię ten zawód. Kiedyś taki starszy dziennikarz powiedział, że to jest fajny zawód, tylko gdyby nie trzeba było jeszcze pisać! (śmiech). W dziennikarstwie nie ma nudy. Ciągle jesteś w ruchu, ciągle coś się dzieje!

D.P.: Parę razy przestawałeś być już dziennikarzem. Brakowało Ci tego, dlatego wracałeś do mediów?

Bardzo... Za pierwszym razem, jak odszedłem z gazety, zostałem rzecznikiem prasowym Stoczni Szczecińskiej. To był 93’ lub 94’ rok. Wtedy Stocznia była trzecią największą firmą na świecie. To było coś wspaniałego, chluba regionu i Polski, po prostu szał totalny. A ja byłem rzecznikiem tej firmy. Wiele się wtedy działo – byłem świadkiem m.in. budowania jednego z pierwszych i największych holdingów w Polsce. Ale po 10 miesiącach odszedłem. Zwodowałem ileś tam statków i zacząłem się nudzić. Brakowało ruchu, emocji. 

D.P.: A książki i inne Twoje plany to też pewnie odskocznia, żeby nie zamknąć się w jednym świecie? Bo mam wrażenie, że dziennikarze mają poczucie, że robią superważne rzeczy.

Sam czasami żartuję pod koniec dnia pracy, że wykonaliśmy kawał świetnej, nikomu niepotrzebnej roboty. Bo to tak czasem jest, że jesteśmy przekaźnikami ważnych treści. Tak nam się przynajmniej wydaje. A potem okazuje się, że społeczeństwo to guzik obchodzi. I bardziej ich interesuje to, w jaki sposób zginął Rysiek z „Klanu”.

D.P.: Czasami dziennikarze specjalnie gonią za sensacją, za krwawymi historiami, bo to się najlepiej sprzedaje. 

No tak, ale trochę nas do tego zmusili ludzie, czytelnicy. Nic tak nie kręci i nie podnosi sprzedaży jak…

I.M.: Krew i flaki...

Krew i łzy tak naprawdę. No i my się w pewien sposób dostosowujemy do ich żądań. Nagle z poważnej historii, np. z ludzkiego dramatu, robisz farsę i groteskę. W dodatku z posmakiem seksualnym, co ludzie uwielbiają. 

I.M.: A jaki masz stosunek do polityków?

Mam wrażenie, że oni wszyscy są tacy sami. To nie ma znaczenia, jakie barwy polityczne reprezentują. Mówią tak samo, zachowują się tak samo. Jak pisał wieszcz: „śmieszą, tumanią, straszą”. Czasami są zabawni, czasami przygnębiający. I prawdą jest, że najpierw naplują na siebie w telewizji, a jak wyłączone zostaną kamery, to razem idą na wódkę. Nie raz to widziałem.

D.P.: Masz czasem dosyć dziennikarstwa?

Tak, ale rzadko. Jakbym wam powiedział, że jestem już zmęczony poważnym dziennikarstwem, to mój szef, przeczytawszy to, powie: „No, Staniewski, zmęczony jesteś? No to masz tu trzy dyżury pod rząd. Odechce ci się głupot wygadywać.” (śmiech)

I.M: Ale pewnie lubisz, jak dzwonią do Ciebie znajomi czy czytelnicy i mówią: „Darek, czytałem twój felieton. Świetnie się ubawiłem!”

Każdy lubi pochwały, a zwłaszcza, jeżeli są uzasadnione. Na przykład z wielu felietonów, które znalazły się w „Towarzyskim” i w drugiej książce, jestem bardzo zadowolony, dumny i dałbym się za nie pokroić. Bo są naprawdę fajne. 

I.M: Bawisz się formą i słowem po mistrzowsku!

Dzięki. Rozpieszczacie mnie! Ale wiecie jaka to czasami męka? Choćby wymyślenie głupiego dymka do fajnych zdjęć fotoreporterów Kuriera Szczecińskiego: Roberta Stachnika, Ryśka Pakiesera i Darka Gorajskiego. Silę się długo i staram się wymyślić coś oryginalnego. A potem ktoś to obejrzy i powie, „ale lipa, i to ma być śmieszne?”. To usiądź sam, cwaniaczku. Jak jadę na urlop, to „Kurier Towarzyski” albo prawie się nie ukazuje, albo ktoś stara się go zrobić w zastępstwie. Jak mnie potem przeklinają! Kiedyś Tomek Kowalczyk (redaktor naczelny „Kuriera szczecińskiego” – przyp. red.) próbował. Jakie katusze przeżywał, ile go to zdrowia kosztowało, ile nerwów, jak przez to schudł, ile papierosów wypalił!

D.P.: Lubisz rozśmieszać ludzi, dobrze się czujesz w takiej formie niepisarskiej, a bardziej stand up-erskiej?

O, miałem parę takich występów, zwłaszcza pod wpływem C2H5OH. (śmiech) I nawet dostałem oklaski. A jak jeszcze dołączę do tego swój sławny śmiech! Parę osób zrobiło sobie z niego dzwonek w „komórce”...

D.P.: Czyli jesteś osobą bardzo towarzyską. 

Staram się, całym ciałem i duszą. Po prostu towarzyskie zwierzę ze mnie!

I.M.: I największy hipochondryk wśród dziennikarzy…

Tak, to prawda! Ale jestem takim fajnym hipochondrykiem, niegroźnym i nieszkodliwym. Nie takim, który chodzi, mędzi, przesiaduje w przychodniach, grzebie u doktora Google’a lub idzie do lekarza i się przechwala, że już sam się zdiagnozował. Najpierw jestem śmiertelnie przerażony, potem wyciągam Aspirynę, mleko i tony lekarstw. Mam wśród przyjaciół i znajomych wielu lekarzy, trochę literatury też jest pod ręką.

I.M.: Czytasz książki medyczne w ramach rozrywki?

Już nie, bo jak odkryłem u siebie symptomy tysiąca chorób, łącznie z ciążą pozamaciczną, to się poddałem. (śmiech) Często się przeziębiam, więc wiem generalnie, co mi jest. Po prostu delikatny człowiek ze mnie, wrażliwy, subtelny... Nic tylko do piersi przytulić!

5( 104)
Maj'17