Nie działam pod wpływem emocji

Jarosław Mroczek od sześciu lat zarządza piłkarską wizytówką miasta - Pogonią Szczecin. W lutym 2011 roku stał się większościowym udziałowcem spółki i prezesem klubu. Przez jednych kibiców chwalony, przez innych krytykowany, bo wśród sterników klubów piłkarskich na świecie nie ma takiego, który zadowoli wszystkich. „Prestiżowi” opowiedział o tym, czego nauczył się w ciągu minionych lat, jakim kibicem jest jego żona i dlaczego sympatycy klubu sprawili mu zawód. 

Autor

Jerzy Chwałek

galeria

Jak pan oceni kończący się sezon ligowy pod względem sportowym? (rozmawialiśmy na 2 kolejki przed jego zakończeniem – przyp. red.)

Było raz lepiej, raz gorzej. Jednak patrząc na ostatnie cztery lata  mogę powiedzieć, że jesteśmy klubem stabilnym, skoro przez te wszystkie sezony byliśmy jednym z czterech zespołów, które zawsze grały w grupie mistrzowskiej. Wiadomo jakim jesteśmy klubem pod względem finansowym i na jakich piłkarzy nas stać. 

To dlatego zatrudnił pan Macieja Skorżę - trenera z sukcesami w postaci trzech tytułów mistrza Polski i doświadczeniem w europejskich pucharach?

Trener Skorża daje nam gwarancję podniesienia jakości zespołu, a tylko dzięki temu możemy mieć szansę być w grupie drużyn walczących o puchary. Udało nam się szybko porozumieć z panem Maciejem, ale były to rozmowy bardzo intensywne. Trzy albo cztery razy latałem do Warszawy, żeby uzgodnić szczegóły kontraktu. Pieniądze nie były najważniejszą i najtrudniejszą kwestią. Trenerowi podoba się projekt budowy naszego klubu, i to on od początku rozmów zarażał nas optymizmem, mając też na uwadze 70-lecie klubu w przyszłym roku, co wypadałoby uczcić sukcesem sportowym.

Jak odnajduje się pan w piłce nożnej, w dziedzinie, w której emocje są chyba inne i większe niż w biznesie, w którym działał pan wcześniej będąc szefem firmy EPA? (firma zajmującą się m.in. energetyką wiatrową – przyp. red)

Piłka nożna jest też biznesem, ale innym od tego klasycznego, w jakim działałem przez 30 lat. W nim też są emocje, gdy negocjuje się kontrakty o wysokiej wartości i jednocześnie ma się konkurencję. W tego typu biznesie można w mniejszym czy większym stopniu przewidzieć ryzyko i się przygotować. W piłce jest nieprzewidywalność, która powoduje skoki adrenaliny. Na swój sposób lubię to, oczywiście bardziej ten pozytywny wzrost ciśnienia, gdy są zwycięstwa drużyny. Jednego się nauczyłem w piłce - nie można podejmować decyzji pod wpływem emocji. Lepiej się przespać po słabym i przegranym meczu, a porozmawiać o nim i decyzję podjąć następnego dnia.

Były dni, w których miał pan dosyć tego piłkarskiego interesu i myśli, że niepotrzebnie się w niego wpakował?

Oczywiście, że wielokrotnie miałem takie myśli, chwile takie zdarzają się do dziś. W piłce mamy do czynienia z dużymi pieniędzmi związanymi z transferami czy kontraktami piłkarzy. To nawet dla mnie są naprawdę duże kwoty, mimo tego że w poprzedniej branży miałem do czynienia z poważnymi transakcjami. Powiem trochę banalnie. Mogłem nie inwestować swoich pieniędzy w piłkę, zatrzymać je w kieszeni, mieć święty spokój i żyć jak pączek w maśle. Ale Pogoń to był mój świadomy wybór i nawet jak coś nie idzie po mojej myśli w klubie, to zniechęcenie szybko mija.

Żona nie odradzała wydawania pieniędzy i straty nerwów?

To ja muszę czasami żonę hamować na trybunie, bo zrobił się z niej ogromny kibic. Bardzo mocno przeżywa mecze, zdarza się jej krzyczeć na trybunie. Nawet nie bierze pod uwagę, że na boisku może być lepsza drużyna od Pogoni. Chodziliśmy na mecze już wiele lat temu, gdy się poznaliśmy, ale widzę, że wciągnęła się w kibicowanie jeszcze bardziej.

Wróćmy do minionego sezonu. Powiedział pan o stabilizacji – czy to znaczy, że jest pan zadowolony z tego, co pokazał zespół prowadzony przez Kazimierza Moskala?

Najważniejsza jest zmiana stylu, którą dostrzegam. Uważam, że kolejny rok pracy trenera Moskala pokazałby to bardziej, dlatego szczerze żałuję, że musiał odejść. Kontynuowanie przyjętego stylu i funkcjonowania drużyny przyniesie efekty.

Ale frekwencja na meczach, a dokładnie jej spadek świadczy o tym, że gra Pogoni nie podobała się kibicom. Średnia widzów spadła w stosunku do wcześniejszego sezonu, a jeszcze bardziej do tego, gdy trenerem był Dariusz Wdowczyk.

To nie było spowodowane stylem gry drużyny, ale dwoma innymi czynnikami. Po pierwsze, kibice w Szczecinie byli i są głodni sukcesu. Po stracie przez Pogoń szans na zdobycie Pucharu Polski, która naprawdę była wielka, kibice byli zawiedzeni i mniej licznie przychodzili na kolejne mecze. Drugi, a jeszcze ważniejszy powód, to kwestia przestarzałego i nie funkcjonalnego stadionu. Ile razy widzę w okresie zimowym marznących albo moknących kibiców, to jest mi ich żal. Cieszę się, że w końcu dogadaliśmy się z miastem w sprawie budowy stadionu i wierzę, że terminy będą dotrzymane.

Jakie są terminy po zmianie projektu na ten z czterema trybunami? Kiedy kibicom nie będzie padać na głowę i usiądą na nowych trybunach?

Istnieje szansa, że na koniec 2019 roku będziemy mieli nowy stadion. Ale zależy to od wielu czynników, których do końca nie da się przewidzieć. Wiadomo, że będzie przetarg na budowę stadionu, ale może zdarzyć się, że któraś z firm złoży protest. Natomiast nie zgodzę się z tezami niektórych urzędników, że z powodu możliwości technicznych budowa stadionu nie może się zamknąć w czasie 24. miesięcy. Jest to możliwe na sto procent. Zależy tylko od wykonawcy i kontraktu jaki będzie z nim podpisany. Natomiast podoba mi się pomysł miasta, że technologia budowy stadionu będzie zależała od wykonawcy, a nie od projektanta. Niech specjaliści zadecydują, od której trybuny należy zacząć budowę.

To optymistyczna wersja, ale nawet jeśli się sprawdzi, to czekanie na nowy stadion nie załatwia wszystkiego. Czy kibice przychodzący na obecny stadion, załóżmy w lutym, nie powinni mieć podanej szybko i sprawnie przysłowiowej szklanki gorącej herbaty?

Zgadzam się z tym, że nie zrobiliśmy wszystkiego jak powinniśmy. Winę w dużym stopniu biorę na siebie. Co prawda mamy w klubie działy i ludzi, którzy powinni się tym zająć, ale nie wyszła od nich taka inicjatywa. Na zarządzie po jednym z takich meczów w fatalnych warunkach, poruszyliśmy ten temat. Mogę tylko zadeklarować, że w przyszłości osobiście tego dopilnuję. Wiem, że to nie poprawi znacząco frekwencji, ale należy się z szacunku do kibiców, którzy obojętnie od aury zawsze przyjdą na stadion.

W pierwszej wersji to klub miał zapłacić milion złotych za projekt zamienny, uwzględniający cztery trybuny. Później ogłosiliście akcję crowdfundingową, żeby kibice pomogli sfinansować. Nie opóźniło to całego procesu?

Absolutnie. Najpierw podpisaliśmy trójstronną umowę z miastem i projektantem, w której zobowiązaliśmy się zapłacić za projekt. Dopiero później ogłosiliśmy wspomnianą akcję w celu włączenie kibiców do sfinansowania projektu. Nawet gdybyśmy nie zebrali ani złotówki i tak zmuszeni jesteśmy zapłacić projektantowi należną kwotę. Zebraliśmy dzięki tej akcji 300 tysięcy złotych, co uważam za pokaźną sumę, choć liczyłem, że weźmie w niej udział większa liczba sympatyków klubu. Liczyłem też, że uda się wylicytować główną nagrodę jaka była w tej akcji.

Rejs pańskim jachtem?

Tak, zgadza się i jestem trochę rozczarowany, że nikt się nie zdecydował. Posiadam łódkę z lat 60-tych ubiegłego wieku klasy Dragon, kiedyś będącej w programie Igrzysk Olimpijskich. W Polsce są chyba tylko trzy takie łódki, bardzo szybkie, bo osiągają prędkość do 10 węzłów. A, że jest to jacht kilowy, niewywracalny, więc nikt by z niego nie wypadł (śmiech). Woziłem kilku piłkarzy tą łódką i byli oni pod wrażeniem, więc niedoszli nabywcy tej nagrody niech żałują.

6( 105)
Czerwiec'17