Autor

Dariusz Staniewski

Szczecin znowu stał się sławny. Tym razem dzięki kilku miejskim radnym, którzy niczym telewizyjny Ferdynand Kiepski „mieli pomysła”. Jako pierwsi w kraju (jeszcze przed kolegami z Płocka) zaproponowali oficjalnie i nawet złożyli projekt uchwały w sprawie przeniesienia Festiwalu Polskiej Piosenki z Opola do… Szczecina! Bo Opole zrezygnowało z kooperacji z TVP i teraz będzie się bić z telewizją na procesy sądowe i odszkodowania. A festiwal został jak taka piękna kobieta porzucona przez wieloletniego kochanka (a może męża nawet, albo konkubenta lub partnera). No to kilku szczecińskich radnych postanowiło skorzystać z okazji i uwieść ją. Czym? Sami nie wiedzą. Ale żądza, aby ją posiąść i zniewolić była olbrzymia! Na ostatniej sesji Rady Miasta Szczecin złożyli projekt uchwały wskazujący prezydentowi stolicy Pomorza Zachodniego kierunki działań jakie miałby podjąć, aby pozyskać festiwal. Radni innych klubów nie kryli rozbawienia tym pomysłem. Prawdę mówiąc śmiali się szczerze i do rozpuku. I ten śmiech rozlał się najpierw po mieście, potem po regionie a w końcu po całym kraju. I od razu pojawiły się kolejne propozycje. Ot, choćby takie, aby do Szczecina przenieść np. Przystanek Woodstock, zreanimowane festiwale - rockowy z Jarocina, Piosenki Żołnierskiej z Kołobrzegu i Piosenki Radzieckiej z Zielonej Góry, Warszawską Jesień, Festiwal Polskich Filmów w Gdyni, Orange Warsaw Festival, Open’er Festival z Gdyni, Off Festival z Katowic, Festiwal Gwiazd z Międzyzdrojów. Wymieniać można długo. W kolejce czekają także światowe wydarzenia muzyczne np. z Roskilde i Glastonbury. Na koniec szczecińscy radni na pewno zaproponują jeszcze przejęcie festiwali filmowych w Sundance, Wenecji, Berlinie, Cannes oraz Oskarów z Hollywood. Był kiedyś taki program w telewizji pt. „Od przedszkola do Opola”. Szczecińscy radni zaprezentowali jego nową wersję „Od Opola do przedszkola”. Choć dzieci mają chyba teraz większe poczucie realizmu i więcej zdrowego rozsądku niż niektórzy politycy.

Wydawnictwo PWN po raz pierwszy zorganizowało plebiscyt na młodzieżowe słowo roku. Głosowało ponad 3 tysiące osób. Jakie są wyniki? Ciekawe. Pierwsze miejsce – „sztos”, drugie – „ogarnąć się, ogar i nie ogar”, trzecie – „beka, masakra, gitara, siema”. Na kolejnych uplasowały się: „yolo, mega, lol, przypał, spoko, rozkminić”. No dobra, dobra. A gdzie są powszechne w użyciu i bijące rekordy popularności tzw. przerywniki w rozmowie bijące na głowę wszystkie młodzieżowe słowa? Chodzi przede wszystkim o te np.  na „k”, na „ch”, na „p”  i na „j”. Bo przecież to one zazwyczaj występują w przeróżnych konfiguracjach mających m.in. oddać stan ducha, emocje, opis rzeczywistości, przeżycia, wygląd, pogodę, sytuację społeczno-polityczno-gospodarczą itp. Cytować nie będziemy. Wystarczy wyjść na ulicę, albo pójść do knajpy. A te słowa, wybrane w plebiscycie, też występują przecież w ciekawych połączeniach np. „Ja p…, ale beka”, „J…sztos”, „P…masakra” itp. itd. Jakby tu rzec? Może tak. „K…, językoznawcy mają co rozkminiać, bo pewnie ciężko im się ogarnąć, a jak dadzą d…, to będzie niezły przypał i potem zaj…beka.”

 Marszałek województwa zachodniopomorskiego z dumą ogłosił wszem i wobec, że nasz region odnalazł swój własny Złoty Pociąg. I wcale nie wykopał go spod ziemi. I nie jest to żaden zaginiony transport niemiecki z drugiej wojny światowej z Bóg wie jakimi skarbami, tylko duży, elegancki gadżet promocyjny regionu. Po prostu tzw. „Impuls” pomalowany na złoto, który w wakacje będzie kursował nad morze. Dlatego wszelkiej maści poszukiwacze skarbów mogą sobie odpuścić. Złodzieje zresztą też. Zeskrobywanie nic nie da. Podobnie było w przypadku Złotej Sali w szczecińskiej nowej Filharmonii. Kilku cwaniaczków przyszło tam tylko po to, żeby wyskrobać ze ścian trochę złota. A teraz śmieją się z nich koledzy „spod celi”, bo złodzieje-skrobacze oczarowani gmachem, atmosferą a przede wszystkim muzyką zostali rasowymi melomanami. I już znaleźć wspólnego języka nie mogą. Bo tamci ciągle tylko o tym jak „skroić jakiegoś frajera”, albo „zrobić włam” do kiosku. A dla nich już tylko Bach, Mozart, Haydn, Chopin, Wagner, Beethoven… 

 

W Święto Flagi, czyli 2 maja na świnoujskiej latarni morskiej zawisła największa flaga Polski. Do jej uszycia zużyto 550 metrów kwadratowych materiału. Złożona waży ponad 40 kilogramów. Po rozwinięciu widoczna była nawet z odległości kilku kilometrów. Ale wisiała i cieszyła wzrok tylko kilka godzin, bo tego dnia wiatr był wyjątkowo porywisty i flagę trzeba było zwinąć. Teraz odpowiednie służby badają skąd był ten wiatr, kto go zasiał (bo wiadomo co zbiera ten kto sieje), czy był od morza czy od lądu (a jeżeli tak, to z jakiego regionu kraju, a może nawet innego terytorium - wrogiego, czy też był to przypadkowy tzw. Friendly Fire od przyjaciela), kto za tym stał, kto był inspiratorem, komu przeszkadzała flaga i boleśnie kłuła w oczy? Na te wszystkie pytania odpowiedź się znajdzie. Bo jak napisał pewien poeta z okolic Drawska Pom. „Posłuchaj wrogu wszelaki/wyprujemy ci flaki i wyrwiemy kłaki/ a za ruszenie naszej flagi/ będziesz słuchał do śmierci piosenek Lady Gagi”.

6( 105)
Czerwiec'17