O kłopotach komunikacyjnych

Autor

Szymon Kaczmarek

Jako paleontolog lingwistyki, choć amator, to jednak, przemierzam skrupulatnie niezgłębione przestrzenie świata słów zaginionych. Praca to żmudna, choć nie beznadziejna. A ów przemierzany świat bogatym i różnorodnym się jawi, zaskakując za każdym, kolejnym zakrętem karkołomnymi zawiłościami. Życie gna do przodu, Ziemia kręci się coraz szybciej. Wśród codziennej bieganiny nie dostrzegamy jak bezpowrotnie gubimy SŁOWA. Owszem, rodzą się nowe, niektóre nawet zrozumiałe dla większej części naszej populacji, lecz ja pragnę skupić się na tych zagubionych.

Scenka rodzajowa nr I: podchodzę do baru w jednej ze znanych szczecińskich pijalni wódek i innych przysmaków. Uprzejmy, młody człowiek nachyla się życzliwie w moją stronę i z serdecznym uśmiechem mówi: „Tak?”Cieszę się już na samym początku z tej zgodności wyrażonej w prostym słowie, jednak niepokoi mnie charakterystyczne podniesienie intonacji w końcówce słowa, wyrażające jednak pewnego rodzaju zwątpienie. Ba, czuję wyraźnie zawieszony w powietrzu znak zapytania (pomimo pozornej zgody zawartej w treści słowa tak). Troszeczkę zdenerwowany odpowiadam: „Tak?” Wyraźnie szukając wspólnej płaszczyzny zgody i porozumienia. Chwilę trwamy w bezruchu. I tu, mimo pozornej zgody, między tymi krótkimi słowami, narodził się problem mogący stanowić zarzewie konfliktu o skali lokalnej. Albo raczej, lokalowej. Diabeł tkwi w szczegółach, a rodzący się konflikt utknął w lakoniczności wypowiedzi. Poszedłem na łatwiznę, bowiem jestem człowiekiem niespotykanie spokojnym i życzliwym światu. „Wódkę jedną, a zimną proszę!” Zaordynowałem w języku staropolskim. Nadciągające nad bar chmury rozproszył serdeczny uśmiech barmańskiego zrozumienia. OK. Wódeczka pojawiła się natychmiast. Cholera! Cały pretekst do narzekania, a może nawet jakiejś awantury diabli wzięli. Co za upadek obyczajów? 

Scenka rodzajowa nr II: podchodzę do baru w jednej ze znanych szczecińskich pijalni wódek i innych przysmaków. Uprzejmy, młody człowiek nachyla się życzliwie w moją stronę i z serdecznym uśmiechem mówi: „Padam do nóżek Szanownego Pana. Czy łaskawy pan dzisiejszego wieczoru raczy pić, czy również zakąszać? Z przebogatego menu naszego zakładu gastronomicznego polecamy świeżutkie zakąseczki zarówno dla wegetarian, jak i dla smakoszy mięsiw. Otóż panie inżynierze, będzie pan łaskaw rzucić oczkiem na gablotę, w której trzęsie się z radości na pana widok galareta ze świńskich nóżek, przyrządzona tuż, tuż przed pana przybyciem. A może śledzik po japońsku, w śmietanie prosto od chłopa, lub na ten przykład, forszmak jeszcze ciepły i wciąż aromatyczny? Jeśli łaskawca zdecyduje się na zmrożoną wódeczkę, polecam deseczkę dziś rano uwędzonych sielaw, lub szeroki wachlarz dojrzewających szynek, a mamy dziś Prosciutto di Parma z melonem, Jamon Serrano z Kastylli z winogronami, oraz prawdziwą szwarcwaldzką ze sznapsem i halbą piwa. O ile jednak dziś zaordynuje pan Magister którąś z naszych kolorowych nalewek, a w dzisiejszym wyborze schłodzona gruszkóweczka, lub ananasówka na wódce gdańskiej, a krzepkiej, wówczas jako zakąskę polecałbym pańskiej uwadze pierś gęsią w żurawinie, roladę z dzika z kapustką modrą, lub udziec jeleni na zimno w galarze…”

Patrzę w jasne i szczere oblicze barmana, z tyłu napierają na mnie trzy rzędy spragnionych klientów, w głowie huczy od nadmiaru wrażeń…

I co ja wtedy robię? Ano wracam w te pędy do scenki rodzajowej nr I i po krótkim pytaniu: „Tak?” i równie zwięzłej odpowiedzi, już po sekundzie piję z rozkoszą zamówioną wódeczkę.

Pal licho paleontologię lingwistyki i narzekanie na ubogość słownictwa dzisiejszej młodzieży, gdy gardło spragnione i skwar na dworze jak na czerwiec przystało.

6( 105)
Czerwiec'17