Każdy żegluje jak lubi

Kasia  Wolnik-Sayna, dziennikarka Radia Szczecin ma swoją domową przystań na Pogodnie. Przy drzwiach pierwsza jest Cuma, wielkouchy, radosny, biały owczarek szwajcarski. Bez psa nie ma domu. To jedna z dewiz życiowych tej rodziny. Dom gościnny, z wyraźnym luzem i dystansem wobec mieszczańskiej codzienności. Aż chce się usiąść, napić herbaty i pogadać. Tym razem pogadamy o ważnym wydarzeniu. Kasia wydaje swoją debiutancką książkę „Przez morze bez kapci - historie dźwiękiem pisane”. 

Autor

Szymon Kaczmarek

galeria

Dlaczego radio?

Bo w radiu nie widać. Bo w radiu słychać, a głos był zawsze moim atutem, tak mówili inni. Radio to trochę tak, jak czytanie książek. Musisz uruchomić swoją wyobraźnię, żeby zobaczyć wszystko to, co autor opisał słowem i dźwiękiem. Można tu wyrazić dużo więcej niż obrazem. Wszystko zależy od wyobraźni odbiorcy. 

Byłaś znakomitą lektorką telewizyjną.

Pracowałam z fachowcami tj.: Stasiem Heropolitańskim, Jarkiem Sosnowskim, ale lektorowanie to znowu radio, choć zupełnie inna funkcja głosu. Nie wiedziałam jak nakładać polski głos na zupełnie inną ścieżkę dźwiękową, nie znałam tej techniki, ale nauczył mnie Stasiu Heropolitański, absolutny zawodowiec. Z cierpliwością mamuta wszystko mi opowiadał, pokazywał. I po latach doszłam do wprawy.

Przed Polskim Radiem Szczecin było inne, niezwykle ważne dla Szczecina radio.

O tak. Trafiłam tam będąc w klasie maturalnej. To było radio studenckie ARP (Akademickie Radio Pomorze – przyp. red). W „Kontrastach” spotkałam Wojtka Zaniewskiego i on mówi: „słuchaj, ty masz taki miły głosik, chodź do ARP”. No i poszłam. I w życiu bym tam nie została, gdybym nie usłyszała: „no, trochę się myli, ale ma bardzo ładny głos”. Dziś mam wrażenie, że pół Szczecina tam było. To była kuźnia wrażliwości. 

Do Polskiego Radia Szczecin przyszłaś…

W dziewięćdziesiątym roku. Współpracowałam już wcześniej z radiem przy magazynie satyrycznym, gdzie potrzebowano głosu młodej niewiasty, jeszcze troszkę śpiewającej. Mam to nagranie… straszne. (śmiech) Później znalazł się etat na miejsce lektora - spikera, gdzieś mnie wygrzebano, przyszłam i zostałam.

W ciągu wielu lat pracy radiowej stałaś się specjalistką od spraw związanych z żeglarstwem.

Oczywiście z wodą miałam do czynienia wcześniej choć przyznam, że żeglarką bym się nie nazwała, to wyższa szkoła jazdy.

Zapisujesz przebyte mile morskie?

Po każdym rejsie dostaje się certyfikat, na którym jest napisane ile mil morskich się przepłynęło. Ja pływam w różnych rolach, zawodowo jako dziennikarz, ale też jako załogant. Moje miłości to „Zawisza Czarny”, „Dar Młodzieży”, „Chopin”, a ostatnio „Kapitan Borchardt”. Lubię żaglowce. Pływam mniej więcej od trzynastu lat. Jeśli pływam zawodowo, czyli relacjonuję rejs, to przede wszystkim z reprezentacją Szczecina, ale oczywiście nie tylko. 

Czy żeglarz Katarzyna ma chorobę morską?

Ha! I teraz cię zaskoczę. Nie straszne mi burze ni sztormy. Nie mam. Oczywiście, bywa niedobrze, to zależy na jakim akwenie, jaka fala i z której strony wieje. Ale ja z Neptunem w dyskusje nie wchodzę. Tylko oglądam i rejestruję innych.

Z pokładu żaglowca bardzo blisko na szantową scenę.

Jeśli ma się audycję „Szkoła pod żaglami” to musi się ją okrasić muzyką morską. Ja to nazywam folkiem morskim, bo szanta, to bardzo ściśle określony rodzaj utworu. Z początku słuchając tej muzyki myślałam, że to takie biesiadne „hej, ho…”. Dopiero jak się w to wejdzie, to czujesz jakie to bogactwo tekstów i pięknych melodii. Bywam na morskich festiwalach. Jednym z największych jest festiwal w Krakowie. Tam przyjeżdża mnóstwo ludzi z całej Europy  Tam trzeba być.

Tam debiutowałaś jako „szantymenka”?

Oj, proszę cię… Musimy o tym mówić? Ja nie umiem śpiewać. Mało tego, nawet za bardzo nie lubię, ale lubię się wygłupiać. I myślę, że tylko dlatego zaistniałam w zespole „Stare Dzwonnice” (Monika Szwaja, Ania Łaszewska, Mira Urbaniak i Katarzyna Wolnik-Sayna - przyp. red.) Były trzy Dzwony i jeden sznurek, bo Ania jest bardzo szczuplutka. To był żart, odpowiedź na męski zespół „Stare Dzwony”. Wszystko dzieło Moniki.

Z większością bohaterów swoich morskich reportaży znasz się, a nawet przyjaźnisz.

Tak, ale to nie znaczy, że przyjaźniłam się z nimi wszystkimi wcześniej. Radio jest o tyle trudniejsze od innych mediów, że nagrywając widzisz człowieka. Widzisz sytuację, czujesz zapach, tych bodźców jest bardzo dużo. Kiedy siadasz do montażu zostaje ci tylko dźwięk. Czasami wydaje ci się, że to co nagrałeś jest „wow!”, świetne i samo się plecie... Siadasz do roboty, a tu nie ma czego słuchać. Myślisz co z tego można uratować by było ciekawie? A czasami jest odwrotnie, okazuje się, że dźwięk bez obrazka ma taką moc, same słowa są tak nośne, że to co widziałeś tylko przeszkadzało. I to jest najfajniejsze w tym wszystkim.

W wydawnictwie, które za chwilę dostaniemy do ręki, troszeczkę uchylasz tajemnic reportażysty.

Tam nie ma przepisu na reportaż. Ta publikacja będzie różniła się tym od reportaży, które zaproponujemy słuchaczom na płycie. W dźwięku obnażam trochę rozmówcę, a w części pisanej także i siebie. Żeby w części pisemnej oddać obraz i atmosferę nagrań, muszę opisać co widziałam i co czułam. Być może to jest lekki ekshibicjonizm z mojej strony, ale podejmuję to ryzyko. Są tam emocje, kiedy płaczę, wzruszam się, wkurzam… ale tak powstawały te reportaże. Im dalej od emisji programu, tym łatwiej zapomnieć o historii, którą opowiada. Pomyślałam, że warto przerzucić te historie na papier, by łatwiej było można po nią sięgnąć. Słowo pisane żyje jednak dłużej. Tym projektem chcę dać drugie życie tym pięknym i ważnym historiom ludzi związanych z żeglarstwem, czy ogólnie mówiąc z pływaniem. Mam nadzieje, że zaciekawię tym niejednego szczura lądowego, bo tak naprawdę to opowieści o ludziach z morzem w tle.

Czy twoje gadulstwo pomaga ci w pracy?

Wiesz co mi pomaga? Pewnie się uśmiejesz. Pomaga mi fakt, że jestem pulchną kobietą. Tacy ludzie są postrzegani jako przytulni, ciepli, życzliwi. Ja nie wiem czy tacy są? Ja jestem. Na pewno. Nie mam figury modelki i mam poczucie humoru. Te elementy pozwalają mi rozbroić ofiarę na samym początku rozmowy.

A jeśli nie radio, to co?

Kiedyś myślałam, że nic. Bo to jest fajny zawód, w którym człowiek nie ma prawa się nudzić. Ale dziś mam parę pomysłów. Ma być dynamicznie, bez biurka i wśród ludzi. Bardzo sobie cenię środowisko żeglarskie Szczecina. Żal mi tylko, że czasami mówią różnym głosem. Jest wiele znakomitych pomysłów, planów i ludzi, którzy czują, że woda w naszym regionie jest olbrzymim atutem. Gdyby te siły zewrzeć… ach rozmarzyłam się… no cóż „każdy żegluje jak lubi”.

6( 105)
Czerwiec'17