Michał Janicki: Jestem aktorem towarzyskim

Michał Janicki – aktor, reżyser, kabareciarz, konferansjer. Dusza towarzystwa i ulubieniec szczecińskiej publiczności, która to, jak mówi, jest najlepsza pod słońcem. Zawsze uśmiechnięty, pogodny. Siła napędowa Teatru Polskiego, gdzie wraz z kolegami tworzą bardzo zgrany zespół. Od czterech lat jest także dyrektorem Teatru Kameralnego. 

Autor

Daniel żródlewski

Kiedy dostaniesz jakąś wielką nagrodę, której jeszcze nie dostałeś, to zapowiedzą Cię tak: Przed Państwem Michał Janicki – aktor, reżyser, kabareciarz, pieśniarz, konferansjer, dyrektor teatru… W której z tych funkcji, by nie rzec ról, czujesz się najpełniej? 

To jest chyba jakoś ze sobą razem zespolone. Mam wrażenie, że wszystko co się dzieje w moim życiu, dzieje się spontanicznie. Nigdy nie myślałem, że stanę kiedyś na scenie, że będę aktorem… To się stało przypadkowo, bo musiałem uciec przed wojskiem, a że grałem trochę na fortepianie, to pomyślałem, że scena to dobry kierunek (śmiech). 

No to dodajemy: muzyk…

Opowieść o mojej karierze byłaby pokrętną historią, pełną zakrętów i zabawnych akcentów. Wszystko, co mi się zdarza, naprawdę dzieje się bez żadnego planu i te kolejne wydarzenia wymuszają czy pociągają za sobą następne. Uwierz mi, ja nie mam jakiegoś imperatywu wewnętrznego, który by mnie prowadził. Nie wiem nawet, co ja najbardziej lubię… Chyba jednak scena, to najbardziej dla mnie komfortowe miejsce, zaraz po ramionach mojej Zosieńki.

Tam się chowasz pod maską aktora?

Nie, absolutnie nie to. Myślę raczej o takim komforcie miejsca, jakim jest teatr. Kocham ludzi teatru, od scenicznych partnerów po garderobiane, bileterki i technicznych. Kocham tę atmosferę. Kiedyś Krzysztof Kowalewski powiedział, że został aktorem dla towarzystwa. I ja chyba też. Od kiedy pamiętam mój ojciec zawsze mówił, że „Michał jak cygan, dla towarzystwa dałby się powiesić”. Nie wyrosłem z tego. Acha, kocham oczywiście dyrektora, jednak nie dałbym się dla niego powiesić (śmiech).

Za czwartą ścianą sceny towarzystwa masz jeszcze więcej.

Większość aktorów po spektaklu leci tylnym wyjściem do domu, a ja chcę rozmawiać z publicznością. Jestem aktorem towarzyskim. Ludzie dużo dają, nie tylko sympatię, czy energię, ale dla mnie przede wszystkim kopalnia pomysłów. W takich rozmowach sprawdzam, to co później pokażę w roli już na scenie. Podczas takich spotkań nieustannie się uczę, kiedyś to wszystko zapamiętywałem, teraz to już muszę zapisywać, niestety wiek… 

O właśnie, mało kto wie, że do tej listy życiowych ról trzeba dopisać jeszcze: dziadek

Mój wnuk Armand ma 11 lat i ciężkie życie (śmiech). Babcia – tancerka, dziadek – aktor, matka – aktorka i muzyk, ojciec wybitny klarnecista, wirtuoz. On nie ma lekko. Często jest z nami w Szczecinie, biega po scenie czy to Polskiego czy Kameralnego, ale w ślady dziadka nie chce pójść. Po mnie ma chyba tylko ADHD. Idzie w ślady ojca – fenomenalny muzyczny talent. Zaczynał od fortepianu, teraz już sięgnął po klarnet. Zbiera laury i pochwały. Jesteśmy dumni! 

Dziadek rozpieszcza wnuka?

Ja jestem jedyny w rodzinie, który mu niczego nie kupi. Ale to nie ze względu na skąpstwo, ja mu daje po prostu – serce, zabawę i radość.

To zupełnie jak szczecińskiej publiczności… Nie dziwię się, że granie w jednym teatrze ci nie wystarczyło, musiałeś założyć swój…

Teatr to moje życie, takie magiczne święto wieczoru, takie misterium… Ale nie w dosłownym znaczeniu. Nie lubię jakiegoś takiego nadęcia czy robienia z teatru religii. Nie przychodzę do garderoby pięć godzin przed spektaklem, nie palę świec by się skupić, nie lubię tych kopniaków w tyłek, odplunięć przez lewe czy prawe ramię, przydeptywania egzemplarza tekstu. Wpadam zazwyczaj na kwadrans przed spektaklem i lecę na scenę. Jakbym się zbyt długo skupiał przed spektaklem, to bym się kompletnie rozstroił (śmiech). Ta beztroska dotyczy oczywiście granych przez mnie komedii, fars czy groteski, ale kiedy gram Strindberga sprawa ma się zupełnie inaczej. Ale wspomniałeś o dawaniu serca i radości także publiczności. Cenię sobie możliwie najwyżej ten bliski kontakt z widzami. Próbowałem w filmie coś tam grać, bo akurat zaprosili, ale ja tego nie czuję. W filmie „ten” efekt jest opóźniony, i to bez udziału aktora. A w teatrze masz od razu przyjemność. To tak jak w łóżku. Orgazm raz za razem, a następnego dnia od nowa (śmiech).

No tak… teraz rozumiem dlaczego powołałeś teatr Kameralny (śmiech)

Kameralność, tak, to jest to! Podziwiam takich artystów jak na przykład Jerzy Kryszak, że on na stadionie czy w jakiejś hali wielkiej występuje. Kiedyś próbowałem, to można, da się, ale przyjemność jest prawie żadna. Chociaż jak ci ryknie cały stadion, to cię to poniesie… Ten huk tych wszystkich ludzi… O to może być nawet fajne, albo oszałamiające, ale ja wolę, tak oko w oko z widzem, spotkanie kameralne, małe, rodzinne trochę.

A co jest unikatowego w Twoim teatrze? Co takiego jest w Teatrze Kameralnym czego nie ma inna scena.

To chyba niepowtarzalna atmosfera tego miejsca. Ostatnio się zorientowałem, że mamy tu tajemniczą, fenomenalną akustykę. To przez tę kopułę. Niektórzy myślą, że gramy na mikrofonach (śmiech). 

No i żaden teatr na świecie nie ma za ścianą… tramwajów. 

Tramwaje mamy w programie. Andrzej Zaorski chce u nas wystawić „Tramwaj zwany pożądaniem”. Nie ma lepszego miejsca (śmiech). A potem pójdziemy w literaturę amerykańską – „Cztery tramwaje i pogrzeb”, „O jeden tramwaj za daleko” i tak dalej... Można sobie dowolnie wybierać. A tak poważnie, to faktycznie próbujemy „wykorzystywać” ten hałas w naszych spektaklach, nieznacznie naginając tekst. Nasi bohaterowie mieszkają zazwyczaj przy pętlach tramwajowych (śmiech).

Po lewej tramwaje, a po prawej… 

Szalet publiczny (śmiech). Aleeee jaki! Niedawno przyjechał do nas Janusz Głowacki, myśląc, że nie ma u nas toalety, poszedł właśnie tam. Wrócił i mówi „no wiesz, słuchaj, ja podróżuję po świecie, wiele widziałem, ale po raz pierwszy widzę toaletę publiczną, która posiada własną scenę” (śmiech).

Śledząc Wasz repertuar widzę jednak oddanie się wyraźnej linii literackiej.

Faktycznie, to polska dramaturgia, z jednym wyjątkiem, bo Anton Czechow to Rosjanin. Chcemy się tego trzymać, gramy utwory Ireneusza Iredyńskiego, Janusza Głowackiego, Sławomira Mrożka. Chcę niebawem poszukać czegoś u Doroty Masłowskiej, a wcześniej zmierzymy się z nowym dramatem Krzysztofa Bizio. 

Prywatny teatr to także wyzwanie, przede wszystkim finansowe. Musisz być też trochę biznesmenem?

Wyzwanie – tak! Budynek jest ogrzewany prądem, to sporo kosztuje, ale dopóki publiczność nas odwiedza, to udaje nam się wiązać koniec z końcem i wystarcza na produkcję sztuk. Ja na szczęście nie zajmuję się tą formalno-prawną stroną działalności. Jestem od spraw artystycznych. Gdybym trzymał rękę na kasie szybko puściłbym nas z torbami (śmiech). To załatwiają nasi przyjaciele ze Szczecińskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki, które nami się opiekuje…

No i Zosia, Twoja żona i najskuteczniejsza na świecie menago w jednej osobie.

Ja mam w naturze zabawę, radość i szelmostwa. Całość reguluje Zofia. Ona jest wyjątkową kobietą, całe życie ze mną i nie zanosi się na to żeby zamierzała odejść (śmiech). Mam taką nadzieje, że wytrzyma ze mną do końca… 

Wspólnie podejmujecie się teraz nowego wyzwania – tworzycie unikatowy festiwal. 

To będzie jesienią, druga edycja festiwalu Euro Music Drama. Sięgamy w nim do muzyki teatralnej. Jest jej bardzo, bardzo dużo, ale ona przemija wraz ze spektaklami, które schodzą z repertuarów. My nie chcemy pozwolić odesłać tych fantastycznych dźwięków do lamusa. To jest kopalnia genialnych utworów. Szefem artystycznym festiwalu jest Jean-Marc Fessard. 

 

Dziękuję za rozmowę

 
6( 105)
Czerwiec'17