Polacy i Pijaki

Franciszek Bohomolec „Pijacy” w Teatrze Polskim w Szczecinie, reż. Artur Więcek „Baron”

Autor

Daniel żródlewski

galeria

„Pijacy” Franciszka Bohomolca, to trochę zapomniany dramat, który bez znieczulenia obnaża polskie przywary. Co ciekawe, napisany w XVIII wieku dramat dziś wprost poraża aktualnością. Nic a nic się nie zmieniliśmy… Prosta fabuła – oczywiście o miłości i konwenansach, do tego sporo dydaktyki i moralizatorstwa. Całość okraszona wysokoprocentowym… humorem.

Niestety ani reżyser – Artur Więcek „Baron”, ani zespół aktorski Teatru Polskiego nie poradzili sobie z wyzwaniem, jakim powinno być (!) wystawienie tego tekstu. Granie „pijanych pijanymi”, to zbyt prosta recepta na wydobycie tego, co w tym utworze najważniejsze. Nie wystarczy chwiać się, kiwać i bełkotać, by przekonująco zagrać pijanego. Gdzie ironia? Gdzie kontrapunkt dosłowności? Gdzie refleksja? Odnoszę wrażenie, że realizatorzy trochę przeszarżowali, ale niestety widzom… w to graj. Przez zaproponowaną formę dramat zamiast być w swojej wymowie „narodowym” kacem, bawi do łez. Im na scenie więcej podmuchów halnego, tym ubaw jeszcze większy. Chyba, że to celowe? A jeśli tak, to mam wrażenie, że publiczność, tego absolutnie nie zrozumiała. Ja także. Swoja drogą – ciekawe ilu z widzów, po tym spektaklu ruszyło do knajp czy na suto zakrapiane domowe wieczerze, a ilu z nich choć na chwilę się zatrzymało, i pomyślało, że to o nas było, o współczesnych Polkach i Polakach… Polkach i Polakach. O właśnie: polityka! Na uwagę (i brawa za odwagę) zasługuje polityczne odniesienie – w postaci strofującej wszystkich, jedynej trzeźwej Roztropskiej, odnajdujemy gesty (i broszkę) obecnej premier. Świetna rola Małgorzaty Chryc-Filary. W głównej roli Pijakiewicza rewelacyjnie odnalazł się Adam Dzieciniak. Ale bezdyskusyjnie show wszystkim porwała Marta Uszko jako Erbiacka. Jeden z epizodów, akurat mocno rozchwiany i pijany, aktorka wykonała istnie brawurowo. Nie trafiła do mnie muzyczna część spektaklu, czyli śpiewane pijackimi głosami obowiązkowe imprezowe szlagiery – od „Hej sokoły” po „W stepie szerokim”. Jedynie dwa utwory znalazły się na miejscu i do tego zostały świetnie wykonane – kiedy nieco wstawiona żeńska część obsady sięga do przeboju Aliny Janowskiej „Ta mała piła dziś” i w finale, gdy Adam Dzieciniak śpiewa „Jest dobrze” z repertuaru Andrzeja Grabowskiego. Na uwagę zasługują elementy scenografii Marka Brauna – pojawiające się w pierwszej scenie ogrodowe plastikowe krzesła, będące swoistym symbolem piknikowej tandety oraz majacząca w tle delikatnie podświetlana figura Matki Boskiej. Wydaje się, że to najmocniej wybrzmiewające sygnały wskazujące ironię i sarkazm zawarte w utworze Bohomolca. Ciekawym zabiegiem było stopniowe „uwspółcześnianie” bohaterów – stylizowane kostiumy (Jolanta Łagowska) ustępowały miejsca jeansom, trampkom i t-shirtom. Niczym podczas spożywania alkoholu, rzeczywistość stopniowo się zmieniała, niezauważalnie stawała się „nasza”. Scena zmieniała się w… lustro. 

6( 105)
Czerwiec'17