„Dzieci jednego Boga”

Autor

Szymon Kaczmarek

Peron drugi, tor czwarty dworca centralnego w Paryżu. W drzwiach pociągu relacji Moskwa-Paryż staje młody człowiek o twarzy zgoła estetycznie obojętnej i woła: „Bagażowy!” Do wagonu podbiega z wózkiem emigrant zarobkowy z wyraźnie wschodnioeuropejskimi rysami twarzy. „Jeszczio adin. Wsie, wsie bagażowyje” komenderuje podróżny. Przed wagonem zaroiło się od wózków i twarzy o rozmaitych odcieniach koloru skóry. „Wy bagażowyje?” dopytuje wojadżer. Odpowiedziało mu dwadzieścia sześć potaknięć w rozmaitych językach Afryki Północnej, Azji Mniejszej i krajów byłego obozu socjalistycznego. „No ładna.” usłyszeli. „Ja was pozdrawliaju. Ja toże bagażowy”.

Anegdotę ową przytaczam nie bez kozery, lecz z zamiarem przypomnienia wszem i wobec, prostego i starego powiedzenia: „Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga”. Jedną z nielicznych korzyści przemian ustrojowych, jakie zaszły w naszym ukochanym Kraju, jest swoboda podróży. Fakt, ograniczona jest dość nędzną zasobnością wielu portfeli, ale jednak swoboda.

Jesteśmy w kurorcie.

Ten szczupły, uśmiechnięty Arab, to Youssouf. Rozstawiając leżaki przy hotelowym basenie zarabia trzydzieści dolarów miesięcznie. To połowa rodzinnego budżetu, a przecież troje jego rodzeństwa chodzi do szkoły i nie może pomóc rodzinie. Ta młoda dziewczyna ścieląca twoje hotelowe łóżko, to Marysia. Absolwentka wydziału filozoficznego na KUL-u. Studia przyniosły jej tyle samo wiedzy ile zmartwień o najbliższą przyszłość. Tu, na Korfu zarabia trochę więcej niż na kasie w supermarkecie, jedynej możliwości zatrudnienia w rodzinnym miasteczku. Ta zmęczona, ale uprzejma kobieta rozkładająca produkty w twoim ulubionym sklepie, to Irina. Ukrainka, która uciekła przed biedą, strachem, chaosem. Uciekła z dzieckiem, bo mąż gdzieś się zawieruszył na wojnie. Pracuje nielegalnie, choć chętnie i skrupulatnie. Walczy o dom dla swoich najbliższych.

Kiedy przed wielu laty, gdy w Hurghadzie było nie więcej niż dziesięć hoteli, zszedłem pierwszego dnia pobytu do jadalni, przywitałem się z szefem kantyny po arabsku, mówiąc mu: dzień dobry, numer mojego pokoju czterysta trzydzieści cztery. Na drugi dzień dostałem od pana Ahmeda słownik angielsko-arabski, a gdy chciałem kupić fajkę wodną, przyniesiono mi piękne cacko, daleko odbiegające wykonaniem od oferty dla turystów. Cena tego rękodzieła była mniejsza od rynkowej, jakieś siedemdziesiąt procent. Gdy opuszczałem gościnny hotel, przed wejściem ustawiła się pięcioosobowa grupa obsługi. Ubrani w swoje narodowe galabije śpiewali pieśń, w której często powtarzało się słowo „Bulanda”. Czyli jednak warto. Warto przed wyjazdem w egzotyczne miejsca nauczyć się kilku podstawowych zwrotów grzecznościowych. Warto podziękować obsłudze, zauważyć i docenić ich wkład w nasze dobre samopoczucie. Oni wyróżnili turystę z Bulandy, pośród tych wszystkich z Niemiec, Holandii, Anglii i Rosji, którzy ich nie zauważyli. Zauważyć pracę innych ludzi. Nic prostszego pod słońcem.

P.S. Do poruszenia tego tematu zainspirowała mnie niedawna przygoda. Otóż, pomagałem przyjaciołom przy cateringu dla grupy nauczycieli (!) Którzy zorganizowali sobie zakończenie roku szkolnego. Robiłem za „grillmana”. Pogarda, z jaką zwracało się do mnie pedagogiczne ciało, poruszyła mnie do tego stopnia, że… zaniemówiłem. Kto mnie zna, wie, że niełatwo jest mnie zaniemówić. Paniom nauczycielkom upychającym do torebek niedosmażone karkówki i kurczaki, życzę wspaniałych wakacji, pozostając w nadziei, że pracują w likwidowanym właśnie gimnazjum. 

7( 106)
Lipiec'17