Dupersznyty, czyli zapiski stanu Szwajowego

Monika Szwaja  - Dupersznyty, czyli zapiski stanu Szwajowego Wydawnictwo:  Sol 2017

Autor

Rafał Podraza

Rzadko ulegam prośbom Naczelnej, w tym przypadku mój opór nie był jednak duży. Mimo że nie poznałem osobiście Moniki Szwai, to bardzo dużo o niej słyszałem. Słynęła z poczucia humoru i dystansu do siebie. Liczyłem, że przyjdzie czas i nasze drogi się przetną. Los chciał inaczej. Osobiście nie przepadam za „babską” literaturą, wiem, że to określenie z miejsca skreśla mnie w oczach wielu Czytelniczek, ale cóż, ten typ (czyli ja), tak ma. Monika Szwaja nie pisała jednak po „babsku”. Potrafiła być ostra, realistyczna, nie zachwycała się morzem wylanych łez przez zniewoloną dziewicę, której chłop pewnego dnia oświadczył – już cię nie kocham. Nie było w jej książkach rzewnych scen, w których kochankowie z miłości podcinają sobie żyły, wcześniej jednak po raz ostatni oddając się uciechom cielesnym. Nie było w końcu marzeń o księciu na białym koniu, który porwie, zniewoli i obsypie brylantami. W jej książkach czuć było pióro rasowego obserwatora i dziennikarza, jakim przez wiele lat Szwaja była. Co ciekawe, do pisania zmusiła ją poniekąd rzeczywistość. Kiedy nie było co wsadzić do garnka, zaczęło się szukanie sposobu na zarobek. Widać pisanie było jej przeznaczone, bo sukces przyszedł natychmiast. Obok Katarzyny Grocholi, Małgorzaty Kalicińskiej była najbardziej rozchwytywaną autorką. Jej książki w sekundę znikały z księgarskich półek, a kolejkom po autograf, najczęściej kobiet, nie było końca. Oczywiście w środowisku „porządnych” literatów traktowana była z przymrużeniem oka, mało ją to jednak interesowało, nigdy bowiem nie brała na poważnie złośliwości, którymi zasypywali ją recenzenci. Była – jak to określił jeden ze szczecińskich dziennikarzy, zajmujących się tylko „poważną” literaturą – pisarką ludyczną i właśnie za tę ludyczność, czyli normalność, ludzie ją kochali.  

„Dupersznyty, czyli zapiski stanu Szwajowego” to, mam wrażenie, pewnego rodzaju hołd, jaki wydawca postanowił oddać pisarce, to także swoiste varia, czyli rzeczy rozsiane lub skryte dotąd w teczkach autorstwa pani Moniki. Książka (poniekąd biografia) zbudowana jest po „szwajowemu” z dowcipem i dystansem. Nie ma tam (na szczęście) patosu, smutku, a tylko radość, pogoda ducha, morze humoru – słowem: gęba sama się raduje. Oczywiście to książka z kluczem. Widziałem miny niektórych koleżanek i kolegów dziennikarzy, kiedy po przeczytaniu fragmentów książki pąsowieli... Taki pstryczek w nos z zaświatów, godny Madzi Samozwaniec. 

Piękna książka, choć mam jeden zarzut (niestety, muszę się czepić): format książki kompletnie nie sprzyja podróżowaniu z nią. Jest zbyt duża. Wizualnie robi wrażenie, ale w praktyce jest gorzej. Mimo tego minusa – bardzo gorąco polecam. 

7( 106)
Lipiec'17