Napromieniowani

Swietlana Aleksijewicz „Gęstość zaludnienia. Historia wybuchu” reż. Krzysztof Popiołek, Teatr Kana w Szczecinie

Autor

Daniel żródlewski

„Gęstość zaludnienia. Historia wybuchu” na deskach szczecińskiego Teatru Kana jest spełnieniem marzeń młodego reżysera Krzysztofa Popiołka. Pochodzący ze Świnoujścia absolwent Wydziału Reżyserii krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, marzył,  by móc zrealizować spektakl w swoim regionie. Udało się! Otrzymał stypendium Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego, a wspólną produkcję zaproponował właśnie Kanie.  

„26 kwietnia 1986 o godzinie pierwszej minut dwadzieścia trzy i pięćdziesiąt osiem sekund seria wybuchów obróciła w ruinę reaktor i czwarty blok energetyczny elektrowni atomowej w położonym niedaleko granicy białoruskiej Czarnobylu”. Wybuch obrócił też w ruinę życie setek tysięcy osób. O nich pisze w swoim głośnym reportażu ”Czarnobylska modlitwa. Kroniki przyszłości” Swietlana Aleksijewicz. Jej tekst zainspirował Popiołka, ale dla niego atomowa apokalipsa sprzed trzydziestu lat jest szerszą metaforą. Reżyser „bada kondycję świata i psychiki człowieka po wybuchu, człowieka przygniecionego ciężarem trudnej przeszłości, funkcjonującego w chmurze obrazów i zdań, które przylepiły się do niego w trakcie drogi i które przyniósł ze sobą aż do: teraz, tutaj”. Te wybuchy to także te małe, prywatne, niezauważalne, ale przecież subiektywnie ogromne katastrofy każdego z nas.   

Formalnie to zbiór niezwykle osobistych monologów ofiar Czarnobyla. Świetnie udało się je połączyć w rytmiczną melodię, z przemyślanymi klamrami w postaci gestów czy powtórzeń. Bardzo dobrym pomysłem było wprowadzenie zapętlonej sceny żywiołowego tańca, który nie tylko rytmizował spektakl, ale pełnił także funkcję potrzebnej pauzy, a być może, z uwagi na ciężar opowieści, pewnego katharsis, nie tylko dla postaci, ale i dla widzów. Siłą realizacji Popiołka jest zespół Kany. Na szczególną uwagę zasługuje kreacja Dariusza Mikuły. Pełna porażającego bólu postać wręcz obleka ciało aktora – w każdym słowie, geście, mimice, a przede wszystkim spojrzeniu. Tu rzecz dziwna, bo nawet w monologach wypowiadanych przez aktorów z zamkniętymi, a raczej zaciśniętymi oczami (świetny inscenizacyjny pomysł!) Mikuła wciąż wydawał się przeszywać widzów wypełnionym skrajnym bólem wzrokiem. Dopełnieniem mistrzowskiej kreacji szefa Kany był jego niewiarygodny taniec. Reszta zespołu Kany równie pyszna. Znakomita była Bibianna Chimiak, która stworzyła postać pielęgniarki, na początku niezwykle silnej, później wypełnionej jedynie niemożliwym cierpieniem. Chimiak zachwyciła także ruchową sprawnością, szczególnie w siłowej figurze we wspominanym tańcu – katharsis. Wiarygodna i konsekwentna była Karolina Sabat, wcielająca się w dziewczynę towarzyszącą do ostatnich chwil swojemu ukochanemu konającemu na chorobę popromienną. Jej opowieść o powolnej i bolesnej śmierci niezwykle poruszała. Piotr Starzyński imponował fizyczną wytrwałością (!), a jego historia o zabijaniu napromieniowanych zwierząt pokazała nieznaną, nie miej tragiczną, stronę czarnobylskiej katastrofy. 

Scenograf Anna Wołoszczuk stworzyła ascetyczną przestrzeń, nad którą dominowała złowroga napromieniowana chmura, a do tego misternie przemyślane kostiumy, z „apokaliptycznymi” elementami. Są też i minusy… Zupełnie niepotrzebne były projekcje wideo – zakłócały i przeciągały narrację, nie wnosząc zupełnie nic nowego. Reżyser przeszarżował fizyczną stronę przedstawienia. O ile mogę domyślać się celu – próba przełożenia bólu na fizyczność czy też pokazanie jego skali – nie rozumiem intensywności tego zadania, które w finale spektaklu przeszkadzało w skupieniu. Podobnie rzecz ma się z epilogiem, czyli kilkuminutową „sondą”, w której ludzie mówią o swoich katastrofach, obawach i lękach. Efektowne otwarcie tylnej rampy teatru, kiedy „teraz i tutaj” wraz ze świeżym powietrzem wpada do dusznej sali, jest wystarczająco czytelne. Mimo to, propozycja młodego reżysera nie powtarza już ogranych scenicznych zabiegów przynależnych do modnego ostatnimi czasy „teatru reportażu”, lecz przydaje mu nową, świeżą i wyrazistą formę. Spektakl bardzo smutny, ale też mocno oczyszczający (katharsis nie tylko w scenie tańca).

7( 106)
Lipiec'17