Bzik. Ostatnia minuta

reż. Ewelina Marciniak, Teatr Współczesny

Autor

Daniel Źródlewski

To jedna z ważniejszych realizacji w moim dotychczasowym teatralnym doświadczeniu – cholernie udany eksperyment, który znacznie wybiega poza znane mi dotychczas próby scenicznych rewolucji, często sztucznie wymuszonych, albo pozostających w konformistycznym stosunku do oczekiwań współczesnego widza. Reżyserka zapowiadała rozprawienie się z „poprzednią teatralną cezurą”’, za jaką uznano realizację tego samego tekstu Grzegorza Jarzyny z 1997 roku w ówczesnym stołecznym Teatrze Rozmaitości (dziś TR Warszawa). Dokonała własnej. 

Powierzenie Ewelinie Marciniak realizacji spektaklu w szczecińskim Teatrze Współczesnym budziło wielkie emocje i oczekiwania. Jej „Śmierć i dziewczyna”, we wrocławskim Teatrze Polskim, stała się powodem politycznego skandalu. Niektórzy oczekiwali podobnego scenariusza w Szczecinie, ale nic takiego się nie wydarzało. Wydarzyło się znacznie więcej – zamiast absurdalnych kontrowersji, dostaliśmy teatralną petardę, z rewolucyjnym pierwiastkiem. By móc podzielić się z Państwem refleksjami z tego spektaklu, musiałem rzecz obejrzeć dwukrotnie. Po premierowym przedstawieniu, byłem chyba zbyt zaskoczony tym, co zobaczyłem. Drugie spotkanie ze spektaklem, po spędzeniu kilku godzin nad analizą wszelkich kontekstów, pozwoliło mi nieco okrzepnąć i utwierdzić się w przekonaniu, że zobaczyłem dzieło wyjątkowe. Spokojnie, takie przygotowanie do obejrzenia spektaklu, by móc nim się cieszyć i w pełni zrozumieć, nie jest wymagane – to jedynie moja teatralna chciwość. 

Reżyserka, wraz z dramaturgiem Janem Czaplińskim, sięgnęła do dramatu Witkacego, ale potraktowała go wyłącznie jako inspirację, albo swoistą poetycką ilustrację, do zupełnie innej, absolutnie współczesnej opowieści. Na pierwszy plan wysunęła drugorzędne postaci dramatu Witkacego, wraz z dramaturgiem dopisali kolejne sceny odważnie sięgnęli do symbolicznej historii Krzysztofa Kolumba. Na tle nieznanego, obcego świata, obnażyli wstydliwe grzechy kultury zachodu. Ale wielowątkowość tej rozprawy wykracza znacznie poza ten aspekt – to jednocześnie nowe spojrzenie na dramaturgię, kondycję współczesnego teatru i „wojny” kultur. Całość podana jest jednak w perfidnie lekki sposób, a wiele można wyczytać między słowami, gestami, kontekstami. Praca Marciniak to przede wszystkim fajerwerk formalny – reżyserka sprawnie żongluje teatralnymi sztuczkami. Pierwsza scena spektaklu rozgrywa się na widowni – aktorzy są na wyciągnięcie ręki, ocierają się o widzów, nawet dosłownie. Jednak uparcie z tej przestrzeni nie schodzą. Tkwią między publicznością przez znaczną część przedstawienia, patrzą w oczy, dotykają, zagadują, próbują nas wciągnąć w swoje światy – literackie i te mocno szydercze, ale wykreowane. Wchodzą w przestrzeń sceny, tylko w bezpośrednio witkacjańskich fragmentach. Przeniesienie akcji w przestrzeń publiczności zawsze jest ryzykownym zabiegiem, czego dowodem jest moje zaskoczenie i próba okiełznania owego ryzykownego sąsiedztwa. 

W tym spektaklu nie ma słabej roli. Wszystkie postaci zbudowane i zagrane zostały wprost brawurowo. Trzeba zobaczyć Magdalenę Wrani-Stachowską i Adama Kuzycz-Berezowskiego w roli Berty i Brzachajły – fantastyczne, smacznie przerysowane postaci, do tego aktorzy świetnie poradzili sobie w muzycznych partiach. Młody Konrad Beta, jako ich syn, ze spektaklu na spektakl dojrzewa, rysując każdą z ról coraz wyraziściej, ta jest wyjątkowo udana, przede wszystkim ruchowo. Trzeba zobaczyć Wojciecha Sandacha najpierw w roli przezabawnego warholowskiego stewarda, a później na wyrazistej kontrze, „dzikiej” – przejmującego wyrzutu sumienia kultury zachodu. Znakomita jest Maria Dąbrowska „konkurująca” z Mają Ostaszewską – odtwórczynią jej roli w legendarnym spektaklu Jarzyny. Scena, w której tarza się w kolorowych pismach z aktorką jarzynowego Bzika na okładce, powinna przejść do historii współczesnego teatru. Dopełnieniem są mistrzowskie kreacje Arkadiusza Buszki oraz Michała Lewandowskiego jako Price’a. 

Fenomenalne kostiumy i zachwycająca scenografia Katarzyny Borkowskiej są równorzędnymi bohaterami spektaklu. Monstrualne peruki głównych bohaterów oddalają postaci od realności, zakrzywiają je – te postaci są jakby żywcem wyjęte z narkotycznych obrazów Witkacego. Na osobną uwagę zasługuje scena inspirowana obrazami Vermeera. 

To absolutne dzieło sztuki – brawa dla scenografki i reżysera światła. 

Oprawa muzyczna ‘’Bzika…’’ to materiał na osobne muzyczne wydawnictwo. Maja Kleszcz (w utworach na żywo z towarzyszeniem Wojciecha Krzaka) obdarzona jest wyjątkową barwą głosu, okazało się, że jeszcze niezwykłym talentem aktorskim. Ilustracja muzyczna przedstawienia wydawała się wprost wyrwana z najbardziej onirycznych wizji Witkacego – niepokojąca i niepokorna. 

8( 107)
Wrzesień'17