Jola Ogar Z miłości do kobiety i żeglarstwa

Mój cel jest taki żeby być w jakimś stopniu współudziałowcem sukcesu Polski w klasie 470 w Tokio. Czy to w roli zawodniczki, czy asystenta trenera, czy doradcy – mówi Jola Ogar. Była siatkarka, która po 10 latach grania na parkiecie błyskawicznie zrobiła karierę w żeglarstwie. Kilka lat temu rzuciła Polskę dla Austrii, by teraz powrócić do ojczyzny. Dziewczyna o twardym charakterze, ale i dużej wrażliwości. Zakochana z wzajemnością w Chuchie, Hiszpance z Los Angeles. I choć na razie dzieli je ocean, to już planują wspólne życie. Pewnie w Barcelonie. Jola Ogar, Mistrzyni Świata i Europy w olimpijskiej klasie 470 – w wyjątkowym, bardzo osobistym wywiadzie.

Autor

Michał Stankiewicz

galeria

Jak Ci się pływa z białym orzełkiem na piersi?

Całkiem nieźle. Czuję, że chyba tu jest moje miejsce. Te cztery lata zmiany w postaci paszportu austriackiego i pływania pod austriacką banderą było znakomitym ruchem pod względem rozwijania się, ale w sercu zawsze była jednak nie czarna wrona, tylko biały orzeł.

Lżej?

W ostatecznym rachunku, jak przychodzą wyniki, tak. Teraz zdobyłyśmy trzecie miejsce na Mistrzostwach Europy, czyli pierwszy medal dla Polski, jeśli chodzi o klasę 470, więc to była mega radość.

Wyniki to jedno, ja pytam bardziej o sferę mentalną, czy lżej jako człowiekowi, a nie jako zawodniczce.

Lepiej, bo utożsamiam się Polską, mieszkam w Gdyni już parę lat, tutaj też otworzyłam swoją restaurację „Magiel Towarzyski”, to moje miejsce na ziemi. Na pewno lżej, po podróżach, po zgrupowaniach wracam do domu. 

Czyli możemy już ogłosić Twój powrót do pływania pod polską banderą – definitywny i ostateczny?

Można powiedzieć, że powróciłam do reprezentowania Polski na zawodach. Bardzo chcę współpracować z polską kadrą, ale czy będę reprezentowała nasz kraj w Tokio? Tego nie wiem. Na pewno to koniec pływania pod banderą austriacką.

Nie obraź się, ale jest takie pojęcie „syn marnotrawny”. Czy to powrót „córki marnotrawnej”?

To sformułowanie można odbierać, że ktoś popełnił błąd, uświadomił go sobie i powrócił. Moim zdaniem te 4 lata współpracy z Austriakami nie były błędem. W tym czasie nabyłam bardzo dużo umiejętności i doświadczenia, a jednocześnie współpracowałam z najlepszymi trenerami na świecie. To więc nie powrót córki marnotrawnej. Chciałam podnosić swoje umiejętności, doskonalić siebie jako zawodniczkę. Była możliwość żeby współpracować z najlepszymi na świecie, więc z tego skorzystałam. Teraz chętnie podzielę się moją wiedzą tutaj, gdzie jest moje miejsce.

Uporządkujmy fakty. Zaczęłaś pływać dla Polski w 2008 r., pływałaś do 2012 r. – wyjazd na igrzyska do Londynu, tam 12 lokata, w międzyczasie 7 tytułów Mistrza Polski, a potem bach, nagle Jola jedzie do Austrii…

To nie było nagle, to nie była decyzja spontaniczna, ale bardzo dobrze przemyślana. Ja borykałam się z tą myślą bardzo długo – czy pływać dla Austrii czy nie. Rozpisałam na kartce wszystkie plusy i minusy, w tamtym momencie chciałam się rozwijać jako sportowiec, więc szala przechyliła się na korzyść Austriaków. 

Czytałem, że po Londynie napisałaś, że zabrakło chemii między Tobą, a Agnieszką Skrzypulec, że potrzebowałyście bodźca żeby się rozwijać, żeby nie mieć poczucia, że stoicie w miejscu.

To prawda.

Chodziło o duet z Agnieszką, czy generalnie o pływanie z kimkolwiek w Polsce?

Teraz z perspektywy czasu, ciężko mi powiedzieć. W tamtym czasie myślałam o relacji miedzy mną, a Agnieszką – stałyśmy się rzemieślnikami i brakowało w tym wszystkim jakiejś finezji, brakowało mi tej chemii, a teraz po latach udało nam się ją odnaleźć. Jesteśmy w zupełnie innym momencie życia, obie dojrzałyśmy, może ten moment przed Londynem to nie było to, teraz jest zupełnie inna jakość pływania.

Czemu akurat Austria?

Austriacy wyszli z taką propozycja do mnie. Powiedzieli, że jest taka dziewczyna jak Lara Vadlau. Znałam ją wcześniej z zawodów, jej styl żeglowania bardzo mi pasował, mocno agresywny, bezkompromisowy jak na tak młodą zawodniczkę. No i do tego zaproponowano mi doskonałego trenera, to była propozycja nie do odrzucenia.

Tak Cię po prostu wypuszczono z Polski?

Były rozmowy, były przekonywania mnie do pozostania, ale argumenty nie były wystarczające żebym mogła zmienić decyzję. Te propozycje, które zaproponowała Austria były zupełnie ponad wszystko, PZŻ absolutnie nie mógł tego przebić i tutaj nie chodzi o finanse.

Duży kraj z dostępem do morza, długim wybrzeżem idealnym do uprawiania żeglarstwa nie jest w stanie przebić mniejszego górskiego kraju, który słynie raczej ze sportów zimowych. 

W Polsce jest tak, że finansowanie zaczyna się od medali. Uważam, że jeśli zdobywa się medale to Polska jest super, ale jeśli chodzi o początki to już nie. Najpierw potrzeba wyników, dopiero później pojawiają się pieniądze. W Austrii zaczynają od inwestowania, a później oczekują. Austria dawała finanse na sprzęt i trenerów, wypłaty do ręki praktycznie nie było, więc pływałam tam rok za darmo, ale wiedziałam, że mam możliwości – miałam do testowania tyle łódek ile chcę, tyle żagli ile chcę, tyle masztów ile chcę. I uważałam, że to wystarczy żeby osiągnąć sukces. 

I wystarczyło – wygrana na Mistrzostwach Świata, Mistrzostwach Europy i finał Pucharu Świata – całkowita dominacja w klasie! A potem 9 miejsce na IO w Rio, świetne, ale nie medalowe. Forma spadła?

W 2014 wygrałyśmy wszystko co było do wygrania, a w roku olimpijskim Mistrzostwo Europy i brąz na Mistrzostwach Świata. Na samych igrzyskach, wiedziałyśmy, że przegrać medale możemy tylko same ze sobą. Wiedziałyśmy, że jedziemy tam w roli faworyta, czułyśmy się dobrze przygotowane i miałyśmy tą świadomość. To nie był więc jakiś spadek formy.

Presja?

Dużo rzeczy się nałożyło. Na taki poziom, który reprezentowałyśmy, można było spokojnie stawiać u bukmacherów, że zdobędziemy medal. Może presja, może nieodpowiedni sposób wprowadzenia nas w ten cały świat przed IO. Tego było za dużo, jechałyśmy jako faworytki do medalu, no i byłyśmy nadzieją całego kraju. Nagłówki w gazetach były nie o tym czy zdobędziemy medal, ale jakiego będzie koloru. Może związek nie był nas w stanie przed tym uchronić? Teraz mogę tylko spekulować.

Łatwiej pchać się na szczyt i go zdobywać niż go utrzymać i żyć pod presją. To jest znacznie trudniejsze.

To na pewno. Chociaż wydawało nam się, że z presją radzimy sobie dobrze, bo w 2014 zdobyłyśmy MŚ, a w 2015 obroniłyśmy ten tytuł, ale każdy kto był na IO wie, że to są inne zawody od wszystkich. Tam faworyci zawodzą. 

Tak też było z naszą kadrą w Rio. Silna presja, no i zabrało trochę szczęścia. Wróćmy do związku. Stwierdziłaś w jednym z wywiadów, że w Austrii związek szanuje żeglarzy, otrzymujecie pomoc z każdej strony. Czy ten związek jest lepszy od naszego?

Jest inna polityka, inny system, inne przemyślenia, ciężko porównać. Uważam, ze związek austriacki jest przede wszystkim dla zawodników, wspiera ich w każdym aspekcie, a nasz związek jest, jaki jest… Na szczęście zmieniły się władze i mamy nadzieję, że idzie nowe.

Co zdecydowało o tym, że wróciłaś do kraju? Nieudane Rio?

Nie. Miałam uczucie porażki jako zawodów, ale nie miałam poczucia porażki jako zawodniczka. Wiedziałam, że w tamtym momencie zrobiłam wszystko co mogłam, nie było jakiegoś konkretnego błędu. Dałyśmy z siebie wszystko, nie udało się, ale nadal uważałam nas za wartościowe zawodniczki.

Co się stało, że się rozstałyście?

Myślałam o zakończeniu kariery. A z drugiej strony miałam w głowie, że jeśli będę chciała pływać, zdrowie mi pozwoli i wszystko w polskim związku dobrze się ułoży, to na pewno Tokio 2020 będą na milion procent moimi ostatnimi igrzyskami i chciałabym je po prostu zakończyć jako Polka. Zaczynałam jako Polka i tak też chcę skończyć. 

Jola, teraz cofnijmy się nieco w czasie. Zanim stałaś się żeglarką przez 10 lat byłaś siatkarką. Grałaś w I i II lidze jako lewa atakująca. I nagle siadłaś tak po prostu na łódkę i zaczęłaś pływać?

To wszystko wina Witka Dudzińskiego. Zupełny przypadek, wchodzę do lekarza, a on mówi – powinnaś być żeglarką, a nie siatkarką. Myślałam, że jest niepoważny. Powiedział mi „poczekaj, zaraz coś tobie przyniosę” i przyniósł mi płytkę CD z MŚ z San Francisco z 470, a potem posadził mnie na krześle. Pokazał mi jakieś łódki i pyta czy fajne. Ja mu na to „fajne, ale i co?” On dalej „nie chciałabyś tak?”. A ja na to, że jest nienormalny (śmiech). I taka była rozmowa. Potem zaczął mi tłumaczyć, że jest w Polsce taka dziewczyna, Kasia Tylińska i nie ma załogantki, a ja mam perfekcyjne warunki, zatem żebym rzuciła siatkówkę i została żeglarką.

No i co? Powiedziałaś ok, zaraz idę pływać?

Nie. Pomyślałam po prostu, że koleś zwariował. Brałam to wszystko jako żart. Nawet nie wiedziałam skąd wiatr wieje.

Co się wydarzyło, że jednak na tą łódkę wsiadłaś? Ile to trwało?

Dwa tygodnie. Oczywiście o tej sprawie zapomniałam, wróciłam po tygodniu i uważałam, że to był jeden wielki żart. Po kilku dniach zadzwonił do mnie Robert Janecki, który był wówczas trenerem kadry i powiedział mi przez telefon, że słyszał, że chciałabym popływać. A w siatkówce jest tak, że jest miesiąc przerwy między sezonami i to wypadło akurat wtedy. Zaproponował mi dwa tygodnie na Mazurach. Stwierdziłam, dobra jadę popływać, coś nowego, fajny urlop, żal nie skorzystać. Spotkaliśmy się na Mazurach, Robert z Kaśką pokazali mi łódkę – no fajna, ładna, czysta, biała i tak mnie posadzili. Tak sobie pływałam nie dotykając żadnej linki przez godzinę (śmiech). Pierwsze dwa dni były lekkie, ale później się zaczęła się orka. Wstawałyśmy o 5 rano, schodziłyśmy na wodę 3 x dziennie, no i tak się uczyłam. Przez pierwsze dni hasła: fok, grot, szot, spinaker – myślałam, że oni mówią w jakimś innym języku, ani jednego słowa wcześniej nie słyszałam. Po tych dwóch tygodniach wróciłam do domu, znowu zadzwonił do mnie Robert i zapytał czy wchodzę w to, bo oni są zadowoleni i widzą potencjał. Powiedziałam – wchodzę.

Tak łatwo rzuciłaś siatkówkę?

Nie. Kocham siatkówkę do tej pory, ale miałam już wtedy 23 lata, a to już prawie emerytura dla siatkarki. Siatkówka wtedy zaczęła się zmieniać, to były czasy Niemczyka, wysokich zawodniczek, nie byłam na tyle wysoka, żeby się tam rozwijać. Wyznaję w życiu taką zasadę, że nic nigdy nie dzieje się bez przyczyny. Nie pojechałabym w tym czasie do tego lekarza, do tego wariata i nic tak, by się nie potoczyło. Jak to mówi przysłowie – lepiej zrobić i błagać o wybaczenie, niż żałować, że się tego nie zrobiło. 

I siadłaś na łódkę i zaczęłaś wygrywać. Jak tak słucham Twojej opowieści to mam propozycję: mamy w Polsce niedosyt medali w jeździectwie, a w Sopocie jest doskonały hipodrom. Mogłabyś tam na trochę skoczyć i potem nam coś zdobyć? (śmiech)

To może golf? Stał się on przecież olimpijską dyscypliną (śmiech).

Twoja historia jest naprawdę niezwykła. Zazwyczaj utytułowani zawodnicy wspominają przy okazji wywiadów o tym jak zaczynali w dzieciństwie, jak marzyli od dziecka. O długiej, bardzo długiej drodze do medali. Ty poszłaś do lekarza, on powiedział ci – Jola pływaj, a Jola powiedziała ok., popłynęła i została Mistrzynią Świata. Porozmawiajmy trochę o twoim prywatnym życiu, bo chyba jesteś barwnym ptakiem? Czujesz się tak?

Absolutnie nie. Nie czuje się tak, nawet tak się nie zachowuję. Barwny ptak lubi atencje, a ja nie szczególnie.

Jesteś osobą charakterystyczną. Żeglarka, wcześniej siatkarka, mocne zwroty w życiu, z których ostatecznie zawsze wychodzisz zwycięsko. Wizualnie też się wyróżniasz, no i nie kryjesz swojej homoseksualności.  To nie jest obrazek osoby szarej i nijakiej.

To też nie jest obraz barwnego ptaka, to może jest obrazek osoby pewnej siebie, odważnej. Jestem szczera sama ze sobą, niczego nie udaję. Może wielu ludzi udaje i kreuje życie na takie, jakie chcieliby żeby wyglądało. Ja się potykam, zmieniam decyzje, mówię kim jestem, co kocham, a czego nie lubię – taka jestem. Moim zdaniem każdy taki powinien być, czyli słuchać siebie i robić to co lubi i nie bać się życia.

Czyli żyjesz w zgodzie sama z sobą, a jednym z elementów tego jest to, że otwarcie mówisz o swoim homoseksualizmie. Nie każdy tak potrafi. Myślę, że pewnie większość. 

Ja się z tym nie afiszuję, ale się też nie ukrywam. Jest jak jest. W momencie kiedy moja rodzina dowiedziała się, ze jestem osobą homoseksualną, od tego momentu stwierdziłam, że nie będę się już nikomu tłumaczyć, ukrywać się albo przekształcać rzeczywistości. Robię to, co zwykli ludzie – gdy ktoś mnie zapyta to odpowiadam. Chociaż wiele osób nie ma śmiałości pytać, a ja niczego nie ukrywam. Moją partnerkę Chuchie przedstawiam właśnie jako partnerkę, a nie koleżankę. To proste. 

W żeglarstwie ma to jakieś znaczenie?

Była taka zawodnika na Laserze, która już nie pływa. Wiedziała, że jestem osobą homoseksualną od samego początku, ale była na tyle dyskretna, że nie rozpowiadała. Ale, dla niektórych przyznam, że to było duże zaskoczenie. Zależy mi żeby to nie było jakieś wielkie halo, tylko nabrało jakiejś normalności. 

Czyli chodzi tylko o ten balans, o równowagę. Nie ogłaszanie tego i manifestowanie, ale jednocześnie nie ukrywanie.

Dokładnie. Po prostu normalność. 

Miałaś wcześniej partnera, a potem coś się zmieniło? Czy też od samego początku czułaś swoją orientację?

To nie jest tak, że się zmienia. Tego się szuka. Odkrywa się samą siebie. Przez to, że stereotyp narzucany jest taki jaki jest, to na początku miałam chłopaków. Kiedyś podkochiwałam się w nauczycielce, ale uważałam, że wszystkie się podkochują. Nie konsultowałam tego z innymi koleżankami, myślałam, że jest to normalne i jakby normalne jest mieć chłopaka, więc wszystkie miałyśmy. To nie jest tak, że mam awersję do facetów, ale jednak widzę tą pełnię szczęścia z kobietą. Moja obecna partnerka dopiero w wieku 25 lat zrozumiała swoją orientację. To jest ogromny dylemat, to jest walka z samym sobą. To nie jest proste stanąć przed lustrem i powiedzieć – jestem osobą homoseksualną. 

Porównując Austrię i Polskę, gdzie Ci było łatwiej z tym?

Powiem tak: nigdy w życiu nie doznałam dyskryminacji, ale widzę co się dzieje. Może dlatego, że wszystko było dla mnie aż tak łaskawe, ja zdeklarowałam się sama przed sobą w wieku 19 lat, czyli szybko. Widzę jak moje znajome, nawet te, które mają mężów, czują inaczej, tylko poświęciły się idei. 

Co wtedy im mówisz?

Funkcjonowanie wbrew pewnym schematom zawsze jest trudne. Nie mówię nic, to jest bardzo ciężkie. Współczuję, ale nie oceniam. To jest wybór. Mogę powiedzieć w dwojaki sposób, że nie mają jaj żeby się przyznać albo też mają żeby w tym trwać.

Weźmiesz ślub?

Zobaczmy, zazwyczaj związek długoletni kończy się ślubem. Jest fajnie jak jest. Dzięki paszportowi austriackiemu mam taki przywilej żeby wziąć ślub ze swoją partnerką zupełnie legalnie.

Chciałabyś w Polsce?

Chciałabym żeby polskie prawo nie ograniczało, żeby dawało taką możliwość. 80 % z nas pewnie w ogóle tego nie potrzebuje i nie skorzysta, ale 20 % o tym marzy.

A Ty w której grupie jesteś?

Raczej w tej drugiej, raczej chciałabym zalegalizować swój związek.  

Czy Twoja partnerka mieszka z Tobą tutaj w Gdyni?

Nie. Pomieszkujemy u siebie. Chuchie jest pół Hiszpanką, pół Brytyjką. Często przyjeżdża do mnie do Gdyni albo do mojej mamy na południe, tam się spotykamy. Czasem jeździ ze mną na zgrupowania jak jest taka możliwość, a czasem ja do niej, do Los Angeles. 

Daleko. Dzieli was ocean.

Tak, ale ocean dla żeglarza to nie taka wielka sprawa (śmiech). Dla osoby, która jest stabilna i na stałe zasiadła w jednym miejscu to wydaje się nie do przejścia, ale w momencie kiedy ja raz jestem Rio, raz w Chinach, raz w Australii to dystans przestaje mieć znaczenie.

Nie ułatwia.

Nie ułatwia, ale można wypracować sobie sposób, my taki wypracowałyśmy i działa bardzo dobrze, opiera się na pełnym zaufaniu i wielkiej miłości. 

Gdzie planujecie przyszłość. Tutaj czy tam?

Może trochę tu, może trochę tam, ale na pewno nie w USA. Ona chce wrócić do Hiszpanii. Pochodzi z Majorki, ale chce zamieszkać w Barcelonie w niedługim okresie czasu, więc przyjedzie do Europy. 

Wymarzone miejsce dla żeglarzy, wielka kultura żeglarska, no i cały rok pływania. Wygląda na to, że długo będziesz pływać.

Chyba na to wygląda. Żeglarstwo jest takim sportem, że albo się go kocha albo nie rozumie. Jak już się to kocha, to schodzi się na wodę nawet, gdy wieje nie wiadomo jak mocno, pada albo termometr pokazuje 5 stopni, a palce odmarzają. Po prostu uzależnia.

Teraz wróciłaś do pływania z Agnieszką Skrzypulec, twoją dawną skiperką. To na stałe czy to było tylko chwilowe? 

W PZŻ rozwija się pewien plan na stworzenie dobrego teamu. Powiedziałam związkowi, że jestem do ich dyspozycji tak naprawdę w roli w jakiej oni sobie życzą. Wiadomo, że trochę musi być podyktowane też moimi warunkami, bo nie mam 20 lat, tylko 35 i do tego pewne zobowiązania. Muszę myśleć o przyszłości, a z samego żeglarstwa człowiek się nie utrzyma. W jakiej formie będę pomagać dziewczynom, tego jeszcze nie wiem. 

Chcesz pływać z Agnieszką. Czy sprawa jest jasna, że Agnieszka jest w załodze z Irminą?

Jestem do dyspozycji, w jakiej formie nie wiem. Staramy się wspólnie znaleźć złoty środek. Jest jeszcze jedna skiperka, podwójna mistrzyni świata w klasie 420, która przesiada się na 470. To Hania Szmit. Tworzy się to wszystko, nawet nie jestem w stanie ci teraz konkretnie powiedzieć. To trzeba wszystko przemyśleć, żeby to wszystko było dobrze scementowane. Mój cel jest taki żeby być w jakimś stopniu współudziałowcem sukcesu Polski w klasie 470 w Tokio. Czy to w roli zawodniczki, czy asystenta trenera, czy doradcy.

A co potem? Masz już pomysły co po klasie olimpijskiej? 

Bardzo chciałabym spróbować tego dużego żeglarstwa. Moje koleżanki startują teraz w Magenta Team, to załoga katamaranu złożona z samych kobiet. Chciałabym do nich dołączyć.

Myślałaś o Nacrze? To mikst, panie są bardzo potrzebne.

Myślałam o Nacrze, teraz wchodzi foil i pewnie będzie to super łódka. Ja jednak kocham 470 i jakbym miała pływać w klasie olimpijskiej to tylko na 470. Trzymam kciuki żeby się utworzyła kadra Nacry w Polsce, ale nie widzę siebie na tej łódce. Po prostu kocham 470.

8( 107)
Wrzesień'17