Chuderlak na siłce

Autor

Szymon Kaczmarek

Mam znajomego. Takiego normalnego, nie z fejsa. On jest moim znajomym tak długo, że nawet można napisać: bliski znajomy (że nie napiszę kolega, bo co mają ludziska gadać?). I on chodzi na siłkę. A w zasadzie, to on czasami z siłki wychodzi. Popracuje, pomieszka, pokręci się chwilkę po mieście i… dawaj na siłkę. Kolega ów, jest elegancki, pachnący i ogólnie dobrze wychowany. Od kiedy pamiętam, zawsze miał nosa do interesów i potrafił swoje umiejętności wykorzystać. Nie to co ja. Ale, że to kolega, to nie zazdroszczę mu nadmiernie. Zazdroszczę natomiast jego samozaparcia, uporu i konsekwencji. A także niezmąconej moimi dogadywaniami, olbrzymiej wiary w błogosławione działanie siłki. Pod wieloma względami jesteśmy różni z moim kolegą. W zasadzie pod każdym, może z wyjątkiem płci. Ja to lubię wiedzieć dokąd idę. Lubię znać drogi cel i powód marszu. Kolega łazi na gumowej taśmie. W zasadzie, w jednym miejscu. Nawet, gdy się niezbyt spieszy, to czasem po tej taśmie biegnie. Naprawdę. Zupełnie nigdzie. To samo ma z rowerem. Zamiast do kiosku po fajki, to on jedzie na rowerze bez kółek zupełnie. W pokoiku niewielkim. I jeszcze sobie śrubę przykręca, że niby pod górę jedzie… No, przyznam, to nawet dla mnie, człeka o wyjątkowej tolerancji dla dziwactw, trudne jest do pojęcia. Ja, oczywiście, nieustannie bym miał z górki, nie tak jak w życiu.

Ale najciekawsze jest przed nami. Otóż And… ups! Kolega miałem napisać, podnosi różne ciężary!   Ot, tak, zupełnie bez powodu. Pomimo wieku zaawansowanego, statecznej pozycji w skomplikowanej strukturze naszego społeczeństwa, od niedawna suwerenem zwanego. On męczy się, poci i sapie podnosząc metalowe, ciężkie jak cholera przedmioty! Żeby tylko on. Robi to w całkiem sporym towarzystwie. I żaden z nich nie jest podłączony do urządzenia prądotwórczego! Tyle energii w kosmos, toż to pół Szczecina można by oświetlić. A tu taka sytuacja.

Ja to nawet raz i chciałem. A co to gorszy jestem? Poszedłem na siłkę, przed czynem owym desperackim, czytając to i owo z teorii. Dowiedziałem się z niej, żeby osiągnąć sukces, powinienem wybrać dobrą siłownię, zapoznać się z technika ćwiczeń na maszynach, ustalić plan treningowy, dobrać właściwe obciążenie i pamiętać o rozgrzewce i schłodzeniu. Tak mi podpowiedział wujek google. Już poczułem się zmęczony. Najłatwiej poszło mi ze schładzaniem. Nieco gorzej poczułem się wybierając dobrą siłownię. Ale mogłem nie zaczynać od męskiej szatni. Dość powiedzieć, że tę walkę przegrałem z kretesem. Bo prawdziwa siłka jest dla prawdziwych facetów (chyba nie wierzę w to, co napisałem?).

Mam znajomego, a nawet kolegę. Czasem spotykamy się (On na herbacie, ja na piwie) po jego treningu. Patrzę na zrelaksowanego, wyluzowanego chłopa, który przed chwilą przerzucił wagon węgla. Pytam o te słabe strony uczestnictwa w treningu. Wyraźnie nie znajduję u niego zrozumienia. On, po swoim cyklu treningowym czuje się tak radośnie, jak ja po całym dniu łażenia po lesie, czy wiosłowania na pontonie w pogoni za okoniami. Ja palę paczkę dziennie, on rzucił lata temu. Ja piję piwo i jem tłuste i wędzone. On herbatka i różne takie dietetyczne wynalazki. Kto z nas dwóch ma rację? Ja, chuderlak maskujący kuflem swą nędznawą posturę, czy wytrenowany na siłce kolega? Ani w głowie mi to rozstrzygać. Ale na plażę z nim nie chodzę. Przedkładam dziewczęcy uśmiech, nad radosny, choć szyderczy śmiech. Poczekajmy. Czas pokaże ,który z nas wygrał.

9( 108)
Październik'17