Mistrzowie w opaskach

Autor

Krzysztof Bobala

Wrześniowy wieczór. Już po turnieju. Piekielnie zmęczony, ale szczęśliwy. Wszystko się udało. Wspaniali zawodnicy, kochani kibice, którzy raz jeszcze dopisali i najlepszy mecz finałowy w historii. Turniej na miarę jubileuszu. Wygodnie rozsiadam się w fotelu, pilot do jednej ręki, a kieliszek z winem do drugiej. Jest cudnie. Trochę bezmyślnie przerzucam kanały w telewizorze z nadzieją, że może znajdę gdzieś powtórkę niedzielnego finału. Nic nie ma. Na oglądanie filmu nie mam ochoty, polityki nie trawię, a na wiadomości, które docierają ze świata chyba jeszcze, po dwóch tygodniach spędzonych wyłącznie na kortach, nie jestem gotowy. I nagle - nie wierzę. Na zwężonym ekranie gra dwóch moich tenisowych idoli z dzieciństwa. Co za fryzury, co za stroje. I te przepaski na włosach. Drewniane rakiety, białe piłki i ten śmieszny przekaz telewizyjny, który zamiast grafiki z wynikiem, statystykami itp. po gemie po prostu obiektywem kamery pokazuje tablicę na obiekcie. A obiekt to nie byle jaki. Pełen prześmiesznie ubranych fanów tenisa - tak się wtedy nosiło. To Wimbledon, świątynia tenisa, a tych dwóch grających dżentelmenów (tak naprawdę to raczej jeden dżentelmen i jeden pieniacz) to Szwed Bjorn Borg i Amerykanin John McEnroe. Gladiatorzy kortów tamtych czasów. Mimo, że kolory nie takie, brak HD i mecz sprzed trzydziestu siedmiu lat, wciągam się coraz bardziej. Co za akcje, co za emocje, co za poziom. Gra serwis-wolej, której pozazdrościć mogą wszyscy grający dzisiaj tenisiści z Federerem na czele. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Pierwszy set zaskakująco łatwo dla Amerykanina, w dwóch następnych górą Borg. W czwartym Szwed przełamuje i wydaje się, że to już koniec. Nic z tego. Ambitny i zadziorny McEnroe wznosi się na wyżyny i wygrywa po jednym z najpiękniejszych tie-breaków, które widziałem. Już wynik tego tie-breaka, 18-16 może Państwu przybliżyć jakie emocje próbuję opisać. Set piąty i dalej walka, „jakby jutra miało nie być”. W końcu Europejczyk górą. Bjorn Borg wygrywa 8:6. Mimo zmęczenia siedziałem do drugiej w nocy, aby zobaczyć kto okaże się lepszy. Próbowałem też dociec, co to za mecz i z którego roku, bo jak wcześniej wspomniałem, niestety realizator transmisji nas nie rozpieszczał. Znikąd pomocy, ale od czego nowoczesne technologie. Smartfon przed oczy, wyszukiwarka google do pracy. Okazuje się, że właśnie obejrzałem (wstyd się przyznać, że dopiero), uznany przez fachowców na wiele lat - najlepszy mecz w historii zawodowego tenisa – finał gry pojedynczej Wimbledonu z 1980 roku. Dopiero po dwudziestu ośmiu latach, podobno jeszcze lepszy mecz rozegrali panowie Federer i Nadal. To coś niesamowitego, że oglądając tyle współczesnego tenisa ciągle można zachwycać się techniką i grą mistrzów sprzed lat. To piękno tej dyscypliny sportu. Już niedługo do kin wejdzie film, którego fabuła oparta jest właśnie na rywalizacji tych wybitnych tenisistów. Borg i McEnroe przez ostatni tydzień patrzyli na mnie kilka razy dziennie z dużej reklamy, którą dystrybutor filmu ustawił na turnieju Pekao Szczecin Open. Turnieju, który w tym roku także miał dwójkę swoich Mistrzów. Richard Gasquet i Florian Mayer rozegrali mecz dwudziestopięciolecia, mecz który na następne finały stanie się wzorcem do pobicia, podobnie jak ten z Wimbledonu z 1980 roku. Mam nadzieję, że nie będziemy czekać zbyt długo, aby ogłosić, że to właśnie jeden z najbliższych finałów został uznany najlepszym meczem w historii szczecińskiej imprezy.  

 
9( 108)
Październik'17