Historia jednej znajomości

Alicja Klenczon, Wydawnictwo:  WAM, 2017

Autor

Rafał Podraza

Jako pasjonat twórczości Janusza Kondratowicza – poety polskiej piosenki, historię Krzysztofa Klenczona, jego przyjaciela i współtwórcy wielu przebojów, poznałem już dawno. Może nie jest to wiedza zgłębiona, jak zrobiłby to prawdziwy fan, ale wydaje mi się, że sporo wiem o polskim Lennonie. Klenczon – współzałożyciel legendarnej formacji Czerwone Gitary był nietuzinkowy i przez to arcyciekawy. Był nieprzewidywalny i przez to trochę dla najbliższego otoczenia męczący. Był muzykiem z krwi i kości. Miał swoje dobre i złe dni. Miał swoje wzloty i upadki. O tym jest właśnie książka „Historia jednej znajomości”. 

Bałem się, co znajdę w środku (Alicja Klenczon nigdy dotąd nic większego nie publikowała) i… miło się rozczarowałem. Mnóstwo nowych wiadomości na temat KK, istna kopalnia nieznanych dotąd zdjęć rodzinnych artysty. Bardzo ciekawe historie powstania niektórych przebojów. Alicja (dla znajomych Bibi), w książce nie unika trudnych, i mam wrażenie dla wielu wciąż niewygodnych, tematów: odsłania między innymi kulisy wyrzucenia męża z Czerwonych Gitar, o tyle jest to cenne, że krąży kilkanaście różnych wersji na ten temat. Tutaj – wydaje mi się – mamy wreszcie wersję prawdziwą. Ponadto wyjaśnia całą masę legend, narosłych przez lata wokół męża. Dotyka też kulisów tragicznego wypadku w wyniku którego kompozytor „Białego krzyża” zmarł. Mam wrażenie, że swoimi wspomnieniami stara się (chwała jej za to) wszystko, co dotąd wiemy o Krzysztofie Klenczonie, uporządkować.

To niewątpliwe atuty tej publikacji, są jednak także i minusy… Dwa utkwiły mi w pamięci najbardziej, choć nie będące w żaden sposób winą autorki. Fatalnie obrobione zdjęcia, często bardzo ciemne, bo wylano w drukarni zbyt dużo farby na wałki. Zupełnie niepotrzebne – moim zdaniem – listy, ukazujące wewnętrzne problemy i rozgrywki w rodzinie Krzysztofa., które nie mają nic wspólnego z jego karierą. Tutaj redaktor prowadzący powinien zasugerować Bibi, że może warto dla dobra książki je wyrzucić, bo tak naprawdę nic nie wnoszą. Ja bym tak zrobił, gdyż zawsze uważam, stosuję to u siebie, że lepiej napisać mniej, niż  o jedno zdanie za dużo. Tutaj tej metody jednak nie zastosowano, a szkoda. Lepsze zawsze jest wrogiem dobrego! 

Mimo tych minusów, gorąco polecam pełną wspomnień, anegdot i ciekawostek „Historię jednej znajomości”.  

 
9( 108)
Październik'17