Indiana Jones ze Szczecina

Policja może być z niego dumna. Komisarz dr Marek Łuczak na zawołanie odnajduje skradzione przed laty zabytki, pisze genialne książki i tworzy muzykę. Pieniądze ze sprzedanych płyt przeznacza na pomoc potrzebującym. – Prawda jest taka, że działam o kilkadziesiąt lat za późno – przyznaje polski Indiana Jones.

Autor

Andrzej Kus

Pasję do muzealnictwa, antyków i historii zaszczepili w tobie najbliżsi?

Interesuję się tym od zawsze. W dzieciństwie dziadkowie zabierali mnie na wycieczki po muzeach. Zwiedziłem największe rosyjskie, od Kremla po muzea Petersburga. Ponadto dziadkowie mieli potężną kolekcję albumów i książek. Wchłaniałem to wszystko w siebie, aż z czasem zaczęło mi sprawiać ogromną satysfakcję patrzenie na dzieła sztuki czy budynki. Pomogli mi też oczywiście rodzice, z którymi jeździłem po Polsce, do Francji, Niemiec i tam również chodziliśmy po muzeach. Miałem siedem lat, a już wtedy takich obiektów zwiedziłem naprawdę mnóstwo. 

Nie urodziłeś się w Szczecinie, a w Rosji. Czujesz się chyba jednak bardziej Polakiem?

Urodziłem się w Kaliningradzie. Tata poznał tam mamę, gdy robił doktorat. Gdy miałem dwa lata pierwszy raz przyjechałem do Polski. Tutaj później się uczyłem. Obecnie w Rosji mieszka jedynie moja babcia, która ma 97 lat. Często jeździłem do niej na wakacje, jednak zdecydowanie czuję się szczecinianinem. Królewiec to świetne miasto. Jednak zmiany, które tam zaistniały mnie przerosły. To nie jest miejsce, które pamiętam z dzieciństwa. Rosja nie jest krajem gdzie mógłbym mieszka. Mówiąc bardzo ogólnie to inny świat, gdzie realnie nie funkcjonują jakiekolwiek przepisy. Ludzie oczywiście są wspaniali, ale polityka władz i wieloletnie kształtowanie poglądów Rosjan robią swoje. Ostatni raz byłem u babci 2 lata temu. To wspaniała kobieta, wykształcona. Skończyła dwie uczelnie. Wymaga już pomocy, ma opiekunkę, którą opłacamy. Chciałbym kiedyś napisać książkę o tych rejonach, np. o kościołach Królewca. Na przeszkodzie, po pierwsze, stoi odległość, po drugie – kościoły już tam w większości nie istnieją. Zostały przerobione głównie na składy owocowo-warzywne i magazyny. Praktycznie odbudowano jedynie katedrę.

Śmiało można nazwać ciebie „szczecińskim Indianą Jonesem”. Poszukujesz skutecznie zabytków. W policji masz jednoosobową komórkę zajmującą się wyłącznie tylko tym tematem. 

Pracuję w policji już prawie 20 lat, jestem Wojewódzkim Koordynatorem ds. Zwalczania Przestępczości Przeciwko Zabytkom i Dziedzictwu Narodowemu. Wystartowałem w 2007 roku, ściągnięto mnie wówczas do komendy wojewódzkiej. Zacząłem robić program rejestracji zabytków, pierwszy tego typu w Polsce. Do tej pory przygotowałem kompletne materiały dotyczące ośmiu powiatów. Przy okazji robię zdjęcia, przede wszystkim w kościołach, na wypadek kradzieży wartościowych przedmiotów. Skupiliśmy się na świątyniach dlatego, że są to miejsca otwarte dla wiernych i zwiedzających. Przedmioty znakujemy mikrohologramami. Wychodzą również wtedy braki w wartościowym wyposażeniu. Dlatego wydajemy katalogi ze wszystkimi zaginionymi i skradzionymi rzeczami. Powstały już cztery katalogi, plus duże zbiorówki. Ma to sens, ponieważ gdy wydaliśmy niewielki katalog z powiatu polickiego, w którym było 27 zaginionych rzeczy, to aż siedem udało się odzyskać zaledwie w pół roku. Katalogi dostępne są za darmo w internecie. Opisujemy w nich przedmioty bardzo dokładnie. Czerpiemy też z wiedzy konserwatorskiej. Jeśli w dokumentacji z lat 70. jest coś, czego obecnie nie ma na stanie, powinno wróci. Zdaję sobie sprawę z tego, że od 1946 roku do 1962 zaginęła co najmniej połowa wartościowych przedmiotów. Tak naprawdę to, czym teraz się zajmuję, to jest odzyskiwanie resztek, jednakże wciąż bardzo istotnych dla regionu.

Jak docierasz do poszukiwanych rzeczy?

W przypadku zaginięć zabytków sakralnych wszystko opiera się o wiedzę na temat tego, gdzie można szukać zabytku i gdzie mógł zostać przemieszczony. Jeśli nie mamy do czynienia z kradzieżą musimy bazować na informacjach, które spływają do nas z zewnątrz. Zawsze dobrze sprawdzić historyczny podział parafii. Księża mogli przemieszczać przedmioty miedzy kościołami. I to robili. Gdy zmieniał się podział parafii, utworzono nową bądź przyłączano kilka kościołów, część rzeczy mogła powędrować w inne miejsce. Trzeba więc sprawdzić w jakim okresie ten zabytek był obecny w kościele. Jeśli ksiądz umarł, ktoś mógł potraktować rzecz jako jego prywatną własność i przekazać do rodziny. Sprawdzam i to jest żmudna praca. Trzeba kontaktować się ze znajomymi, członkami rodziny, zadawać mnóstwo pytań. Dostajemy też sygnały od ludzi. Są one bardzo pomocne. Mieliśmy kilka ciekawych sytuacji. Osoba zadzwoniła i powiedziała, że dzwon, który zaginął w 1990 roku z kościoła w Kołbaskowie (pow. policki – przyp. red.) znajduje się na prywatnej posesji w miejscowości w powiecie pyrzyckim. Rzeczywiście, był w oborze. Mężczyzna wystawiał go latem na grilla, zimą dzwon służył jako podest dla kur. Dostał go w prezencie od ówczesnego proboszcza. Pamiętajmy, że w przypadku zabytków nie ustaje własność cywilna. I tak musimy to zwrócić właścicielowi nawet jeśli sprawca nie podlega karze z powodu przedawnienia czynu. Tutaj nie podlegał, dostał dzwon jako prezent i nie wiedział jaką ma wartość. 

Liczyłeś ile zabytków udało ci się już odnaleźć? 

Z pewnością ponad setkę. Najciekawszym jest właśnie wspomniany dzwon: duży, 400-kilowy, odlany przez szczecińskiego ludwisarza Lorentza Kokeritza w 1672 roku, z bogatymi inskrypcjami. Odzyskaliśmy kawał historii, dzwon wrócił a ksiądz zamierza wznieść dla niego wolnostojącą dzwonnicę. Dziesięć lat temu natomiast udało nam się odzyskać XVII-wieczną misę chrzcielną z Sianowa ze sceną zmartwychwstania. Została skradziona w 1986 roku. Decyzją prokuratora pojechaliśmy ją oddać. Na miejscu zebrało się 20-30 osób, których dzieci były przed laty chrzczone z tej misy. Właśnie takie sytuacje sprawiają mi frajdę. 

Jak do niej dotarłeś?

Człowiek wystawił ją na mało znanym portalu aukcyjnym za 25 tysięcy złotych. Okazało się, że jego ojciec przed laty pojechał rowerem do Sianowa i wrócił z takim łupem. Niezależnie potwierdziła to matka mężczyzny, który chciał sprzedać zabytek. Twierdził, że misa znajdowała się w jego domu odkąd pamięta. Gdy tata ją przywiózł był małym chłopcem. Dlatego właśnie staram się znakować zabytki, które znajdują się w kościołach – dokumentować ich indywidualne cechy: każdy szczegół, każde pęknięcie czy uszkodzenie. Robię setki zdjęć różnymi obiektywami. Szukam nietypowych znaków szczególnych na tych zabytkach. Dzięki tym fotografiom w przypadku zaginięcia przedmiotu będzie go można później łatwo zidentyfikować. 

Ludzie często zgłaszają, że wiedzą, gdzie znajdują się poszukiwane przedmioty?

Niestety nie. Mam wrażenie, że chodzi tutaj o niewiedzę, bo nie zdają sobie sprawy z tego, z czym mają do czynienia. Po wydaniu katalogu dotyczącego powiatu kamieńskiego zadzwonił jeden z księży z informacją, że chyba znalazł poszukiwany zabytek. Okazało się, że trafił na coś, czego nigdy nie było w żadnych ewidencjach, fragment barokowego lichtarza, ale zupełnie inny niż ten poszukiwany przez nas.

Jak wygląda akcja podczas, której odbierasz skradziony zabytek? Jedziesz na miejsce sam czy z ekipą?

Wcześniej pracowałem w wydziale kryminalnym i podczas akcji do różnych spraw było zdecydowanie więcej emocji. Tutaj jest spokojniej, jednak na miejsce jedziemy z kilkoma funkcjonariuszami. Nie ma co się narażać. Zawsze przed działaniem staramy się potwierdzić zasadność naszych działań. Jeśli mamy do czynienia z dużym zabytkiem, w stylu rzeźby, która stoi w ogrodzie posiłkujemy się różnymi metodami. Można wcześniej zrobić zdjęcia, czasami wchodzimy na teren i zwyczajnie sprawdzamy. Należy bezsprzecznie potwierdzić, że jest to właśnie ten przedmiot a nie jego kopia lub duplikat. Należy pamięta, że np. większość paramentów kościelnych była produkcją masową, różniącą się od siebie inskrypcjami, reliefami, czy nawet uszkodzeniami. Dalej już jest kwestia rozmowy, przesłuchania osoby na okoliczność posiadania. Pokazujemy naszą dokumentację, że mamy do czynienia z poszukiwaną rzeczą. W większości osoby są nieświadome tego, co posiadają. Zdarza się, że starają się utrudnić nam życie. Pamiętamy głośną sytuację z 2011 roku z bunkrem na Gumieńcach. Zgłosiła się kobieta, która twierdziła, że została okradziona przez członka rodziny. Straciła m.in. obrazy. Na dowód pokazała płytę ze zdjęciami dzieł sztuki. Okazało się, że na fotografii znaleźliśmy obraz Józefa Czajkowskiego, który był stratą wojenną. Pojechaliśmy na miejsce i na tyłach wilii zlokalizowaliśmy bunkier: bardzo solidny, betonowy, dwukondygnacyjny ze zbrojonymi drzwiami, półtorametrowej grubości sufitem. Zbudował go przed laty mąż kobiety. W 2011 roku miał już 90 lat. Starszy pan nie wpuszczał do bunkra nawet rodziny. Trzymał w nim wartościowe przedmioty, w tym obraz Czajkowskiego. Miał ich znacznie więcej, niemal 300, ale pozostałe nie były poszukiwane. Gdy rodzina zobaczyła, że policja wszystko sprawdza i niewykluczone, że rzeczy, które mogłyby zostać przez nich sprzedane podlegają zwrotowi – zaczęła utrudniać postępowanie. Pisali nawet skargi na moje działania, prokuratury i innych policjantów. Jednak jeżeli działamy zgodnie z prawem, to nie obawiamy się skarg. Ludzie mogą pisać o wielu rzeczach, które się im nie podobają lub nie leżą w ich interesie, naszym zadaniem jest działać zgodnie z prawem.

Jakie najcenniejsze znalezisko udało ci się odszukać?

Było tego naprawdę sporo, znajdujemy rzeczy bardzo rzadkie. Udało nam się kiedyś odzyskać miecz antenowy, datowany na 780 lat p.n.e. znaleziony w ziemi w Pogorzelicy. Zgodnie z polskim prawem właścicielem takich rzeczy jest Skarb Państwa. Został stamtąd wywieziony. Dostałem informację, że ktoś wystawił jego zdjęcie na portalu internetowym. Pojechaliśmy do Poznania, bo tam zlokalizowaliśmy tę osobę. Dowiedzieliśmy się, że fotografie były jednak robione na naszym terenie i musieliśmy wrócić. Po rozpoznaniu udało się zlokalizować cztery miecze w tym jeden dużej rzadkości. Do tej pory było wiadomo o jednym takim na świecie, który znajdował się w przedwojennym muzeum w Gdańsku. W trakcie wojny zaginął. Ten był więc drugim. Kolejny miecz, a właściwie pozostałość po nim, odnaleźliśmy dwa lata temu w okolicach Choszczna. Była to już sama rękojeść miecza halsztackiego, czyli mieszanka brązowej rękojeści z żelaznymi ostrzami z przejściowego okresu brązu do okresu żelaza.

Działasz w całej Polsce?

Skupiam się na naszym województwie ale pomagamy sobie z innymi funkcjonariuszami. W każdym województwie jest koordynator. Zazwyczaj dzień zaczynam podobnie: szybko sprawdzam portale aukcyjne, strony sklepów z antykami i katalogi aukcyjne. Jeśli mam wątpliwości co do konkretnej rzeczy sprawdzam w krajowej bazie NIMOZ, bazie Interpolu czy nie jest ona poszukiwana. Wielokrotnie jest tak, że widzę, że nie jest to z naszego terenu i przekazuję informację wówczas do policji z danego kraju czy bezpośrednio do innego województwa. Później jadę w teren. Rejestracja zabytków zajmuje mnóstwo czasu. Teraz np. zajmuję się powiatem gryfińskim i jest tam ponad 100 kościołów. Muszę je wszystkie objechać, wydrukować wcześniej dokumentacje konserwatorskie, później oznaczyć. Myślę, że również dzięki temu udało się odzyskać wiele rzeczy. 

Masz wiedzę ile orientacyjnie skradziono czy zaginęło takich zabytków?

Myślę, że szukamy ponad 700 obiektów z województwa zachodniopomorskiego. Nie mówię tylko o kościołach ale o muzeach, prywatnych właścicielach. Mieliśmy bowiem też kilkadziesiąt włamań. Pod Koszalinem np. skradziono bardzo dużą kolekcję obrazów, łącznie z grafikami Matejki. Wciąż rejestrujemy kolejne rzeczy. Polska baza danych działa od 2005 roku, a wcześniej straty rejestrowane były w formie papierowej. Za czasów milicji bardzo rzadko uzupełniano ten wykaz. Jeśli trafiam na takie informacje o skradzionym zabytku lub dziele sztuki sprzed lat i mam trochę szczęścia – uda się znaleźć akta sprawy, nanoszę to do naszej bazy. 

Kochasz też muzykę. Niebawem wydasz czwartą płytę zespołu Outsider. Zawsze jednak cel jest jeden – pomagasz potrzebującym ludziom. 

Outsider to właściwie jednoosobowa formacja, sam piszę muzykę i teksty, natomiast do współpracy zapraszam innych muzyków: głównie wokalistki, gdyż sam tragicznie śpiewam. Faktycznie wszystkie swoje płyty przeznaczałem na pomoc dla innych, to ważne, że dzięki muzyce można komuś pomóc. Nie nastawiam się na akcje charytatywne, bo nie jestem fundacją. Wszystko dzieje się pod wpływem chwili. Wydałem teraz płytę Tanger z której dochód przeznaczamy na pomoc chorej funkcjonariuszce Ewelinie Pustkowskiej z Gdańska. Nie znam tej dziewczyny ale chciałbym przyczynić się do odzyskania przez nią zdrowia. Starczyło mi pieniędzy na wydanie 500 sztuk albumu, robię to z prywatnych pieniędzy. Jestem policjantem i nie dysponuję potężną gotówką. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nawet jeśli fundacja, która dostała te płyty sprzeda je – otrzyma z tego kilkanaście tysięcy złotych. Leczenie to koszt ponad 200 tysięcy. Moja pomoc to tylko ułamek całości. Cała akcja powoduje jednak szereg niuansów, dzięki którym inni ludzie będą też pomagali i ta suma będzie większa.  

Chciałbyś by twoja moja muzyka dotarła gdzieś dalej?

Nie mam takiego ciśnienia, choć oczywiście byłoby to bardzo miłe. Cieszę się, że ludzie słuchają tego, co robię i im się podoba, że się w niej odnajdują. Płyta Tanger jest zupełnie inna od pozostałych. Byłem z żoną i synem w Maroku. Wziąłem ze sobą telefon, podłączyłem mikrofon bardzo dobrej jakości i nagrywałem różne dźwięki, które mnie interesowały: łaziłem po uliczkach i nagrywałem grających ludzi na skrzypcach, na fletach czy na instrumentach, których nazw musiałem później szukać w internecie. Nagrywałem odgłosy ulicy, deszczu, szum fal czy burze. Wróciłem do domu, napisałem linie melodyczne, perkusyjne i wszystko to udało się połączyć w całość w moim studio. Dograliśmy tylko głos Klaudii Zając oraz skrzypce Stelli Karalis. Chciałem zachować arabski klimat muzyki. Utwór Tanger powstał w czterech wersjach i wyszło tak, jak sobie założyłem. Dzięki muzyce przekazuję swoje emocje. Nie ukrywam, że sam lubię jej słuchać. Co może być bliższego niż własne dźwięki, emocje i słowa? Chyba nic. Oczywiście nie śpiewam bo kompletnie nie potrafię. Całe szczęście że współpracuję z fantastycznymi wokalistkami i muzykami – którzy doskonale mnie uzupełniają. 

Wydałeś już również ponad 40 książek, w tym 26 o szczecińskich dzielnicach. Skąd czerpiesz wiedzę na ten temat?

Kształciłem się w tym kierunku, mam doktorat z historii. Poza tym to kwestia oczytania, pozyskiwania przez lata wiedzy z różnych źródeł. Łasztownia i Międzyodrze to ostatnie dzielnice, które opisałem. To obszerna publikacja, liczy prawie 550 stron i zawiera dużo informacji. Miałem z nią mnóstwo przebojów. Stworzyłem np. rozdział o spichlerzach ale żaden na Łasztowni już przecież nie istnieje. Opisywanie czegoś czego nie ma to droga przez mękę. Bazuje się na mapach, planach, aktach nadzoru budowlanego, fotografiach. Niewiele też osób wie, że na Łasztowni z dawnej zabudowy mieszkalnej pozostał obecnie tylko jeden budynek. Mowa o Domu Sióstr z Matą Boską na elewacji na drugim poziomie przy ul. Bulwar Gdański 31. Kilkaset budynków mieszkalnych i kilkadziesiąt fabryk zostało zniszczonych.

A jaka budowla jest według ciebie obecnie najatrakcyjniejsza? 

Wały Chrobrego – mimo że na mieszkańcach Szczecina nie robią takiego wrażenia. Problem jest natomiast z miejscami, które mają długą historię ale są puste jeżeli chodzi o oryginalne wyposażenie – chodzi mi o Zamek Książąt Pomorskich oraz katedrę św. Jakuba. Były w trakcie wojny mocno uszkodzone. Katedra została odbudowana w latach 80. i zdecydowana większość rzeczy, jakie tam się znajdują nie pochodzą przecież z katedry. Część w trakcie wojny została zniszczona, a część ukryta. Szczególnie w ostatnim roku, gdy naloty na stare miasto miały na celu właśnie schowanie wartościowych rzeczy. Sufit wówczas tąpnął na posadzkę, można sobie wyobrazić co z tego wszystkiego zostało. Pierwotne wyposażenie zamku i kościoła zamkowego również w większości zaginęło lub zostało zniszczone. Jeśli chodzi o te miejsca mamy do czynienia ze sztucznym kreowaniem rzeczywistości, brakuje im pewnego rodzaju „patyny dziejów”. Niestety trafiliśmy na okres historii, gdzie nie rekonstruowano zabytków – trend ten przełożył się również na nasze Stare Miasto, które zabudowano według modły socrealistycznej. Warszawską, wrocławską, gdańską i poznańską starówkę odbudowano, Szczecin nie - z perspektywy czasu to duży błąd w znaczeniu urbanistycznym, ekonomicznym i turystycznym.

W najbliższym czasie możemy spodziewać się jakichś przełomowych odkryć?

Cały czas tropimy zaginione zabytki. Gdy pojawiają się np. braki w kościołach współpracujemy ściśle z diecezjalnym i wojewódzkim konserwatorem zabytków. Spędzam też sporo czasu nad rzeczami związanymi ze stratami wojennymi, np. skarbcem kamieńskim, który jest stratą wojenną Polski. To dosyć nietypowa sprawa z 6 marca 1945 roku. Mamy swoje teorie, które staramy się weryfikowa. Wytropienie jest ciężkie, zajmuje sporo czasu. Siedzę nad tym już prawie dwa lata. Odszukaliśmy nawet członków rodziny von Fleming. Chcemy zobaczyć gdzie jest prawda, odseparować legendy by zobaczyć co było naprawdę wywożone, gdzie zostało zdeponowane, co mogło wpaść w ręce Rosjan a co zostało na miejscu. Jeśli zostało na miejscu jest duża szansa, że trafiło to w ręce polskich osiedleńców i robotników przymusowych. Trzeba zrobić wywiad po najstarszych mieszkańcach, którzy jeszcze żyją. Taka jest prawda, że działam niestety o kilkadziesiąt lat za późno. 

9( 108)
Październik'17