Autor

Dariusz Staniewski

Ale ludzie mają pomysły na pamiątki z wakacji! Zachodniopomorscy celnicy znaleźli ludzką czaszkę w bagażu w trakcie rutynowej kontroli na lotnisku w Goleniowie. Właścicielką walizki okazała się Dunka. Nie miała żadnych dokumentów pozwalających na wy wiezienie jej do Polski ani też potwierdzających skąd ta czaszka jest. Sprawą zajęła się policja. Według niej kobieta wiozła czaszkę dla swojej córki – studentki medycyny na Pomorskim Uniwersytecie Medycznym. Teraz za znieważenie ludzkich zwłok grozi jej kara grzywny lub do dwóch lat więzienia. Kiedyś czaszkę można było kupić za pół litra u grabarza. Podobny eksponat widniał na wielu półkach w akademiku. I dzięki temu wyrosła niejedna lekarska gwiazda. 

Czaszka czaszką, ale to i tak lepszy prezent wakacyjny (w dodatku mający służyć jako pomoc edukacyjna) niż jakaś trudno wyleczalna choroba tropikalna, z której potem trudno wytłumaczyć się np. przed narzeczoną, a jeszcze trudniej pozbyć się jej bez używania antybiotyków, ognia, siarki, rtęci i żelaza. Albo taki prezent w postaci egzotycznej wybranki. Nagle, parę tygodni po upojnych wakacjach do twych drzwi puka taka z informacją, że jest w ciąży, a poza tym jest córką lub ósmą żoną wioskowego szamana (nie wiadomo co gorsze). I albo wstępujesz w związek małżeński albo dopadnie cię jakaś klątwa zamorskiego bóstwa, czy też  kara w postaci np. ugryzienia przez muchę tse tse, trafienie strzałą nasączoną currarą, albo wielomiesięczna wizyta rodzinki (w liczbie kilkudziesięciu osób) oblubienicy dla której pewnej letniej nocy, gdzieś tam, daleko, straciłeś głowę a czas słodko upływał ci w jej ramionach.

Szczecin ma wyjątkowe szczęście do biegających po jego ulicach zwierzęt. Były przecież np. kłusujące wierzchowce. O dzikach nie wspominamy, bo do nich to już się chyba przyzwyczaili mieszkańcy kilku dzielnic. Choć po ostatnich decyzjach ministra środowiska o przymusowym odstrzale wielu osobników sporo dzików zeszło do podziemia, ścisłej konspiracji, wybrały emigrację (wewnętrzną lub zewnętrzną) lub poprosiły o azyl w niemieckich lasach. Hitem października były biegi po Warszewie w wykonaniu… strusia emu. Wielkiego ptaka (30-50 kg) łapała policja, straż miejska i łowczy miejski. Nie dali rady. Załatwiła go mieszkanka jednej z posesji – gdy wbiegł do jej ogródka kobieta szybko pozamykała wszystkie bramy. Emu trafił do właściciela i  mieszka na prywatnej posesji w powiecie polickim. Dobrze, że się ptaka udało wziąć fortelem. Bo jakby wpadł w panikę i zaczął próbować schować głowę w podłoże? Pół biedy jakby to był piach. Ale gdyby trafił np. w jezdnię? I to kilka razy? Kolejna droga w mieście trafiłaby do remontu, kolejne korki, kolejne utrudnienia, przekleństwa kierowców, złorzeczenia pasażerów miejskiego transportu... A wszystko, tym razem, byłoby winą wielkiego ptaka. A z drugiej strony. Mogłaby się narodzić w Szczecinie nowa świecka tradycja. Biegi uliczne, półmaratony i maratony teraz w modzie. To może więc bieg ulicami Warszewa im. Strusia Pędziwiatra? Albo zamiast pogoni za lisem pogoń za emu? 

Szczeciński Pasztecik po raz trzeci obchodził swoje święto. Oficjalnie. Bo szczecinianie świętują już od 48 lat. W pewnym kultowym lokalu (nazwy nie podamy, żeby nas nie posądzono o reklamową „krypciochę” - ale i tak wszyscy wiedzą gdzie to jest) metoda produkcji pasztecików nie zmieniła się od 1969 roku. I w dodatku są one wypiekane ciągle w tej samej maszynie, którą do Szczecina przywieźli żołnierze Armii Czerwonej. I najprawdopodobniej właśnie o to chodzi Putinowi. Chce odzyskać „Awtomat do prigotowlenia pierożków”! Bo taka maszyna może wyżywić małe miasto albo dywizję wojska! Stąd też to wymachiwanie szabelką, manewry przy granicy, straszenie zajęciem przesmyku suwalskiego. Poza tym jest jeszcze wątek osobisty. Jak przed laty był jeszcze agentem KGB na placówce w Dreźnie w NRD podobno przejeżdżał przez Szczecin. Ktoś mu polecił paszteciki. Wstąpił więc na chwilę, skonsumował kilka i zasmakował! A wspomnienia spać nie dają. Ale nie tylko Rosjanie próbują przejąć maszynę i tajemnicę procedury pasztecika. Próbowali ją zdobyć m.in. Amerykanie z CIA, Anglicy z MI6 oraz Izraelczycy z Mossadu. Nie dali rady. I nie dadzą. Bo będziemy go bronić jak niepodległości! Bo Szczecin bez pasztecika, to jak kopalnia bez górnika.

W drugiej połowie października prawie setka „morsów” rozpoczęła swój sezon w Jeziorze Głębokim w Szczecinie. I okazało się, że dla niektórych z nich woda była… za ciepła. Bo najlepiej jakby było np. -10 stopni Celsjusza, śnieg, lód na wodzie oraz przeręble. To wtedy taki mors wie, że żyje. Wytarza się w śniegu, potem sru w przerębel, wymoczy ciało, krew żywiej krąży itp. A w taki upał jak w październiku, czyli 10-15 stopni powyżej zera, toż to dla niego katorga. A swoją drogą jak morsy sobie radzą latem? Wspólne imprezy w chłodniach wielkich firm spożywczych? Wakacje tylko na biegunach, Syberii i Alasce? Do konsumpcji tylko lody, mrożonki i zimne nóżki? A czy takiemu morsowi może grozić wakacyjny gorący romans? No chyba, że w czasie ferii zimowych.

10( 109)
Listopad'17