Jesienny smutek, a może coś poważniejszego?

Do 2030 roku depresja będzie drugą co do częstości chorobą, która wyłącza ludzi z aktywnego życia zawodowego i rodzinnego. Wyprzedzi liczne schorzenia somatyczne. Ale jak rozróżnić jesienną chandrę od depresji? Kiedy lekarstwem jest dobre towarzystwo i lampka wina, a kiedy należy zgłosić się do specjalisty? O tym rozmawiamy ze specjalistą psychiatrą, dr hab. n. med. Justyną Pełką-Wysiecką, prof. nadzw. PUM w Szczecinie.

 

Autor

Hanna Promień

Mamy jesień, jest brzydko i nie ma słońca. Wszyscy mówią, że jest im teraz źle i okropnie. Dlaczego?

Pamiętajmy, że z biologicznego punktu widzenia jesteśmy gatunkiem zwierząt. Przez tysiąclecia przystosowywaliśmy się do pewnych rytmów, które rządzą światem, do zmiany pór dnia i roku. Nasi praprzodkowie na tym etapie, który teraz mamy zaszywali się w swoich jaskiniach, jak niedźwiedzie i obniżali swoją aktywność, wykorzystywali zgromadzone zapasy. To powodowało, że ich organizmy zmieniały swoje funkcjonowanie. My nie mamy niestety w dzisiejszych czasach takiego komfortu, nie możemy się wyizolować. W związku z tym, że działamy aktywnie, a czasami zbyt aktywnie, narażamy nasz organizm na to, że nie ma on szans na odpowiednią regenerację.

Wszystkiemu winna jest pora roku i słońce, a w zasadzie jego brak?

Mamy coraz krótszy dzień, coraz mniejsze nasłonecznienie. To wpływa na nasze układy neuroprzekaźnikowe. Skutkiem braku słońca jest względny niedobór serotoniny, mniejsze ilości noradrenaliny, a to znów skutkuje przygnębieniem, mniejszą aktywnością i gorszą percepcją otoczenia. To widać, kiedy jest dzień słoneczny, czujemy się wtedy zdecydowanie lepiej. Wtedy m. in. nasze neurony zaczynają produkować trochę więcej substancji, które powodują, że funkcjonujemy na wyższych obrotach.

Jeśli nie możemy jak te niedźwiadki zaszyć się w swoich jaskiniach, czy możemy zrobić coś, żeby poczuć się lepiej?

Jasne, że możemy! Nie do końca zgodzą się ze mną na przykład kardiolodzy i dietetycy, ale ten okres zmniejszonego nasłonecznienia i skróconego dnia wiąże się z potrzebą zapewnienia sobie większego komfortu psychicznego. Dla jednych będzie to smaczne jedzenie i lampka wina dla innych aktywność fizyczna lub w innych płaszczyznach zainteresowań – wystawy, koncerty, spotkania towarzyskie. Ale pamiętajmy, że nie chodzi o to, aby pokazać się, że się jest obecnym, a o interakcje międzyludzkie. Chodzi o to, żeby spędzać satysfakcjonująco czas i czerpać z tego frajdę.

A skąd mam wiedzieć, że wystarczy mi lampka wina w dobrym towarzystwie, a kiedy problem jest większy i należy wybrać się do specjalisty?

Pewne rzeczy sprawiają nam przyjemność, uruchamiają hedonistyczną część naszej natury.  Jeżeli pojawi się u nas utrata radości, jeżeli stajemy się przygnębieni, gorzej śpimy, gorzej funkcjonujemy, mamy mniejszą energetykę, odczuwamy lęk, niepokój i nie trwa to dzień lub dwa, tylko 

2 tygodnie, mamy wtedy ewidentny sygnał, że musimy się sobie przyjrzeć bliżej, pod kątem występowania objawów depresyjnych.

Określenia depresja i chandra często stosowane są zamiennie. To dobrze?

Chandra to stan przygnębienia, gorszego samopoczucia trwający krótko, kilka godzin lub dni. Mija samoistnie, nie wymaga wdrożenia działań zapobiegawczych. Depresja to już stan odbiegający od normy, wymagający najczęściej interwencji terapeutycznej. Jeśli zauważamy pewne konkretne objawy np. smutek, spowolnienie myślenia i napędu, obniżenie aktywności, to mamy podstawy do obawy. Niepokojące jest obniżenie nastroju w momencie, gdy powinniśmy odczuwać radość lub gdy miłe czy ciekawe dla nas wydarzenie nie poprawiają naszego samopoczucia.  Nasze życie składa się z drobnych rzeczy i te właśnie drobiazgi powinny nam dać radość z codzienności.

Czy jesteśmy w stanie sami zwrócić na siebie uwagę, czy to osoby trzecie częściej zauważają, że coś jest nie tak.

Bywa bardzo różnie, to kwestia osobowości i samoświadomości. Są osoby, które mają dużą wiedzę i tak zwany wgląd w siebie, w emocje. Jednak są także takie, które kompletnie nie potrafią określić tego, co się z nimi dzieje. Pamiętajmy, że depresja dotyczyć może wszystkich. Osób aktywnych, młodych, nastolatków. Często jest tak, że depresja może przebiegać bez smutku, ale za to z rozdrażnieniem, agresją, złością, arogancją. Takie symptomy to także sygnał, że dzieje się coś złego z nastrojem, szczególnie u młodych osób. Osoby aktywne intelektualnie lub ich otoczenie w pewnym momencie zauważają na przykład, że pojawiły się problemy z koncentracją, pamięcią. Często wcześnie zauważanym objawem jest bezsenność. To także są symptomy depresyjne. Niestety nie każdy umie rozpoznać stan, w którym się znalazł, wtedy rzeczywiście warto słuchać komentarzy ze strony otoczenia.

To znaczy, że powinniśmy od małego uczyć dzieci nazywania emocji?

Oczywiście. Powinniśmy nauczyć nazywania, ale także odreagowywania emocji. W dzisiejszych czasach najgorszą rzeczą jest tak zwane kontenerowanie emocji. Kiedy poziom ich rośnie zbyt wysoko nasz organizm nie umie sobie poradzić ze skumulowanym napięciem, niepokojem, stresem. Przekształcać się to może w objawy z kręgu depresyjno-lękowego albo z kręgu schorzeń psychosomatycznych. Na przykład zaostrzenie chorób alergicznych, wystąpienie niektórych chorób układu krążenia czy przewodu pokarmowego, to typowe przykłady tych zaburzeń.

To pokłosie takiego stylu bycia, które przychodzi do nas ze Stanów Zjednoczonych, tak zwanego „Keep smiling”, że musimy być wiecznie uśmiechnięci?

Trochę tak. Z jednej strony to źle, patrząc przez pryzmat kulturowości Polaków, ale z drugiej to do dobrze, bo to zmusza nas do pewnej aktywności. W przypadku depresji czy chandry każde zmuszanie się do czegoś jest kroczkiem do przodu. To „keep smiling” wcale nie jest takie złe, o ile nie przenosi się na relacje bliskie. Dopóki to funkcjonuje w sytuacjach formalnych, zakładzie pracy, w szerszym gronie niezbyt bliskich znajomych, to idzie to w zgodzie z aktualnym trendem światowym i nie jest dla nas niekorzystne. Ale jeśli „keep smiling” przenosi się na relacje z mężem, chłopakiem, rodzicami, z dzieckiem to w tym momencie nie mamy punktu, którym moglibyśmy podzielić się tym, co się z nami dzieje. Pamiętajmy, że problem podzielony na dwoje jest dwa razy mniejszy. Rozmowa, czasami wyżalenie się, są pewną formą zrzucenia sobie zbędnego napięcia.

Czy depresja to duży problem społeczny?

Mniej więcej 15-30% osób w Polsce w ciągu życia miało, ma lub będzie miało pełnoobjawowy epizod depresyjny, czyli już stan depresyjny w wymiarze chorobowym. Jeśli mówimy o odczynach depresyjnych, czyli takie reakcjach na nieprzyjemne sytuacje jak rozstanie z partnerem czy utrata pracy, to statystycznie 1 na 4 Polaków będzie miał takie zaburzenia. W statystykach zwraca się też uwagę na to, że depresja staje się coraz bardziej inwalidyzująca w bardzo dużym, światowym wymiarze. Osoby z depresją częściej ulegają wypadkom, są mniej wydajne w pracy, często pojawia się u nich absencja zawodowa. Poszerzają się także granice wieku, w których obserwujemy typowe zespoły depresyjne – dotyczy to już nastolatków oraz seniorów, u których zresztą depresja ma szczególnie niekorzystny przebieg. Także osoby aktywne, na kierowniczych stanowiskach, dziennikarze, lekarze, prawnicy, z uwagi na wysokie narażenie na stresujące sytuacje oraz zbyt duże tempo życia narażone są na wystąpienie objawów depresyjnych.

Strasznie podstępna ta depresja i widzę, że ma niejedno oblicze.

Tak, ma niejedno imię. Najprościej mówiąc, mamy 3 rodzaje depresji. Najczęstsze są psychopochodne, czyli uwarunkowane trudnymi sytuacjami psychologicznymi – tempo życia, brak odpowiedniej ilości snu, brak sieci wsparcia społecznego, ograniczenie relacji towarzyskich, zatracenie w wirtualnym świecie. To tak naprawdę jest punkt wyjścia do tego, że w sytuacji, kiedy dzieje się z nami coś złego, nie mamy realnego wsparcia. Poza tym nie umiemy odreagować negatywnych emocji, napięcia i wtedy pojawiają się depresje adaptacyjne. Druga grupa to pokłosie stosowania używek, substancji psychoaktywnych lub leków. Mało mówi się o tym, że wiele dostępnych leków ma w profilu działań niepożądanych tak zwane działanie depresjogenne. Trzecia grupa depresji jest uwarunkowana biologicznie, często z wpływem czynników genetycznych. Tutaj mamy nawracające zaburzenia depresyjne i depresje w tzw. chorobie afektywnej dwubiegunowej, czyli występujące z zaburzeniami maniakalnymi. W przypadkach zespołów maniakalnych obserwujemy u pacjentów zbyt dobry nastrój, podejmowanie bardzo ryzykownych decyzji finansowych, pojawia się wzmożony popęd seksualny, bezkrytycyzm. Pacjent nie śpi, a mimo to tryska energią. Biorąc pod uwagę nasilenie objawów depresyjnych stosuje się podział na depresję łagodną, umiarkowaną i głęboką. W zależności od rodzaju depresji oraz stopnia jej nasilenia stosujemy psychoterapię, leczenie farmakologiczne w warunkach ambulatoryjnych lub leczenie szpitalne.

Strasznie dużo tego, to dopiero depresyjne informacje.

Ja uważam, że psychiatrzy są ogromnymi optymistami. My zawsze mówimy, że z depresją i chandrą da się coś zrobić. Jeśli człowiek, który choruje na depresję, da sobie pomóc, to wszystko może się zmienić. Jest psychoterapia, są też nowoczesne leki, przy których poprawia się nam nastrój, ustępuje lęk, możemy się skoncentrować, spać. Dobrze dobrana farmakoterapia powoduje, że człowiek czuje się lepiej i to jest ten stan, który chcemy osiągnąć.

Czy dzisiaj piętnuje się osoby, które stosują leczenie psychiatryczne. Czy wśród pacjentów widoczny jest wstyd?

Tutaj są dwie strony. Jedna grupa to osoby niedoinformowane, szczególnie w kwestii podstawowej wiedzy medycznej, które biorą na siebie takie odium ostracyzmu i rzeczywiście wstydzą się tego, że coś się z nimi dzieje. Tym bardziej, że w oglądzie przeciętnego Kowalskiego, ktoś kto idzie do psychiatry to wariat. Nic bardziej mylnego. Druga grupa to osoby czynne zawodowo, na wysokich stanowiskach, które ze względu na stres reagują depresyjnie. To wymaga leczenia, terapii ponieważ w przeciwnym razie nie byliby w stanie funkcjonować. Ta grupa jest bardziej świadoma, wręcz chwali się tym, że ma swojego psychoterapeutę, w pewnych środowiskach jest to wręcz modne. Na szczęście coraz mniej boimy się mówić, że mamy z czymś problem, tym bardziej, że on jest powszechny. To jest najczęstsza przyczyna zgłaszania się do lekarza, dlatego warto mówić o tym na głos. Depresja nie jest chorobą, która upośledza tylko nas. Cierpią przez nią także nasi najbliżsi. No i co najważniejsze – zawsze mówię moim pacjentom, zgodnie z prawdą zresztą, że depresję się leczy i wylecza, ona absolutnie nie jest wyrokiem

Justyna Pełka-Wysiecka

specjalistą psychiatrą, dr hab. n. med. Justyna Pełka-Wysiecka, prof. nadzw. PUM w Szczecinie.

10( 109)
Listopad'17