„Opowieść wigilijna 2” - sequel

Autor

Szymon Kaczmarek

Nic nie zapowiadało takiego rozwoju wydarzeń. Ostatni tydzień spędziliśmy wśród radosnej przedświątecznej krzątaniny. Wesołe prace kuchenne przerywane były wspomnieniami i śmiechem. Pod zielonym świerczkiem rosła sterta prezentów. Podłogi błyszczały, gwiazdy świeciły za czystymi szybami okien. Do wigilijnego stołu siadaliśmy z uśmiechem wzajemnej życzliwości i w podniosłym nastroju. W mieszkaniu pachniał barszcz i świeża choinka. Było wyraźnie świątecznie, a rodzina zebrała się nieomal w komplecie. Pierwsza rysa na odświętnej serdeczności pojawiła się wraz uszkami. Szwagier Krzysiek naprawdę mógł darować sobie rzuconą pod nosem uwagę, że w jego domu uszka były większe. Wujek Staszek zacisnął usta. Babcia Natalia zacisnęła dłonie na wazie z barszczem. Nieuchronność Losu zacisnęła wszystko co było do zaciśnięcia nad naszą przyszłością. „A oglądaliście wczoraj Fakty?” chcąc zmienić drażliwy temat, nieroztropnie zapytał stryjek Janek. Z czarnych chmur wiszących nad naszymi głowami strzelił grom…

Wraz z twardym uderzeniem pięści w stół odezwał się tata Michał: „nie będzie mi tu dżender jeden…” Nie dokończył. Piekło otwarło swe podwoje. Krzyki, jazgot i ogólna sodomia z gomorią objęły w posiadanie nasz dom. 

Dziadkowie, Włodek (ten od Piłsudskiego) i Marian (ten od Gomułki) przemyślnie kryjąc się za wazą z barszczem, rzucali w siebie sztucznymi szczękami. „Za nasych casów chocias słuzba zdrowia działała jak nalezy” - seplenił Marian. „A w dupie tam z waszą służbę zdrowia” – odszczekiwał Włodek. „Fakty-srakty!” – ryczał szwagier Krzysiek prężąc muskuł z wytatuowaną kotwicą walczącą. „Telewizja kłamie! Wolne sądy!” - gromko skandował wyżelowany przedstawiciel handlowy, szwagier brata kuzyna, Olo. „I zapamiętaj sobie raz na zawsze: najfajniejszy jest KA-LA-FIOR!!!” – pięcioletni Franek siedząc okrakiem na leżącym pod choinką, starszym o trzy lata Witku, wytłukiwał mu na głowie każdą sylabę pluszowym świeżakiem.

Nad stołem, oprócz wspomnianych dentystycznych protez, fruwały damskie torebki, ryba po grecku, talerzyki deserowe i słoma spod nieco poplamionego obrusu. Ciocie z Katowic i ta z Choszczna zaplątały tipsy w swoje sztywne od lakieru włosy. Korzystając ze sposobności brat Zosi, Mietek nalewał sobie kieliszek za kieliszkiem (mimo, że było grubo przed Pasterką) i za każdym razem, wlewając w gardło zimną wódeczkę, mruczał pod nosem; „Kiedyś to były Wigilie…” Potrącona przez walczących braci choinka, poleciała na telewizor, który zakołysał się, zadrżał i… runął pod ciężarem ustrojonego drzewka. Z przepalonych lampek poszedł swąd, z rozbitej plazmy dym. Mietek poszedł do kuchni po następną flaszkę. Nikt nie poszedł po rozum do głowy. Świąteczny nastrój poszedł w cholerę. Wrzaski i krzyki splatały się w powietrzu z fragmentami świątecznych potraw i resztkami opakowań po prezentach. Pies szczekał kręcąc się w kółko, a rybki obijały o ścianki akwarium. Każdy miał swoją rację, a argumentem była atawistyczna szczera siła i nienawiść. Widok przypominał żywo obrady plenarne izby niższej parlamentu kraju czwartego świata. Moc truchlała, bydlęta klękały, Bóg się rodził. Na przekór i wbrew.

Ponad domowym pandemonium unosił się drżący dyszkant cioci Niusi: „Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi…”

Puk, puk!!! Domownicy zastygli w bezruchu. Ktoś wyraźnie dobijał się do drzwi. Policja? Sąsiedzi? Najodważniejsza okazała się babcia Natalia. W drzwiach stał ubogo, lecz schludnie ubrany staruszek. „Zauważyłem światło w oknie i usłyszałem miły gwar rodzinny. Przyjmą państwo do wigilijnego stołu wędrowca z drogi?„ Pytanie zawisło w ciężkim od waśni powietrzu…

11( 110)
Grudzień'17