Afrykańska misja

O swojej trzytygodniowej, afrykańskiej, medycznej misji w ramach projektu Harambee opowiada Jerzy Sieńko profesor Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego.

Autor

prestiz

Jest Pan człowiekiem sukcesu, znanym w Szczecinie i spełniającym się na wielu polach. Dlatego na usta ciśnie się podstawowe pytanie. Po co Pan tam pojechał?

Po pierwsze uwielbiam wyzwania, a to właśnie było ogromne wyzwanie zawodowe. Poza tym specyficzna przygoda, ze względu na przyrodę. Do tej pory byłem w Afryce północnej, a w środkowej akurat nie. Zwyciężyła ciekawość, ale przede wszystkim chęć pomocy innym.

A skąd pomysł na taką akurat przygodę i wyzwanie?

Rozmawialiśmy w gronie przyjaciół i w towarzystwie był młody człowiek, który powiedział, że od dwóch lat jeździ razem ze znajomymi studentami do Afryki i tam w różny sposób organizują pomoc dla mieszkańców. Dodatkowo przed wyjazdem organizują sprzęt, który tam zawożą. No więc pół żartem, pół serio zapytałem czy nie jest im potrzebny chirurg. Jeden z uczestników spotkania, bardzo się ucieszył, bo także chce się specjalizować w tym kierunku i od razu podchwycił temat. Urlopu miałem dużo, więc postanowiłem go wykorzystać na wyjazd do Afryki.

Ten moment, w którym Pan to zaproponował, to był bardziej żart czy od razu chęć wyjazdu?

Staram się raczej nie rzucać słów na wiatr, tak zostałem wychowany, więc to była już decyzja. Potem okazało się, że większość moich kolegów lekarzy mówiła, że ich marzeniem jest wyjechać tak, jak zaplanowałem to ja. 

A ci spoza Pana fachu? Nie mówili, że Pan oszalał?

Mam wśród znajomych także ludzi ostrożnych. Oni mówili wprost, że w tym okresie do Kenii by się nie wybrali. Okres naszego pobytu, to czas świeżo po wyborach prezydenckich, a po poprzednich były zamieszki łącznie z ofiarami śmiertelnymi. Więc raczej słyszałem, że powinienem być bardziej rozsądny, zastanowić się co robię, przemyśleć czy to akurat dobry moment. Ale stwierdziłem, że tym bardziej jeśli będą zamieszki i ranni, to będę potrzebny na miejscu. Chociaż mówiąc to, miałem nadzieję, że nie dojdzie do żadnych tego typu sytuacji, bo przecież życie ludzkie i zdrowie jest najważniejsze. Po wylądowaniu do Nairobi jechaliśmy chyba z 10 godzin do naszego szpitala, więc od ewentualnych napiętych sytuacji po wyborach byliśmy całkiem daleko. 

Bał się Pan wyjazdu?

W życiu boję się tylko dentysty (śmiech). Ale oczywiście tak, jak mówiłem zdrowie i życie jest najważniejsze, więc tego daru nie możemy lekceważyć. Dlatego byłem u specjalisty medycyny tropikalnej, który mi ustalił szczepienia przed wyjazdem. Moje poczucie bezpieczeństwa zdrowotnego tam na miejscu było zdecydowanie większe dzięki temu. Wziąłem też ze sobą leki przeciwmalaryczne, bo to największe zagrożenie. 

Malarii zatem Pan nie przywiózł, a z jakim bagażem przeżyć Pan wrócił?

To było niepowtarzalne przeżycie pod każdym względem. Począwszy od pięknego miejsca, kończąc na niezwykłych ludziach. Wylądowaliśmy w Nairobi na południu kraju, a nasz szpital w Wambie leży dokładnie w centrum Kenii. Po drodze zmieniała się roślinność, było jej coraz mniej. Przejeżdżaliśmy równik, wjeżdżaliśmy na tereny sawanny, a wtedy ziemia robiła się coraz bardziej ceglasto-pomarańczowa. Podczas jednego z wolnych weekendów pojechaliśmy na safari i to było dla mnie ogromne przeżycie. Lwy, które przebiegają 2 metry od jeepa, albo żyrafa czy zebry pasące się zaraz obok nas, to niesamowite. Chociaż na mnie największe wrażenie zrobiły antylopy dig dig. Gdy pierwszy raz jedna z nich przebiegała obok, myślałem że to chudy zając. A to bardzo ciekawe zwierzęta nie tylko przez swój wygląd, ale także fakt, że one łączą się w pary na całe życie. To jedne z najbardziej monogamicznych zwierząt na świecie. No muszę przyznać, że tamtejsza przyroda mnie zachwyca. Ta część Afryki może zauroczyć.

A ludzie, też Pana zauroczyli?

Tak, zdecydowanie. My często ulegamy pewnym schematom myślowym, także przez opinie innych osób. Przez to niejednokrotnie można kogoś skrzywdzić, bo często słyszy się, że osoby czarnoskóre nie należą do pracowitych. Po tym jak poznałem bliżej ludzi, z którymi pracowałem taka teza jest dla mnie zupełnie niezrozumiała. Ja dzisiaj mam swoją opinię i nikt mi nie wmówi, że ludzie pochodzący z Afryki nie są pracowici. Wszyscy, z którymi ja miałem przyjemność obcować, między innymi na bloku operacyjnym, byli ogromnie zaangażowani w rzetelne wykonywanie swoich obowiązków.

A jednak większość osób ma zupełnie inne wyobrażenie o ludziach mieszkających pośrodku Afryki.

To błąd i mam na to przykład. Szpital, w którym byłem, jest na terenie zamieszkałym przez bardzo specyficzne plemię Samburu. Jego domeną i cechą charakterystyczną jest wojowniczość. Nam to się kojarzy z tym, że po meczu ktoś jest wojowniczo nastawiony i swoje poglądy chce wojowniczo wymienić z innymi kibicami. To bardzo mylne wyobrażenie. U Samburu to bardziej manifestacja dumy, tego że darzą szacunkiem innych i wymagają go wobec siebie. Poza tym, tam w okolicy jest ogromna bieda, a podczas mojego pobytu nikt nie wyciągną do mnie ręki po pieniądze, nikt mnie prosił. A pamiętam jak lądowałem kiedyś w północnej Afryce, na lotnisku w Egipcie poszedłem do toalety i młody, sprzątający tam człowiek otworzył mi drzwi. Pomyślałem, że to bardzo miłe, ale po chwili ten człowiek wyciągnął rękę po napiwek. To pokazuje, że często mamy mylne wyobrażenie o ludziach. Uświadomiła mi to duma plemienia Samburu, która jest dla mnie czymś niezwykłym. Zresztą po powrocie wiele rzeczy dostrzegłem i przewartościowałem. Wszystko dzięki ludziom, których spotkałem na swojej drodze.

Co na przykład?

My tutaj myjąc zęby, albo puszczając sobie beztrosko wodę pod natryskiem nie musimy się o nic martwić. Ja w Afryce widziałem kobiety, które przez 2 godziny chodziły po wodę, żeby przygotować rodzinie posiłek. Podziwiam je za to ogromnie. Coś, co nam się wydaje oczywiste, tam takie nie jest. Nawet ostatnio byłem na zakupach, bo potrzebowałem kurtki zimowej. Jedna mi się spodobała, ale spojrzałem na jej cenę i choć mnie na nią stać, pomyślałem sobie przez jaki czas tam w Afryce ktoś mógłby utrzymać za te pieniądze swoją rodzinę. I zadałem sobie pytanie, czy naprawdę potrzebuję tej kurtki. Może pochodzę kolejny rok w tej, którą mam. Takie wyjazdy są potrzebne chyba nam wszystkim, żeby docenić to, co mamy.

A na ile wyjazd był wyzwaniem zawodowym?

Zastanawiałem się przed wyjazdem czy jak będę operował pacjenta to dostanę niezbędne mi narzędzia. Bo chociaż nazwy narzędzi chirurgicznych są międzynarodowe, to przeszło mi przez myśl, żeby jeszcze pouczyć się dodatkowych określeń. U nas, jak operuję to wyciągam tylko rękę, a instrumentariuszka doskonale wie, czego teraz będę musiał użyć. W Afryce stanąłem przy stole, wyciągnąłem rękę, chciałem nazwać narzędzie i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, już je miałem w dłoni. Personel tam jest znakomity, ale sprzętowo na bloku nie było łatwo, bo np. w całym szpitalu nie było aparatu do EKG, podczas gdy w Polsce to jest bezwzględny standard. W Kenii na przykład nie ma specjalności anestezjologa. Do znieczuleń kształcą techników anestetyków, którzy kończą szkołę zawodową, czyli zupełnie inaczej, niż jest to u nas.

Są jacyś pacjenci, przypadki, które zapadły w pamięci mocniej niż inne?

Zgłosiła się do nas młoda kobieta z guzem tarczycy, który należało usunąć wraz z całym gruczołem. Ale warunkiem przystąpienia do takiego zabiegu jest wykonanie poziomu hormonów tarczycowych, a tego badania w tamtym szpitalu nie można było wykonać. Nie podjąłem się tej operacji, bo bez wyników byłaby ona zbyt ryzykowna. To jeszcze w kontekście poziomu wyposażenia i funkcjonowania placówki. W Afryce jest duża urazowość i to nie są przypadki jak u nas, komunikacyjne. One wynikają z warunków, życia tych ludzi i kontaktu ze zwierzętami. Miałem pacjenta, któremu nie goiło się przedramię, po złamaniu obu kości, po ataku słonia. W Polsce takie przypadki ortopedyczne leczylibyśmy w zupełnie innym standardzie. W pierwszych latach swojej pracy chirurga zespalałem połamane kości przedramion, podudzi i robiłem wiele innych rzeczy z zakresu ortopedii urazowej, ale u nas w kraju specjalizacje te od kilkunastu lat są już mocno rozdzielone. Na miejscu, kiedy udawało mi się złapać sieć internetową, przesyłałem niektóre zdjęcia do konsultacji zaprzyjaźnionemu docentowi ortopedii w Szczecinie. Wszystko po to, żeby pacjentom jak najlepiej pomóc. Natomiast najbardziej w pamięć zapadł mi pewien 96 letni pacjent. Bez grama tłuszczu, z napiętą skórą, uśmiechnięty, mentalnie sprawny, w doskonałej kondycji fizycznej. Miałem go operować, ale bez EKG miałem na początku wątpliwości, ze względu na jego wiek. Jednak patrząc na jego ogólną formę, wiedziałem, że wszystko musi się udać.

Zostawiliście tam coś po sobie?

Nadzieję. Na miejscu okazało się, że byliśmy potrzebni pacjentom, ale także personelowi szpitala. Nasz przyjazd dał nadzieję na powrót szpitala do lat dawnej świetności. Kompleks został wybudowany w latach 70’ ubiegłego wieku i był najlepszym szpitalem w tej części Afryki. Przynajmniej do roku 2009, dopóki był tam doktor Silvio Prandoni, włoski chirurg, który chciał pomagać ludziom z tamtego rejonu. W tamtych czasach placówka miała doskonałą renomę, sponsorów i ogromne rzesze pacjentów. Teraz chcemy pomóc reaktywować renomę medyczną tego miejsca, a to dla nas kolejne wyzwanie.

Co więc zamierzacie?

Chcemy pomóc zmienić strukturę zabiegów tego szpitala. Okazuje się na przykład, że w stosunku do innych nacji Kenijczycy bardzo często chorują na przerost i nowotwory prostaty. U mężczyzn, którzy już nie mogą oddawać moczu, w Polsce wykonałoby się operacje oszczędzającą, polegającą na małoinwazyjnym udrożnieniu cewki moczowej, obciążoną znikomym ryzykiem powikłań takich jak choćby upośledzenie sprawności seksualnej. Niestety tam tego typu schorzenie leczone jest prostatektomią, czyli wycięciem całego gruczołu krokowego. Zaproponowaliśmy, że namówimy naszych urologów do pomocy i poprzez fundację zamówimy sprzęt do tych oszczędzających zabiegów urologicznych, żeby pacjentów nie narażać na operacje, które niejednokrotnie są dla nich okaleczające. 

Czyli wróci Pan do Afryki?

Z pewnością! Poza tym już zacząłem działać. Udało mi się znaleźć sponsora, który zakupi urządzenie do EKG. Dodatkowo klinika na Pomorzanach prowadzi monitoring, dzięki któremu będzie można przesłać odczyt EKG, a dyżurny kardiolog oceni czy jest jakiś stan zagrożenia, czy wszystko jest prawidłowe. Czyli jeśli miejscowy lekarz będzie miał wątpliwości będą mogli się konsultować online. Dodatkowo jestem po rozmowach z jedną z firm odnośnie zakupu sprzętu do poszerzenia panelu badań biochemicznych. Puściłem sygnał, że jeśli któryś ze szpitali wymieniałby swój tomograf komputerowy na nowy i chciałby się pozbyć starego, to czekam na wieści. Jest już nawet ktoś, kto zapłaci za transport takiego sprzętu. 

Wrócił Pan dopiero miesiąc temu. Nie traci Pan czasu.

Bo nie ma na co czekać, nie możemy zawieść ludzi, z którymi pracowaliśmy. To wszystko dzieje się także dzięki moim kolegom. Oni te wszystkie konsultacje kadriologiczne czy radiologiczne będą robili bezpłatnie. Teraz czekają mnie jeszcze rozmowy z urologami i młodymi ortopedami, bo tam na miejscu jest dużo do zrobienia.

11( 110)
Grudzień'17