Autor

Dariusz Staniewski

W Nowym Roku wszelkiej obfitości, mało złości, niewielu niechcianych gości, szaleńczej miłości, wyzbycia się zawiści i zazdrości, słodkości i różnych pyszności oraz samych dobrych wiadomości. Aha, i ryb bez ości.

Jak zwykle przed świętami przez konfesjonały w kościołach przewinęło się tysiące grzeszników. Mniej lub bardziej skruszonych, mniej lub bardziej zamaszyście bijących się w piersi, prezentujących mniej lub bardziej twarze, które przeszywał ból, cierpienie, zawstydzenie, ale i obietnica poprawy. Choćby tylko chwilowej. Ale wracając do grzechów. Na kilka dni przed świętami przez media przewinęła się pewna informacja, która w szale zakupów i bożonarodzeniowych przygotowań mogła umknąć. Otóż pewna gazetka parafialna ze wschodnich rubieży naszego pięknego kraju oprócz życzeń świątecznych zamieściła także listę nowych grzechów, z których powinniśmy się spowiadać. Zaliczono do nich m.in. antykoncepcję hormonalną, używanie antykoncepcyjnych wkładek domacicznych, oglądanie filmów pornograficznych, seks z użyciem przedmiotów takich jak wibrator czy dmuchana lalka, sprzedawanie w sieci swojej cnoty, hejtowanie w internecie, oszustwa przez internet i telefon, apostazja, neopogaństwo, eksperymenty genetyczne, zanieczyszczanie środowiska, nadmierne bogacenie się, „wyścig szczurów”, seks pozamałżeński z osobami tej samej płci. I niespodzianka - na tej liście nie znalazł się seks pozamałżeńskiego z osobami płci przeciwnej. I już by człowiek chciał zedrzeć z siebie ciuchy i unurzać się w rozpuście w ramionach jakiejś atrakcyjnej mężatki. Ale nie. Bo okazuje się, że ta cała lista jest nieprawdziwa. Przynajmniej Kościół tak twierdzi. Nie pozostaje więc nic innego jak wzorem Juranda ze Spychowa przywdziać włosienicę, zawiesić sobie na szyi pochwę od miecza na konopnym sznurze i ruszyć na bosaka do Lichenia. I czynić pokutę za myśli i fantazje lubieżne, za chęć do grzechu i za nieskrywany zamiar oraz przyjemność nieczystych uczynków czynienia. No to w drogę!

W kołobrzeskim porcie wydobyto z wody armatę Schneider z 1939 roku. Według fachowców wiele wskazuje na to, że jest to armata używana przez polskie wojsko. I podobno jest to jedyna taka sztuka w całym kraju. Jak trafiła do Kołobrzegu? Prawdopodobnie po klęsce kampanii wrześniowej 1939 roku Niemcy potraktowali ją jako zdobycz wojenną. I zwyczajnie, jak to mówi młodzież, „zajumali” nam armatę. No i okazuje się, że i Niemcy mają lepkie rączki. A nas oskarżają o masowe kradzieże samochodów. Tak, tak, nie ma co oglądać źdźbła w oku sąsiada jak w swoim ma się armatę.

Miasto zaprezentowało raport przedstawiający jakie korzyści odniósł Szczecin po tegorocznym finale regat The Tall Ships Races. I okazuje, że po raz kolejny odnieśliśmy sukces. Turyści przez trzy dni imprezy mogli zostawić w Szczecinie nawet 250 milionów złotych (a miasto w jej organizację wpakowało ponad 21 mln zł). Trzy czwarte tej kwoty wydali Polacy. 40 procent zagranicznych gości, którzy pojawili się na finale to byli Niemcy, a jedna czwarta turystów z Polski pochodziła z województwa wielkopolskiego. Ponad 80 procent turystów zadeklarowało, że w przyszłości ponownie odwiedzi Szczecin. Tak w zasadzie, to taki finał TTSR mógłby się odbywać w Szczecinie co roku. Niewielu miałby coś przeciwko. Na pewno nie sprzedawcy dupereli na straganach i cór Koryntu z całej Polski i zagranicy dla których, podobno, te piękne sierpniowe dni były czasem „złotych żniw”. 

1( 111)
Styczeń'18
gajda