W garażu spędził 3000 godzin

Dariusz Zawadzki dokonał rzeczy naprawdę niezwykłej. W zaciszu domowym zbudował własnoręcznie przepiękny motocykl. Zamiłowanie do motoryzacji zaszczepili w nim przed laty rodzice i rodzeństwo.  

Autor

Andrzej Kus

Gdy byłem mały, motocykl był naszym rodzinnym środkiem transportu – mama siadała za tatą, ja i siostra w wózku bocznym i jechaliśmy nad jezioro lub na grzyby. W garażu, majstrując przy motocyklach spędzałem z tatą mnóstwo czasu – wspomina z sentymentem Dariusz Zawadzki. – Ojciec kiedyś też miał Triumpha, a ja na samym początku tylko swój własny kask. Jako piętnastolatek dostałem swój pierwszy motocykl, a na końcu wyrobiłem prawo jazdy. Od tamtego czasu właściwie zawsze miałem jednoślada. Kiedy jeden się nudził, zamieniałem na inny – zawsze chce się spróbować czegoś szybszego albo cięższego, albo po prostu innego.  W sumie Dariusz Zawadzki do tej pory miał ich około trzydziestu. Niektóre przerabiał, żeby były ciekawsze i nietuzinkowe, kilka budował niemal od podstaw. – Pierwszy, który dość mocno przebudowałem, to radziecki M72. Zmieniłem mu silnik na samochodowy od Zaporożca – przyznaje. 

Znalazł Triumpha po „czołówce”

– Teraz wszędzie dominują motocykle „plastikowe”, wszystkie prawie jednakowe z wyglądu, i właśnie taki był ostatni motor, na którym jeździłem. Był szybki i bez duszy i też szybko mi się znudził. Dla odmiany chciałem zbudować dla siebie coś w starym stylu, jak z lat 30 – opowiada Zawadzki. – Poza tym marzył mi się jakiś dobry „anglik”, więc kiedy zobaczyłem w warsztacie kolegi Triumpha uznałem, że to będzie dobra baza do mojego pomysłu.

Motocykl był wówczas w strasznym stanie, po wypadku. Poprzedni właściciel wjechał nim czołowo pod samochód. Z jednoślada została praktycznie rama z silnikiem i tylnym kołem oraz część instalacji elektrycznej.

– Chciałem, żeby motocykl wyglądał jak stary odremontowany – co się chyba udało, bo niektórzy szacują jego wiek na sześćdziesiąt lat. Moim założeniem było to, żeby, o ile to możliwe, nie korzystać z katalogowych części – przyznaje pasjonata.

Niby stare, a zupełnie nowe

Dzisiaj w Triumphie są nowe zbiorniki paliwa. Właściciel sam wymyślił kształt, zbudował model, wyciął z blachy, ukształtował i pospawał. –  Zrobiłem wlewy paliwa, mocowania, itp. Później zmieniłem koncepcję i… zrobiłem wszystko od nowa. Zajęło to dodatkowe półtora miesiąca. Teraz jest w nim zawieszenie przednie. Oryginalnie było zawieszenie teleskopowe, ale to nie pasowało do mojego pomysłu. Zaprojektowałem widelec typu trapezowego, charakterystyczny dla lat 30., z półkami i dźwigienkami, zawieszony na jednym amortyzatorze. 

W motocyklu Zawadzki zamontował ręczną dźwignię zmiany biegów. Oryginalnie była tylko nożna. Szukał gotowego siedzenia w stylu retro, ale żadne mu się nie spodobało. W rezultacie sam wytłoczył z blachy podstawę i obszył ją skórą. Błotniki wytłoczył z blachy aluminiowej. Kierownicę zrobił od podstaw: wytłoczył manetki z drewna, przełączniki także zrobił samodzielnie. Zrobione są także zegary. Lampy natomiast wykonane z mosiężnej lornetki – tylna, a przednia to przerobiona lampa z lat 20. Zrobiony jest zupełnie nowy filtr powietrza – z aluminium i mosiądzu, układ wydechowy ze stali, osłona łańcucha wytłoczona z blachy mosiężnej. – Nawet, kiedy próbowałem kupić jakąś gotową część, żeby wszystko przyspieszyć, i tak okazywało się, że nie pasuje. W rezultacie musiałem ją zmodyfikować albo zrobić od nowa. Ciężko znaleźć elementy pasujące do takiego stylu – odpowiedniej obudowy do przedniej lampy szukałem przez trzy lata. Torebkę pod siedzenie też uszyłem sam, żeby ją dobrze dopasować – wspomina mechanik. 

3000 godzin ciężkiej pracy

Budowa motocykla zajęła mechanikowi około 3000 godzin. Gdyby pracował bez przerwy – bez jedzenia, picia, spania, musiałby poświęcić na to 125 dni! –  Rzeźbię w metalu, więc miałem w pracowni wiele potrzebnych przyrządów, chociaż sporo musiałem dokupić lub dorobić - niektóre tylko na potrzeby tego motocykla. Było mnóstwo takich przygotowań, np. żeby wytłoczyć obudowę filtra powietrza, musiałem najpierw wytoczyć model. Robiłem sam wszystko to, na co pozwalały mi wiedza i zaplecze maszynowe – np. przedni błotnik wytłoczyłem sam, ale tylny nie mieścił się na moim kole angielskim, więc musiałem to zlecić, ramę oddałem do malowania piecowego. Wszystkie projekty były moje i powstawały na bieżąco, czasem metodą prób i błędów, bo trudno ogarnąć i zaplanować tak złożony system. Od strony elektrycznej pomagał mi kolega, który uprościł gąszcz kabli – opowiada Zawadzki. 

Jaki jest efekt? Nieprawdopodobny. Ostatecznie na ulicach Szczecin będziemy mogli podziwiać nowy, stylizowany na starocia motocykl o pojemności 856 centymetrów sześciennych i mocy silnika 61,86 koni mechanicznych. Czy na zawsze zostanie z Dariuszem Zawadzkim? – Pewnie stanie się z nim to, co z poprzednim: pojeżdżę nim, dopóki nie nabiorę ochoty na coś nowego. Mogę zdradzić, że wciąż po głowie chodzi mi Harley w podobnym stylu – podsumowuje Zawadzki. 

1( 111)
Styczeń'18