Na rowerze w Himalaje

Na co dzień pracuje w spółce komunikacyjnej SPAD w Dąbiu. Pewnego dnia postanowił zamienić autobus na rower i dojechał najwyżej jak się da na jednośladzie. Przemysław Kijo wspólnie z ekipą United-Cyclists.com na dwóch kółkach pokonał w Nepalu 450 kilometrów, zdobył wysokość 5416m i planuje kolejne, szalone wyprawy.

Autor

Hanna Promień

Jesteś zdobywcą, ponad 5000 metrów nad poziomem morza, to robi wrażenie.

Sam na sobie zrobiłem wrażenie. W tej części Himalajów wyżej na rowerze nie da się już dojechać, a ja tam byłem. Chciałem zrobić coś, co jest zarezerwowane dla nielicznych, coś nieprzeciętnego. Chciałem wspiąć się na wyżyny własnego „ja”, moich możliwości i udało się.

 

Ale jak to było? Wstałeś rano i pomyślałeś, że pojedziesz na rowerze w Himalaje?

Kilka lat temu zainteresowałem się projektem rowerowym United-Cyclists.com. Zobaczyłem, że ta grupa, pod kierownictwem jednej pozytywnej osoby robi coś innego niż wszyscy. Zacząłem śledzić kanał Jacka na YouTube, w którym pokazywał te piękne miejsca, w które zabiera ze sobą ludzi. A jeżdżą wszędzie – Kuba, Peru, Sahara, Indie i zwiedzają świat na rowerze właśnie. To tam znalazłem kilka relacji z projektu „po Dachach Świata” i film z wyjazdu w Himalaje, którego przewodnikiem był właśnie Jacek Teofil Lisiecki. To on, jako pierwszy przejechał rowerem szlak Annapurna Circuit. Zobaczyłem w internecie film, jaki zrealizował po powrocie i coś we mnie pękło. Pomyślałem, że tego właśnie chcę, że muszę to zrobić. W wyprawie, w której ja jechałem uczestniczyło łącznie 14 osób, w tym dwie kobiety.

 

Pierwszy termin był na maj i się nie udało?

Niestety nie. Pogoda była niesprzyjająca, był monsun. Wyjazd do Nepalu został przesunięty na 11 – 26 października. Dzięki temu miałem więcej czasu na przygotowania, a aura, jak się okazało na miejscu, bardzo nam sprzyjała. Krajobraz już tam wysoko był iście księżycowy, bez opadów śniegu czy deszczu.

 

Jesteś zapalonym rowerzystą?

Tak, ja zawsze lubiłem jeździć. Z tym, że ze względu na wyjazd musiałem robić to częściej i bardziej intensywnie. Prawie codziennie wsiadałem na rower i nie była to już podróż tylko do pracy. Robiłem 50 kilometrów w około dwie godziny. Starałem się osiągać jak najlepsze czasy. Wiedziałem, że warunki mogą być ciężkie i muszę być dobrze przygotowany.

 

Himalaje kojarzą się raczej z trekkingiem, jak Wy jeździliście tam na rowerach?

Annapurna Circuit jest to szlak głównie trekkingowy i można na nim spotkać turystów raczej z plecakami. Miejsce jest niesamowite - pola ryżowe, lasy, wodospady, gigantyczne przepaście, niesamowite góry i zwieńczenie, czyli przełęcz Thorang La. Tam jest wszystko, co w naturze najpiękniejsze, od wilgotnych tropików po klimat suchy i zimny. Szlak, którym jechaliśmy zaczyna się w miejscowości Besisahar, przebiega on po drodze, gdzie ciężko jest się minąć dwóm samochodom terenowym i tak aż do Manangu. Później, czyli powyżej 3519 m kończą się drogi i zaczynają ścieżki o szerokości 30-40 cm. Jeździliśmy po trasach, gdzie nie ma aut, ani nawet motocykli. Częściej spotka się muła czy konia, którymi dostarcza coś do „sklepów” w schroniskach.

 

40 cm? Przerażająca jest myśl o spacerze po drodze o takiej szerokości. Jazda na rowerze wydaje się być misją samobójczą. Nie bałeś się?

Były ciężkie momenty. Jak szedłem po urwisku i miałem pod sobą ponad 100 merów prosto w przepaść, albo przedzierałem się po wiszących mostach, to tak, robiło się trochę słabo. Trochę się bałem, ale nie żałuję ani jednej chwili. Żadnego pęcherza na dłoniach, ani kropli wylanego potu.

 

Ale nie miałeś myśli „co ja narobiłem, zawracam”?

Przyznam szczerze, że miałem jeden dzień zwątpienia. Jechaliśmy drogą, którą ktoś wyłożył ostrymi kamieniami, ostrymi grzbietami do góry. Ciężko było ją pokonać na rowerze, a jeszcze gorzej idąc pieszo. Po 5 godzinach pchania roweru, który waży 30 kilogramów, miałem dość. To był czas kryzysu. No, ale mało kto może powiedzieć, że przejechał z grupą 450 km na rowerach, wjeżdżając w Himalajach na wysokość 5416 m n.p.m. To jest najwyższa przełęcz możliwa do zdobycia bez sprzętu wspinaczkowego w tej części Himalajów. Na rowerze wyżej wjechać się nie da i ja tam byłem! Jest to zarezerwowane dla nielicznych, jestem dumny mogąc być w tym gronie. Ale nie zrobiłem tego, żeby się chwalić. Zrobiłem to dla siebie, to było moje wyzwanie i dałem radę.

 

A Twoja rodzina nie miała kryzysu? Masz żonę i malutkie dzieci.

No tak. Moja żona to prawdziwa bohaterka, została tutaj, bała się, ale cały czas mnie wspierała. Na szczęście mieliśmy prawie cały czas zasięg i mogliśmy codziennie rozmawiać.

 

Poza udowodnieniem sobie, że można. Dał Ci coś jeszcze ten wyjazd?

Wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych i trzeba podnosić sobie poprzeczkę. Poza tym, dzięki temu, że dużo obcowaliśmy z tubylcami, na przykład mieszkając u nich, wróciłem zmieniony. Teraz podchodzę spokojniej do życia. Wiem, że najważniejsza jest rodzina. Tam na miejscu było widać niesamowitą biedę, ale z drugiej strony ogromną więź ludzi, miłość i rodzinność. Mówi się, że to kraj trzeciego świata. Pod względem emocjonalnym to my jesteśmy zacofani. Zatraciliśmy pewne idee i zapominamy o tym, co jest najważniejsze. Materialnie ci ludzie mają niewiele, wewnętrznie są niewyobrażalnie bogaci. Oni mają siebie, wspólnotę.

 

To jakie kolejne wyzwania?

To może zabrzmi śmiesznie, ale nigdy nie byłem w Tatrach. Koniecznie muszę je zdobyć, nie koniecznie na rowerze. Na dwóch kółkach marzy mi się wyjazd na Saharę.

 

Na rowerze po piachu?

Czemu nie, nie ma rzeczy niemożliwych! Szczególnie z United-Cyclists.com, oni przełamują bariery, pojawiają się tam, gdzie wjazd wydaje się być niemożliwy. Warto zajrzeć na ich stronę chociażby, żeby zobaczyć cudowne miejsca, które odwiedzają. A może później pokochać rower i ekstremalne wyjazdy?

 

Każdy może wjechać na wysokość 5416 m?

Jeśli się do tego odpowiednio przygotuje, to tak. Ja nie byłem wyczynowcem. Postawiłem sobie cel i go zrealizowałem, bo miałem marzenie i samozaparcie. Trenowałem kilka razy w tygodniu pokonując około 50 km, a w weekend nawet 100. Mój rower nie jest bardzo drogi i mocno skomplikowany, ale należało go dobrze przygotować do wyjazdu – a Rafał z Bukbike zrobił to wzorowo, nic mnie nie zwiodło. Przed wylotem wymieniliśmy napęd, wyregulowaliśmy przerzutki, nacentrowano koła, zalaliśmy dętki mleczkiem i pakowanie: zapasowe szprychy, dętki, linki i hak przerzutki. Kilka drobnych kwestii serwisowych i w drogę. Nie złapałem nawet gumy. Da się zrobić wszystko, trzeba tylko bardzo chcieć.

1( 111)
Styczeń'18
gajda