Chora szajka

Właściwie nie trzeba ich przedstawiać. Każdy, kto lubi dobrą muzykę, zna ich doskonale. Mają wiernych fanów, są skutecznym „produktem” eksportowym. Wszędzie gdzie się pojawią zyskują wielką sympatię publiczności, jurorów czy krytyków. Chorzy to zespół grający mądrego rocka – tu każde słowo i każdy dźwięk jest „po coś”. Właśnie wydali płytę koncertową, a na naszych łamach zapowiadają trzecią studyjną. 

Autor

Daniel Źródlewski

N początek zaznaczam, że o nowej płycie w finale rozmowy! Teraz jednak trochę w jej oparach i Wasze wspomnienia z nieodległej przeszłości: sobota, 5 sierpnia 2017 roku, Kostrzyn nad Odrą. To cholernie ważna data dla zespołu. Ale jak to zawsze bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia, marzy Wam się więcej i więcej, a dokładnie duża scena Woodstocku…

Bartek Orłowski: Oczywiście, marzy nam się niejedna wielka scena, nie tylko ta Woodstockowa. Zdobycie tej mniejszej wizualizowałem sobie już wiele lat temu, mając z tyłu głowy, że zespołów kandydujących do Eliminacji jest co roku blisko tysiąc. Późno, ale udało nam się dopiąć swego. Jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi.

Olek Różanek: Teraz faktycznie apetyt rośnie w miarę jedzenia i nie pora na umiar. Czeka nas ciężka praca, którą będzie walka o Dużą Scenę 24. Przystanku Woodstock. 

Wszystko w rękach Waszych fanów?

Olek Różanek: Zarówno fanów, jak i osób które dzięki tej rozmowie dopiero nas odkryją. Prosimy o głosy, które możecie oddać na nas poprzez facebook’a. Wystarczy (wpisując hasło „Złoty Bączek 2018 dla Chorych”) poklikać kilka razy myszką. Najpierw „biorę udział” w wyświetlającym się wydarzeniu. Następnie, w treści tego wydarzenia, odnaleźć bezpośredni link do głosowania i podążać za instrukcją. To dla nas ważne. Zróbcie wszystko by Wasz głos też okazał się ważny. Konkurencję mamy sporą, ale dotychczasowa determinacja naszych działań to dowód na to, że nie ma rzeczy niemożliwych. 

Podobno artystyczną siłę zespołu można poznać po jego koncertowej kondycji. Wasze koncerty to coś więcej niż odegranie utworów z płyt, to teatralizowane widowisko… Piszecie tego scenariusz, czy to żywioł totalny? 

Tomek Nawrocki: Płyty studyjne, pomimo zawartości muzycznej, nie przenoszą koncertowego żywiołu, zatem koncerty to ta najwłaściwsza forma wyrazu. W naszym przypadku scenariuszem jest setlista i to dzięki niej wiemy co za chwilę może się wydarzyć. Granie koncertów ma coś wspólnego z teatrem i na zwykłe odegranie roli nie ma tu miejsca.

Bartek Orłowski: Prawie zawsze jest to żywioł totalny. Elementy powtarzalne wynikają z wcześniejszych improwizacji, które i tak rodzą się w trakcie prób czy koncertów. 

A katharsis? 

Jarek Izdepski: Zawsze…

Bartek Orłowski: Miewam, w czasie „Pustostanu”.

Jak bardzo różni się Wasza muzyka podawana na scenie, od tego co zarejestrowaliście na płytach? Eksperymentujecie? Zmieniacie brzmienia, aranże? 

Bartek Orłowski: Mam w „Pustostanie” nieco mantryczną partię gitarową i dobrze mi z tym, nie lubię tego zmieniać. Gdy jednak przydarzy się jakaś niezaplanowana wcześniej sytuacja i odpłynę w nieznane, efektu się nie wstydzę. 

Tomek Nawrocki: Czasami się dziwię słysząc nasz kawałek w wersji płytowej. Uświadamiam sobie wtedy, że na koncertach panuje zupełnie inna energia, której często nie da się z siebie wykrzesać w studiu. Podczas koncertów staram się delikatnie zmieniać partie lub brzmienie własnego instrumentu. Taka pomoc w ucieczce przed rutyną uświadamia mi jak to wszystko ewoluuje.

I tu mogłoby być o nowej płycie, ale jeszcze nie będzie… Olek, dalej praktykujesz podczas koncertów stage diving? Upuścili Cię kiedyś? I jaki jest najdłuższy dystans pokonany na rękach ludzi (w metrach)? 

Olek Różanek: Najdłuższy dystans to chyba ten na Woodstocku, czyli okrąg o obwodzie około stu metrów. Nikt mnie jeszcze nie upuścił, pamiętam jak na jednym z koncertów plenerowych do niosącej mnie garstki ludzi dołączyła babinka, która miała na oko przeszło siedemdziesiąt lat. Ani ja nie upadłem, ani ona. Mój ojciec uważa jednak, że stage diving jest żenujący i kiedy to widzi, to nie wie gdzie się schować. Fakt, ciężko stojąc na tyłach ukryć się w tłumie, kiedy ten skumulowany jest pod samą sceną (śmiech). 

Ze sceny przechodzimy do trzewi twórczości Chorych: słowo. Nazywacie swoją muzykę rockiem społecznym. To określenie towarzyszące twojej twórczości od początków kariery. Nic a nic się nie zdewaluowało, czyli ludzie wolą słuchać czegoś więcej niż „kocham Cię, ojej kocham cię, ojej…” 

Olek Różanek: W naszym przypadku to raczej „Kocham Cię Dziwko”. Myślę, że słowo żyje własną emocją, a muzyka własną. Naszym zadaniem jest zderzyć ze sobą oba te stany emocjonalne. Wielokrotnie zderzamy się po drodze z trudną rzeczywistością, lub po prostu ze ścianą. Interesuje nas jednak kolejny etap tej zabawy, czyli zderzenie efektów naszej pracy z gustem lub oczekiwaniami odbiorcy. W odbiorcę natomiast trzeba wierzyć, przy czym nie wolno starać mu się przypodobać. Cóż by były warte słowa z muzyką, gdyby nie wynikały z nas samych?

Nie korci Was by w tak dynamicznych czasach politycznego i kulturowego sporu pójść krok dalej, zaangażować się na poziomie 

bezpośredniej walki, nieważne po której ze stron aktualnego sporu?

Bartek Orłowski: Mnie korci. Z bezradności na przyzwolenie władz do nienawiści. 

Tomek Nawrocki: Osobiście wolałbym uniknąć tematu polityki. Uważam, że muzyka to wyjątkowo obszerny i dużo bardziej wdzięczny temat, dlatego nie warto ich ze sobą łączyć. 

Olek Różanek: Ja już o tym napisałem i tak za dużo (śmiech).

A jest jakaś granica w tym społecznym muzycznym dialogu? Są tematy, których byś nigdy, ale to nigdy nie poruszył w swoich tekstach?

Olek Różanek: O Bogu pisałem, że ma jaja do ziemi świętej, o jedzeniu że robi mnie w balona, a o nogach, że taka jedna je miała do piekła. Ale i tak jest wiele tematów, których nie chcę poruszać, a wszystkie je cechuje miałkość. Niestety ludzie ją sobie upodobali, bo w każdej sytuacji jest pod ręką. Apeluję zatem: pory w naszych mózgach muszą się wreszcie pootwierać. Nie pozwalajmy ich zatykać byle gównem. 

Większość utworów komponujecie wspólnie. Na płycie przy prawie wszystkich piosenkach widnieje „muzyka: Różanek, Orłowski, Cybulski, Izdepski, Nawrocki”. Jak wygląda takie kolektywne tworzenie dźwięków?

Tomek Nawrocki: Najczęściej wynika to z improwizacji, bez zastanawiania się nad zasadami muzyki, harmonią czy rytmem. Jeśli poczujemy, że to co z nas wyszło zasługuje na bycie piosenką, przenosimy to w tak zwany drugi etap i jest szlifowane, zmieniane, sprawdzane na różne sposoby. Efekt finalny ma wywoływać emocje nie tylko w słuchaczu, ale także w wykonawcy.

Bartek Orłowski: Podpisuję się pod Nawrotem skrzydłami. 

Jak wymyśla się melodyjne, jeszcze przez nikogo nienapisane przeboje? Skąd one się biorą? Słyszycie więcej niż inni?

Olek Różanek: Nie wiem jak się wymyśla przeboje i nie mam sobie z tego tytułu nic do zarzucenia (śmiech). Przy czym – tu mam nadzieję, że koledzy się ze mną zgodzą – dojrzewam do tego, by wreszcie jakiś przebój wspólnie napisać. Tyle pięknych domów i aut czeka na nabywców, że szkoda nie uczynić kroku z małej stabilizacji w nieco większą. Jeśli jednak nasze przyszłe przeboje będą wynikiem pozbawionych serca chłodnych kalkulacji, to nasze przyszłe domy i auta będą równie puste. 

Chorzy to pięć charakterów. Przyjaźnicie się poza sceną, poza zespołem?

Tomek Nawrocki: Owszem, jesteśmy kumplami i możemy na siebie liczyć w wielu sytuacjach. W naszym przypadku za pięcioma charakterami idzie ta sama myśl, co w powiedzeniu „co dwie głowy to nie jedna”. 

Bartek Orłowski: Przyjaźnimy się bardzo. Myślę, że podstawą naszego współistnienia jest relacja. Szajka jest w tym układzie nieodzowna. 

Wiele w historii muzyki znanych jest rozpadów, podziałów, a nawet konfliktów wynikających z braku porozumienia między ludźmi. Miewacie takowe konflikty? O co Chorzy mogą się spierać, o ile się spierają?

Jarek Izdepski: „Spieranie się” buduje nowe nici porozumienia (śmiech).

A jak się godzicie (o ile się spieracie)?

Jarek Izdepski: Po swojemu. 

Olek Różanek: Dokładnie. Proszę nie wnikać (śmiech).

Nie będę ukrywać, że wciąż nie mogę się pogodzić ze zmianą nazwy, z odrzuceniem członu „na Odrę” z nazwy zespołu. Pełna „Chorzy na Odrę” była nie tylko przewrotną grą słów, ale przydawała Wam pewnej oryginalnej tożsamości, nie tęsknicie za tym? Co dała w perspektywie kariery ta kosmetyka? 

Bartek Orłowski: Ja nie tęsknię. Tak, owszem, tak było jak mówisz 

Tomek Nawrocki: Sprawa bardziej dotyczyła zmiany w składzie. Wraz z Cybulem dołączyliśmy do reszty, w związku z czym staliśmy się nowym zespołem. Jesteśmy chorzy w całym znaczeniu tego słowa i już nie da się tego schować za rzeką. Mnie osobiście ta zmiana nie boli. 

A jakby się uprzeć przy linearnym odczytywaniu nazwy, to do jakiej jednostki chorobowej Wam teraz najbliżej?

Bartek Orłowski: Do Odry (śmiech).

Chorzy działają już spory kawałek czasu. Widzicie jakieś charakterystyczne, „nazywalne” zmiany w Waszej twórczości, muzycznych nawykach? Idzie to w kierunku muzycznego „ułożenia”, czy wręcz przeciwnie?

Bartek Orłowski: Mam nadzieję, że to nie idzie w kierunku ułożenia. 

Olek Różanek: Albo właśnie ten bałagan stylistyczny to jakaś metoda. Po prostu u nas na porządku jest chaos. 

Wasi fani i wierni słuchacze z młodych zbuntowanych stają się powoli starymi wkurwionymi… Beztroscy trzydziestolatkowie stają się statecznymi czterdziestolatkami… ale od Chorych nie odchodzą? Gracie muzykę ponadpokoleniową?

Jarek Izdepski: Uważam, że jesteśmy prawdziwi, a prawda jest ponadpokoleniowa.

A jak „pozyskujecie” nową publiczność?

Bartek Orłowski: Koncerty to forma najbardziej satysfakcjonująca.

„Nieznośną Lekkość Hitów” nagraliście w 2014 roku, wydaliście trochę później. Jaki stan „nowości” na dziś? Są plany na trzecią studyjną?
Bartek Orłowski:
Materiał gotowy, a nagrania już od dwóch lat w planach (śmiech). 

Olek Różanek: Może nie od dwóch lat, ale ubiegły rok mogliśmy zwieńczyć nową płytą. Wydaliśmy jednak koncertówkę z Woodstocku, o czym grając tam nawet nie myśleliśmy. I to są właśnie te niespodzianki wynikające z pracy na scenie. W tym roku będziemy obchodzić dziesięciolecie i nagranie nowej płyty uważamy za konieczność. 

Każdy z Chorych realizuje się nie tylko w zespole-matce (zespole-ojcu?), ale angażujecie się w różne projekty…

Tomek Nawrocki: Obecnie współpracuję z Jimkiem, Oho! Koko, Michałem Grobelnym oraz Teatrami w Łodzi i Poznaniu. 

Bartek Orłowski: Ja piszę muzykę do spektakli teatralnych. Nierzadko ją też wykonuję na żywo. 


Jak bardzo stylistyka Chorych wpływa na to co robicie poza zespołem? Da się od tego uwolnić, czy raczej przenosicie tę muzyczną „zarazę” dalej?

Jarek Izdepski: My jesteśmy tą „zarazą”...

Olek, Ciebie można coraz częściej zobaczyć w spektaklach Teatru Polskiego. Wciągnął Cię teatr? 

Olek Różanek: Od kilku miesięcy mam przyjemność pracować z aktorami Teatru Polskiego nad nowym spektaklem. Dostałem jakąś niesamowitą szansę i z przeróżnym skutkiem staram się jej nie zmarnować. Przez pierwszy miesiąc z fascynacją oglądałem w akcji koleżanki i kolegów, licząc po cichu, że moje sceny nigdy nie nadejdą, a przecież i ja musiałem coś prezentować. I tu fascynacja tym co chłonę ustępowała frustracji tym co robię. Z czasem jednak pokochałem to sceniczne kreowanie, w którym nie bryluję, ale którego pilnie się uczę. Myślę, że bycie aktorem to zajęcie tak ulotne jak stałe. Codziennie przychodzisz do pracy z nowym kawałeczkiem warsztatu, a z kolejnym kawałeczkiem warsztatu wracasz do domu i do siebie. To się jakoś ze sobą mieli i tak naprawdę nie do końca wiadomo kiedy to się dzieje. Użyłbym tu słowa „magia”, ale scena bywa tak twarda i bolesna, że użyję słowa „życie”. 

Dziś muzyka to tylko jeden z obszarów funkcjonowania muzycznych formacji. Trzeba to obudować działaniami promocyjnymi, gadżetami, komunikacją social media, bić rekordy odtworzeń na You Tube. Z moich obserwacji wynika, że staliście się już trochę takim „Chorym przemysłem”. 

Olek Różanek: Bez przesady, daleko nam w tej sferze do satysfakcji. Ważne, że nie mamy żadnych roszczeń i oczekiwań, a za mniej lub bardziej marne efekty wspólnych działań razem bierzemy odpowiedzialność. Natychmiastowa gratyfikacja to zły znak naszych czasów i musimy pamiętać, że prawdziwe wartości buduje się z mozołem i od środka, a nie od zewnątrz i na pstryk. 

No i płyta… Pierwsza koncertowa w dorobku zespołu. Co tam na niej słychać?

Bartek Orłowski: Szesnaście skrzętnie zmieszczonych w limicie siedemdziesięciu koncertominut utworów Chorych z całego przekroju swej twórczości w atmosferze okołokoncertowej (ufff) 

Olek Różanek: Na pewno słychać na niej emocje, czasami wymykające się jakiejkolwiek kontroli, czyli te ponoszące. To jednak weryfikuje nas i miejsce w którym obecnie jesteśmy. Myślę, że za kolejnych dziesięć lat wrócę do słuchania tego krążka z przyjemnością. Na razie jednak rośnie w nas apetyt na zupełnie nowe danie i liczę, że niebawem ponownie zaprosimy wszystkich zainteresowanych tym co u nas do wspólnego stołu. 

 

Rozmawiał: Daniel Źródlewski
Foto: Adam Fedorowicz
Produkcja sesji: Maja Holcman-Lasota

1( 111)
Styczeń'18