Autor

Dariusz Staniewski

Powoli kształtu nabiera projekt Morskiego Centrum Nauki, które stanie na Łasztowni. Władze województwa, instytucji oraz twórcy koncepcji artystycznej obiektu rozmawiali z przedstawicielami zachodniopomorskich uczelni, instytucji kultury środowiska nauczycielskiego na Pomorzu Zachodnim, popularyzatorami nauki i zawodów związanych z morzem o tym co i jak w nim pokazać. Ale swoje pomysły może zgłosić każdy i zaproponować jakąś postać, zjawisko lub urządzenie, które powinno być pokazywane na przyszłej wystawie. Finalna koncepcja artystyczna Morskiego Centrum Nauki powstanie do 30 czerwca 2018 roku. Wystawy związane będą m.in. z morzem, żeglugą, rybołówstwem i będą osadzone w realiach regionu. Zakończenie budowy Morskiego Centrum Nauki im. prof. Jerzego Stelmacha przewidywane jest na rok 2020. No to jest czas na zgłaszanie pomysłów. I szerokie pole do popisu. Bo i powinno się tam upchać np. łodzie Wikingów, rybacki kuter z okolic Darłowa, U-Boota ze szczecińskiej stoczni oraz np. bulaje z gigantów, które powstawały pod koniec XIX i na początku XX wieku (bo w Szczecinie budowano największe w dziejach żeglugi statki pasażerskie, które biły potem rekordy prędkości), jakiś kawałek jednostki zbudowanej i oddanej w czasach socjalizmu dla ZSRR, kawałek styropianu strajkującego stoczniowca z 1980 roku, jedno z jajek, którymi stoczniowcy obrzucili ministra gospodarki Jacka Piechotę jak przyjechał zamykać zakład kilka lat temu. Do tego inne atrakcje np. symulatory ruchu statku (własnoręcznie można byłoby się władować na mieliznę), symulator sztormu na morzu (delikwent wchodzi do jakiegoś pomieszczenia i od razu dostaje w twarz powietrzem z włączonego na maksa wentylatora i ktoś go oblewa zimną wodą z wiadra), szorowanie pokładu żaglowca szczoteczką do zębów, oprawianie świeżo złowionych ryb, warsztaty dla pań pt. dlaczego kiedyś było warto być „marynarzową” oraz dla panów – jak mieć narzeczoną w każdym porcie, opowieści lekarza wenerologa o tym co można było złapać w portowych burdelach oraz lokalnych weteranek najstarszego zawodu świata o tym z jakich stron przypływali w ich ramiona marynarze słodkich i słonych wód. Oprócz tego stoiska z wykonywanymi na miejscu tatuażami o tematyce morskiej (z nieodłączną, żenującą kotwicą na przedramieniu) oraz tradycyjne pamiątki znad Bałtyku, czyli np. góralska ciupaga z napisem „Pozdrowienia z Kołobrzegu”. A w muzealnym bufecie koniecznie i wyłącznie dania z ryb oraz innych owoców Morza Bałtyckiego. A przy wejściu koniecznie „na dobry początek” mała kanapeczka z paprykarzem szczecińskim. Kto nie zje, ten nie zwiedza.

Mamy kolejną fajną awanturę w Szczecinie związaną z pewną miejską inwestycją. Kosztowną nieco, bo za 7,3 miliona złotych. Chodzi o parking przy ulicy Hangarowej (typu „Park&Ride”). Radni najpierw zgodzili się, aby obiekt powstał. Ale teraz dziwią się dlaczego akurat w tym miejscu, dlaczego kosztował aż tyle i dlaczego kierowcy nie chcą tam parkować swoich samochodów. Bo na prawie 460 miejsc codziennie zajętych jest tak między 30 a 50. Pełen był tylko raz – podczas ubiegłorocznych finałów regat The Tall Ships Races. No i teraz radni szukają winnych, a raczej jakiegoś kozła ofiarnego na którego będzie można zwalić winę za tę kolejną inwestycyjną porażkę w mieście. Zawiesić jego głowę przy wejściu do magistratu oraz ogłosić wszem i wobec, że to ON dał ciała. Trwają także usilne poszukiwania rozwiązania poprawienia frekwencji na parkingu. Bo oprócz tego, że hula po nim wiatr z pobliskiego lotniska, to znajduje się na nim tylko jeden toi-toi. I to chyba w dodatku zepsuty. Radni i władze miasta zachodzą więc w głowę co zrobić, żeby przekonać kierowców, aby zostawiali na parkingu samochody, przesiadali się od środków komunikacji miejskiej i nimi zmierzali w kierunku centrum Szczecina. Ale to nie łatwa sprawa. Bo nie ze szczecinianami takie numery! Przecież lepiej pchać się furą do centrum i potem szukać przez pół godziny miejsca do parkowania. Na Hangarowej niech sobie parkują przyjezdni. Ale okazuje się, że w Urzędzie Miejskim podobno powstał już tajny plan uzdrowienia całej sytuacji. Ochrzczony został kryptonimem „Jak nie marchewką ich, to kijem”. Otóż miasto opracowało kilka sposobów mających skusić kierowców do korzystania z parkingu. Jednym z nich mają być atrakcyjne i skąpo ubrane hostessy, które skuszonym będą serwować gorącą kawę, herbatę, czekoladę, barszczyk, paszteciki, hot dogi oraz tosty (do wyboru). To marchewka. Jak z nią nie wyjdzie, to miasto ma w zanadrzu kij. I to w kilku postaciach. Np. kij nr 1 – drogówka. Policja ma stać tuż przy parkingu i losowo wybierać „chętnych” do skorzystania z jego usług. Dobra wiadomość jest taka, że szczególnymi względami będą się cieszyć kierowcy aut z rejestracjami spoza Szczecina próbujący z Prawobrzeża dostać się do centrum. Lepiej niech szukają innej drogi do miasta. Albo kij nr 2 – księża podczas spowiedzi mają zadawać zmotoryzowanym grzesznikom, w formie pokuty oczywiście, zostawianie aut na parkingu np. przez tydzień, miesiąc, kwartał. Wszystko zależy od tego co dany delikwent ma na sumieniu, wyraża skruchę i obiecuje poprawę. A po miesiącu parkowania niejednemu odechce się grzeszyć. Chyba, że w międzyczasie wpadnie w objęcia parkingowych hostess. Apelujemy więc do kierowców. Zacznijcie korzystać z Park&Ride dobrowolnie. Bo jak nie skuszą was czarujące spojrzenia diablic w miniówkach, to może Was spotkać kara – tu, na Ziemi oraz w zaświatach. 

 
3( 113)
Marzec'18
gajda