Może curling?

Autor

Krzysztof Bobala

No i się skończyła. Jakoś tak szybko i bez głębszych uczuć. W tym roku wyjątkowo nie udało się jej złapać mnie w swoje macki i sidła. Olimpiada zimowa w Korei, bo o niej chciałbym dzisiaj słów kilka. Nie było emocji i oglądania z wypiekami na twarzy, mimo, że połowę olimpijskich zmagań miałem możliwość obejrzeć w domu, bo dokładnie w tym okresie walczyłem (jak pewnie większość czytelników Prestiżu) z szalejącą grypą. Gorąca herbata z miodem, cytryną i imbirem, ciepły koc i wygodny fotel – warunki wręcz doskonałe do kibicowania tym, którzy męczyli się na śniegu i lodzie. A jednak coś w tych igrzyskach było nie tak. Może to, że jako kibic realista czekałem jedynie na medale w skokach i mniej uwagi poświęcałem pozostałym występom naszych reprezentantów. A może to przesunięcie czasowe i to, że najważniejsze zmagania oglądało się przy drugim śniadaniu, a nie przy kolacji, jak jesteśmy w naszej strefie geograficznej przyzwyczajeni.  Pewnie swoje „trzy grosze” do oceny dodała także bardzo słaba frekwencja publiczności na olimpijskich arenach, a przez to brak atmosfery, którą znamy choćby z europejskich zmagań skoczków, łyżwiarzy figurowych czy alpejczyków. Na pewno inaczej kibicuje się, kiedy „nasi” chociaż ocierają się o podium. Wtedy, kiedy medale są na wyciągnięcie ręki. Na poprzednich igrzyskach było w tej kwestii dużo łatwiej. W Soczi zdobyliśmy aż sześć medali, w tym cztery złote wyprzedzając w klasyfikacji medalowej takie potęgi jak choćby Szwecja czy Chiny. Tutaj w Korei było zdecydowanie gorzej. Właściwie nie zawiedli jedynie skoczkowie. Tak naprawdę niewiele zabrakło, aby przynajmniej jeszcze jeden medal przywiózł do Polski Stefan Hula. Minimalnie gorszy drugi skok, dziwne przeliczenie wiatru przez sędziów i zamiast szalonej radości smutek. Bardzo szkoda Stefana. Potem było już tylko gorzej. Nie trafiła z formą Justyna Kowalczyk, słaby występ zanotowali łyżwiarze szybcy i biatlonistki. Ktoś nie założył okularów, ktoś się przewrócił zaraz po starcie, a komuś nie poszło strzelanie w pozycji stojąc. Zaczęło się poszukiwanie winnych, tłumaczenie porażek i wzajemne obwinianie. Do tego włączyli się kibice hejtujący i umieszczający tysiące negatywnych komentarzy na portalach społecznościowych i atmosfera zrobiła się delikatnie mówiąc dosyć „gęsta”. Dlatego chwała Kamilowi Stochowi i kolegom z drużyny, że wytrzymali to wszystko i chociaż oni dali nam prawdziwe powody do radości i dumy. Narzekamy, chociaż historia pokazuje, że to zupełnie dobry wynik. Wiele było takich zimowych olimpiad, gdzie nie udawało nam się zdobyć ani jednego medalu. Nie oszukujmy się – nie jesteśmy potęgą w zimowych sportach. W kraju, w którym nie ma ani jednej porządnej trasy zjazdowej nie będzie wspaniałych alpejczyków. W kraju, gdzie nie ma dobrego systemu szkolenia w biegach narciarskich, biathlonie, łyżwiarstwie czy snowboardzie nie liczmy na światowe wyniki. Nie miejmy pretensji do Justyny Kowalczyk, że z Pjongczang nie przywozi medalu. Postawmy jej pomnik za to, co zrobiła dla polskiego sportu do tej pory i wykorzystajmy jej karierę do szkolenia kolejnych pokoleń. Myślę, że to dobry czas, aby zweryfikować pracę niektórych działaczy. Wyznaczyć nowe cele tak, aby kolejne zimowe igrzyska były dla nas nieco bardziej radosne, a poszukiwania szans medalowych nie będziemy zacieśniać jedynie do skoków narciarskich. Może curling. Tam jest dużo medali do zdobycia.

 
3( 113)
Marzec'18