Van Gogh i Fistaszki w smudze cienia

„Twój Vincent” dostał nominacje do najważniejszych nagród filmowych, w tym Złotych Globów, BAFTY i Oscara. To niesamowite dzieło pod względem wizualnym. Mowa o głośnej animacji, polsko-brytyjskiej produkcji nawiązującej do twórczości, życia i śmierci genialnego malarza Vincenta Van Gogha, przy której pracowało ponad stu (!) malarzy z całego świata. Wśród nich znalazł się pochodzący ze Szczecina January N. Misiak, na co dzień autor komiksów, który nie tylko współtworzył film, ale także szkolił innych artystów pracujących przy tym fascynującym dziele.

Autor

Aneta Dolega

Nasza rozmowa przebiega jeszcze przed rozdaniem Oscarów, do których „Twój Vincent” otrzymał nominację w kategorii „najlepszy film animowany”. Wcześniej były m.in. Złote Globy i brytyjska BAFTA. Ekscytujące uczucie być docenionym przez najważniejszych w branży filmowej?

Jeśli chodzi o nominacje i nagrody, które zbiera „Twój Vincent” to jest to oczywiście bardzo miłe i bez wątpienia prestiżowe wydarzenie. To owoc kilkuletniej, ciężkiej, ale też wspaniałej pracy.

Skromnie powiedziane.

Jeśli pytasz oto jak zareagowałem na te wszystkie wyróżnienia to wyglądało to mniej więcej tak: zazwyczaj klikałem na kciuk lub na serduszko pod newsem, albo dwa razy na zdjęcie (śmiech). Pracowałem w Breakthrufilms (od red. – współproducent filmu) przez pięć lat. Pracę przy filmie skończyłem ponad rok temu. Teraz pracuję przy innej produkcji w innym studio filmowym i przygody Vincenta śledzę głównie w mediach społecznościowych.

Jak trafiłeś do Breakthru i w rezultacie na plan filmu?

Do Breakthru trafiłem przeczytawszy w Gazecie artykuł o tym, że studio przenosi się z Łodzi do Gdyni. Wcześniej przez ładnych kilka lat uprawiałem freelance, miałem więc wprawę w pukaniu do drzwi. Przyszedłem do nich z własnym projektem – serialem animowanym na podstawie moich stripów komiksowych. Projekt spodobał się do tego stopnia, że miał być ich produkcją. Jakoś tak się jednak złożyło, że serial nie powstał, a ja zacząłem pracować dla studia. W międzyczasie, jako jedni z pierwszych (wspólnie z moją żoną Marleną, która także jest grafikiem i malarzem) przeszliśmy testy malarskie do filmu. Testy polegały na namalowaniu na podstawie filmu referencyjnego, jak najdłuższego fragmentu animacji utrzymanego w stylu Van Gogha. Pierwsza siedziba studia mieściła się wówczas na ostatnim piętrze biurowca Stoczni Gdyńskiej. Budynek przeznaczony był do remontu. Była zima, a ogrzewanie nie działało. Malowaliśmy więc przyodziani „na zimowo”. Moje pierwsze stanowisko pracy, patrząc z perspektywy skończonego filmu, wyglądało kuriozalnie. Podobrazie leżało na bujającym się stole, a rzutnik stał na poruszanym podmuchami wiatru blaszanym regale. No ale udało się i wkrótce, namalowaliśmy wraz z dwoma innymi malarzami, pierwszy trailer do filmu. Kiedy rozpoczęliśmy produkcję filmu zostałem malującym supervisorem czarno-białej części filmu. Zanim do tego doszło, m.in. rysowałem i malowałem storyboardy oraz pracowałem przy szkoleniach kolejnych grup malarzy.

Szkoliłeś osoby pracujące dokładnie przy tym filmie? To musiała być szalenie skomplikowana produkcja.

Trudność, właściwie na każdym etapie pracy nad tym filmem, polegała na tym, że byliśmy pierwszą ekipą na świecie zmagającą się z takim przedsięwzięciem i nie mieliśmy kogo naśladować, nie było gotowych rozwiązań, które moglibyśmy powielać. Wszystko wychodziło od nas i w miarę jak nabywaliśmy doświadczenia, ewoluowało. W składzie: Dorota Kobiela – reżyser, Hugh Welchman – producent, troje malarzy: Marlena Jopyk-Misiak, Piotr Dominiak i ja, zmieniający się skład dwóch grafików i ogarniający wszystko Tomek Wochniak, pracowaliśmy nad stylistyką, kolejnymi wersjami storyboardów i rozwiązaniami technicznymi. Do tego poszukiwaliśmy artystów do współpracy, co trwało ponad rok. Po selekcji zaprosiliśmy na 6 tygodni do studia w Gdańsku około 30 malarzy. Pierwszą grupę stanowili wyłącznie Polacy. Malarze mieli kilka zadań do wykonania, m. in. skopiować pejzaż czy animować portret. Ocenialiśmy osobno każde z zadań, przyznawaliśmy punkty, tworzyliśmy rankingi. Część malarzy bardzo dobrze odnajdywała się w stylu Van Gogha, ci, którzy nie czuli jego stylu, ale dysponowali świetnym warsztatem malarskim trafiali do „mojej” czarno-białej sekcji. Ostatecznie przeprowadziliśmy trzy duże szkolenia w Gdańsku, jedno w Atenach i jedno we Wrocławiu. Część przyjętych przez nas malarzy odchodziła po namalowaniu kilku, bądź jednego ujęcia i musieliśmy rekrutować na ich miejsce następnych. W sumie w ciągu dwóch lat pracy malowało ten film ponad stu dwudziestu artystów z całego świata. Mieliśmy dwie dziewczyny z Indii – Shuchi i Hemali. Silną grupę Amerykanów. Valerie była z Kanady,  Mayra z Meksyku. Andrew z Australii. Nie byłem w Grecji, więc nie poznałem tamtej grupy, ale poznałem pozostałych i teraz oglądając film, choć to nikomu nie potrzebna umiejętność, potrafię podać imię i nazwisko autora każdej ze scen.

Przeniosę się teraz na chwilę do przeszłości. Tak się składa, że znamy się jeszcze z czasów szkoły średniej a dokładnie z Liceum Plastycznego, tej zwariowanej szkoły z krzywymi oknami, do której uczęszczały różne barwne postacie, m.in. ty. Pamiętam, że założyłeś w szkole grupę artystyczną, która nawet wydała autorski periodyk.

W Plastyku, z inicjatywy mojego kolegi z klasy – Waldka Pranckiewicza, założyliśmy grupę artystyczną, którą nazywaliśmy August Backenbart. Zajęliśmy się początkowo Mail-Artem, później zaczęliśmy wydawać, drukowany na szkolnym ksero magazyn „BUM BUM”. Wydaliśmy dwa numery. Do „BUM BUM” narysowałem swój pierwszy komiks – „Miasto kobiet” – na podstawie książki Federico Felliniego. Do „BUM BUM” narysowałem też swój pierwszy rysunek satyryczny na którym gruby ksiądz mówił „czarne wyszczupla”. Pan dyrektor naszej szkoły powiedział mi, że „bardzo fajny rysunek” (śmiech).

Lata 90. kiedy to wszystko się odbywało to był nieco zwariowany czas. Pamiętam różnego rodzaju hece, które miały miejsce na szkolnych korytarzach.

Akcji w wykonaniu mojej klasy nie pamiętam niestety żadnej, chyba ich po prostu nie robiliśmy. Za to klasa o rok młodsza od naszej, robiła dużo skeczy. Na przykład z ostatniego piętra klatki schodowej znajdującej się nad pokojem nauczycielskim, uczniowie spuścili kiedyś powieszony na przeźroczystej żyłce portfel, tak, że każdy nauczyciel wychodzący po dzwonku na lekcję, miał go wprost przed nosem. Oczywiście każdy próbował go złapać. Portfel wtedy unosił się delikatnie do góry trafiając poza zasięg rąk nauczyciela, z góry zaś dobiegał rechot sprawców. Skeczem samym w sobie był nasz kraj - Polska Ludowa. Skeczem była nasza szkoła – z gotyckimi kolumnami pośrodku sali gimnastycznej. Skeczem były zajęcia z PO (przysposobienia obronnego) na których na trawniku przed szkołą, próbowaliśmy trafić granatem ćwiczebnym do koła utworzonego za pomocą szarfy. Przeszłość raczej rzadko wspominam, bardziej nawet niż teraźniejszość interesuje mnie przyszłość. Ale... lata 90. w Szczecinie były świetne. Ludzie – bystrzy i kreatywni. Ale dziewięćdziesiąte chyba były takie wszędzie. Koniec wieku. Muzyka, kino. Beastie Boys i Tarantino. 

Na dyplom zrobiłeś ilustracje do „Przygód Barona Munchausena”. Wydawać by się mogło, że kolejny krok to studia artystyczne. Tymczasem tak się nie stało.

Na studia do innego miasta nie mogłem wyjechać z powodów finansowych. W Szczecinie nie było wówczas uczelni artystycznej, była za to obowiązkowa służba wojskowa. Na komisji poborowej dostałem kategorię A1, nie byłem jednak zainteresowany karierą w siłach zbrojnych PRL. W tamtych czasach, jednym ze sposobów na odroczenie służby wojskowej było studiowanie. Stąd mój epizod na Wydziale Prawa Uniwersytetu Szczecińskiego, (dostałem się również na socjologię), trzy semestry spędziłem też na wydziale architektury Politechniki Szczecińskiej. Właśnie ze znajomymi z architektury pojechaliśmy na egzaminy na ASP do Poznania. Dostałem się i wyjechałem z miasta. 

Malujesz, pracujesz przy filmach animowanych, ale to z komiksem masz najsilniejszy związek. Co jest fascynującego w tej najbardziej oryginalnej formie literackiej?

Najciekawiej jest na styku. Tam gdzie kilka rzeczy na siebie zachodzi, miesza się i oddziałuje. Jak wielokulturowość w dużym mieście. Komiks jest taką dziedziną sztuki leżącą na styku literatury, kina i sztuk plastycznych. Po za tym, panuje w nim wielka dowolność jeśli chodzi o formę i treść. Nie pociągały mnie nigdy historie o superbohaterach. Bardziej okolice awangardy i undergroundu. Jeszcze jak byłem na studiach, opublikowałem w magazynie „AQQ” parę stripów, które wpadły w oko wydawcy słoweńskiego magazynu „Stripburger”. Później wziąłem udział w ich przedsięwzięciu wydawniczym pt. „Stripburek - comic from the other Europe” (były to czasy tuż po opadnięciu żelaznej kurtyny). W „Stripburku” opublikowałem dość duży fragment komiksu, który zrobiłem na podstawie opowiadania Philipa K. Dicka pt. „Król elfów”. „Stripburka i „Stripburgera” można było kupić na całym świecie, prężnie i świetnie działali, mieli dotacje od ministerstwa kultury Słowenii. Zorganizowali cykl wystaw w Europie. Mnie zaprosili do udziału w wystawie w Poitiers we Francji. Wystawa miała miejsce w Confort Moderne centum kultury alternatywnej, z jedną z nielicznych na świecie bibliotek komiksowych. Parter i piętro. Koncerty i wystawy. Zarządzał nim Didier, były basista z Manu Chao. Poznałem tam kilku innych biorących udział w Stripburgerze rysowników, m.in. Aleksandra Zografa, niewątpliwą gwiazdę światowej sceny alternatywnego komiksu. Zobaczyłem świetne komiksy. Poznałem twórczość Chrisa Weara, który od tamtej pory jest moim ulubionym autorem.

Ty za to dałeś się poznać jako autor przezabawnego albumu „Siedem tygodni”. W tym komiksie bardzo celnie i dowcipnie opisujesz życie współczesnego everymana, jego problemy z bycia ojcem, mężem, synem, przyjacielem, pacjentem... Wszystko zanurzone w absurdalnym humorze. Twój bohater jest trochę wyjęty z komedii Woody Allena.

„Siedem tygodni” jest to rodzaj fabularyzowanego dziennika. Zaczęło się jak zwykle od książki. Pewnego razu czytałem książkę J.M. Coetze’go „Mistrz z Petersburga”. W jednym ze zdań padło tam sformułowanie „arogancka siła młodości”. Pomyślałem sobie: „Hej! Miałem coś takiego. Przepadło, gdy urodził się mój syn.” Narysowałem pierwszy pasek, początkowo w realistycznym stylu. I tak poszło dalej. Jedna z recenzji tego komiksu miała tytuł „Fistaszki w smudze cienia” co mi się bardzo spodobało. Recenzent pisał, że Fistaszki dorosły i nie bardzo wiedzą co dalej.

Twoje komiksy trafiają też poza Polskę.

Ośmiostronicowy komiks na podstawie opowiadania Kurta Vonneguta, który zrobiłem na amerykańską wystawę prac artystów pracujących przy „Twoim Vincencie” będzie najprawdopodobniej sprzedawany w muzeum Kurta w Indianapolis. Tam też będzie miała miejsce pierwsza z cyku wystaw.

Plany na przyszłość?

Przyszłość – wolę nie myśleć o emeryturze – pracowałem i pracuję nadal głównie na umowę o dzieło. Zgodnie z  informacją przesłaną mi jakiś czas temu przez ZUS, gdybym teraz przeszedł na emeryturę dostawałbym jakieś dwadzieścia złotych miesięcznie. Nie pochylam się też nad światem, nie myślę co dalej będzie. Nie martwię się tym, co się dzieje w Polsce i raczej nie martwię się o przyszłość syna. Myślę głównie o tym, co jeszcze mogę zrobić i jak się do tego zabrać. Mam na przykład gotowy do wydania komiks - kontynuację „Siedmiu tygodni”, chciałbym jednak spróbować wydać go najpierw za granicą. Mam pomysły na nowy komiks i książkę. Jestem w trakcie pisania kilku scenariuszy. Chciałbym zrobić pełnometrażowy film animowany na podstawie komiksu, który zrobiłem dla dzieci, a który został jakiś czas temu wydany przez Egmont itd. No i mam też świetną pracę, która pochłania dużo czasu. Jestem animatorem stopmotion w studiu Trefl. Robimy serial dla dzieci pt. „Rodzina treflików”. Leci na TVP ABC. Wsiadam na rower, który kupiłem pracując przy „Vincencie” (wtedy do studia jechałem 35 km w jedną stronę, z centrum Gdyni przez Sopot do Gdańska), teraz jadę 5-10 minut, bo studio jest nad morzem, na końcu mojej ulicy.

A Szczecin? 

W Szczecinie bywam odwiedzając mamę. Zazwyczaj wpadamy z synem. Ostatnio byliśmy też z psem. Latem. Byliśmy z Ziemkiem na Monty Phytonie w Teatrze Polskim. Było bardzo fajnie.

Dziękuję za rozmowę.

3( 113)
Marzec'18
gajda