Etat na skoczni

Piotr Lisek jest obecnie najbardziej rozpoznawalnym sportowcem ze Szczecina. Miniony rok był dla niego pasmem sukcesów – jako pierwszy Polak skoczył o tyczce 6 metrów, a najlepszy w karierze sezon przypieczętował wicemistrzostwem świata na stadionie w Londynie. Te osiągnięcia sprawiły, że zajął 8 miejsce w Plebiscycie na Najlepszego Sportowca Polski 2017 Roku. Ten rok zaczął się dla niego równie dobrze, zwycięstwami w serii mityngów i uzyskaniem najlepszego wyniku na świecie w hali (5,91). Kilka dni temu (już po zamknięciu wydania naszego magazynu) startował w mistrzostwach świata w Birmingham. Przed wyjazdem udało nam się porozmawiać.

Autor

Jerzy Chwałek

galeria

Podczas Gali Mistrzów Sportu w Warszawie sprawiałeś wrażenie mocno stremowanego. Na skoczni czujesz się pewniej niż na scenie?

Zdecydowanie tak. Na scenie ani gdziekolwiek indziej nie jestem przygotowany na wypowiedzi przed publicznością. Na gali czułem stres chyba dwa razy większy niż na starcie podczas ostatnich mistrzostw świata w Londynie. 

Czy 8 miejsce w gronie najlepszych sportowców Polski było zaskoczeniem?

Było, bo nie liczyłem na pierwszą dziesiątkę, ale cieszę się, że kibice mnie docenili. Nie wiem czy wzięli pod uwagę to, że skoczyłem 6 metrów. Bardzo trudno jest porównywać wyniki w różnych dyscyplinach sportu, więc to raczej jest plebiscyt na najpopularniejszych, a nie najlepszych sportowców. 

Na gali był obecny i złożył Ci gratulacje Władysław Kozakiewicz, mistrz olimpijski z 1980 roku. On sam, jak i niektórzy fachowcy porównują was do siebie, ze względu na warunki fizyczne i cechy wolicjonalne... 

Fajnie nam się rozmawia ze sobą i chyba się lubimy. Pan Władek opowiadał mi sporo historii ze skoczni z jego czasów. A czy jesteśmy podobnymi tyczkarzami? Być może cechuje mnie zadziorność jaką on prezentował na skoczni, ale chyba każdy tyczkarz czy wręcz każdy sportowiec powinien być taki. Natomiast w życiu prywatnym jestem raczej stonowanym i spokojnym człowiekiem.

Kozakiewicz równie co złotym medalem zapisał się w historii charakterystycznym gestem po wykonaniu skoku – pokazał „wała” radzieckiej publiczności. Ty nie musisz niczego pokazywać, bo żyjemy w innych czasach. Twoim sztandarowym gestem jest groźna mina i charakterystyczny okrzyk, gdy ruszasz z tyczką na rozbiegu. Skąd to się wzięło?

Nie zaprzeczam, że tak jest. Kiedyś mnie to nakręcało i mobilizowało przed skokiem, i już tak zostało. Taki mój znak rozpoznawczy, ale gdyby go nie było, to chyba czegoś brakowałoby w moich skokach i ja sam źle czułbym się bez tego.

A propos nakręcania się. Podczas wielu mityngów każdy z tyczkarzy skacze przy wybranej przez siebie muzyce. Twój utwór, skądinąd bardzo fajny, to „Sail” zespołu Awolnation. Skąd taki wybór?

To nie jest mój ulubiony zespół, ani gatunek muzyki. Natomiast akurat ten utwór idealnie pasuje do skakania i do mojego charakteru. Rytm pasuje, słowa pasują, bo mówią o swobodnym spadaniu, a więc o tym, czego doświadczam na skoczni. Lubię ten utwór i go nie zmienię. 

Jakiej muzyki słuchasz poza skocznią? 

Alternatywnego rocka i hip hopu. Ostatni koncert na jakim byłem we wrześniu ubiegłego roku, to był występ rapera i piosenkarza, Quebonafide.

Z czasem wolnym u profesjonalnego sportowca nie jest chyba najlepiej?

W trakcie sezonu nie mam czasu, żeby wyskoczyć na koncert, nie ma nawet takiej opcji. Pomiędzy sezonami miałem trzy tygodnie wolnego, czyli nie za wiele. Spędziłem je z żoną Olą na Cyprze, ale tak naprawdę, to odpocznę dopiero na sportowej emeryturze. 

Żona nie narzeka, że tak mało Cię widzi?

Staramy się być ze sobą jak najczęściej. Zabieram ją czasami na obóz przygotowawczy albo na zawody. W lutym spędziłem kilkanaście dni w domu w Szczecinie, bo z Berlina mam lepsze połączenia samolotem, gdy lecę na zawody, niż z Warszawy.  

Co najbardziej lubisz robić w domu w ramach relaksu?

Zwykle oglądamy wspólnie filmy, czytam książki i spaceruję z psem. Tak więc nic oryginalnego. Powrót do normalności po wielotygodniowych obozach i wyjazdach jest wskazany. 

Ile czasu dziennie trenujesz w okresie przygotowawczym? 

Siedem albo godzin dziennie, mam na myśli trening i całą niezbędną otoczkę. Czyli tyle, co normalnie człowiek spędza w pracy. To tak jakbym miał normalny etat, tyle że mój jest na skoczni. 

Do Szczecina przyjechałeś z Wielkopolski. W ilu procentach czujesz się szczecinianinem?

To ciężkie i podchwytliwe pytanie (śmiech). Nie wiem jak to procentowo rozdzielić. Moje korzenie są w Dusznikach Wielkopolskich, gdzie się urodziłem, ale jeśli tutaj mieszkam od sześciu lat, to czuje się też mocno szczecinianinem. 

3( 113)
Marzec'18
gajda