Autor

Dariusz Staniewski

Część narodu się cieszy, a część przeklina nie mogąc np. w niedzielę rano kupić piwa na kaca. O bułkach lepiej nie wspominajmy. W Szczecinie z powodu marcowych niedziel bez handlu zamieszek nie było. Trochę ludzi poszło do kościołów (choć szału frekwencyjnego nie odnotowano), a część wykorzystała ładną pogodę szlajając się po Jasnych Błoniach i Walach Chrobrego odpoczywając po niedzielnych rosołach i schabowych. Ale znalazła się także część lokalnego społeczeństwa, której chyba wyłączono wodę w domach, bo postanowili się zanurzać w odmętach Jeziora Głębokie. W marcu, prawie na golasa, jeszcze udając, że ich to cieszy i są przeszczęśliwi. Mówiąc krótko – „morsy” zaatakowały Głębokie w pierwszą niedzielę bez handlu.  Przechodnie i przejeżdżający obok kąpieliska ze zgrozą, zdumieniem, przerażeniem i może nutką podziwu oraz zazdrości patrzyli na to widowisko. Kupa dorosłych ludzi w zimnej wodzie! Wystarczyło, że zamknięto na jeden dzień hipermarkety i dyskonty. A już ludziom przyszły do głowy przedziwne pomysły.

Niewiele osób pewnie pamięta, ale 10 lat temu Szczecin przeżył prawdziwy Armagedon. Dokładnie 8 kwietnia 2010 roku w mieście zgasło światło. Potężne opady śniegu (tak, tak, w kwietniu) doprowadziły do zerwania sieci energetycznej, przez co prawie cały Szczecin przez kilkanaście godzin nie miał prądu. Ludziom w oczy zajrzało widmo rozmrożonych lodówek i braku telewizji oraz kolejnego odcinka „M jak miłość” (niestety nie było wtedy porywającej „Korony królów” i szczecinianie musieli napawać swój wzrok losami Hanki Mostowiak, która potem zginęła tragicznie przygnieciona kartonami). Teraz władze Szczecina zapewniają, że „blackout”, czyli największa awaria sieci energetycznej w Szczecinie od zakończenia II wojny światowej już się nie powtórzy. Ale miała ona również swoje drugie oblicze. Tajne służby na zlecenie wojewody, prezydenta miasta oraz premiera opracowały specjalny raport dotyczący tej katastrofy. Oto fragment tego opracowania: „Jesienią i zimą 2008 roku lekarze odnotowali w Szczecinie  nagły wyż demograficzny. Na oddziałach położniczych szczecińskich szpitali zaczęło brakować miejsc. Okazało się, że to efekt katastrofy energetycznej z 8 kwietnia 2008 roku. Socjologowie odnotowali także powrót do pewnych zachowań społecznych, którym groził prawdziwy zanik, czyli atrofia. Chodzi m.in. o nagłe zacieśnianie więzi międzyludzkich np. między sąsiadami w bloku, czy też odnawianiu dawnych obyczajów towarzyskich w postaci np. wspólnej konsumpcji alkoholu, różnych potraw oraz śpiewaniu piosenek i pieśni, niekoniecznie o charakterze patriotycznym”. I tak dzięki jednej gigantycznej awarii energii ludzie odnowili znajomości, nawiązali nowe, pobawili się, wymienili poglądy, a i obywateli w mieście przybyło. Tylko dziwnym trafem żadne z narodzonych 10 lat temu dzieci na nosi imienia „blackout”.   

Okrągła rocznica minęła a miasto przegapiło okazję do wielkiej akcji promocyjnej Szczecina. Można było zorganizować np. specjalny festiwal muzyki deathmetalowej pt. „Szczecin unplugged”, zlot przedstawicieli różnych sekt religijnych z satanistami na czele, widowisko plenerowe z elementami czarnej magii pt. „ponowne spalenie ostatniej czarownicy w mieście”, czyli Sydonia von Borck pozdrawia oraz przegląd najgorszych filmów – horrorów i thrillerów zrealizowanych na całym świecie, których lektorem byłby redaktor Dariusz Szpakowski – najsłabszy chyba komentator sportowy na globie. Do tego specjalne menu w szczecińskich restauracjach – kaszanka, czernina, „czarna polewka”, sok z czarnej porzeczki, ciemne piwo, czarna whisky oraz drinki pt. „Black Russian”. Po tym wszystkim można mieć już tylko czarne myśli oraz czarnowidzieć swą przyszłość. Cytując klasyka – widzieć tylko ciemność.

 
4( 114)
Kwiecień'18
gajda