Mistrzowskie kadry

Ich zdjęciami zachwycają się niemal wszyscy. Fotografują: ludzi, widoki, wydarzenia codzienne, kulturalne czy sportowe. Starają się zawsze być tam, gdzie się coś wydarzy. Szczecińscy fotoreporterzy od lat uwieczniają to, jak zmienia się nasze miasto. Włodzimierz Piątek, Marcin Bielecki, Jarosław Gaszyński oraz Andrzej Szkocki przyznają, że nie robią tego głównie z obowiązku, ale przede wszystkim z pasji. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Marcin Bielecki, klasa sama w sobie

Bez wątpienia jest jednym z najlepszych fotoreporterów nie tylko w Szczecinie, ale i w kraju. Przez niemal 20 lat pracy zdobył mnóstwo nagród w ogólnopolskich konkursach. Dzisiaj Marcin Bielecki pracuje w Polskiej Agencji Prasowej i… wciąż zdobywa wyróżnienie za wyróżnieniem. Jednocześnie pokazuje, że osiągając sukcesy można pozostać sympatycznym oraz skromnym facetem. – Nie lubię się chwalić, być może wynika to z mojego charakteru – przyznaje. – Kiedyś założyłem profil na facebooku i stwierdziłem, że będę pokazywał tam najlepsze fotografie. Nawet to mi nie wyszło. Nie mam takiej wewnętrznej potrzeby. Oczywiście, bardzo mi miło, gdy ktoś zwróci uwagę na moją pracę, gdy napisze czy pokaże zdjęcia. Zanoszę wówczas to mamie i jest ze mnie bardzo dumna. Nie mam jednak ciśnienia, żeby wszędzie było mnie dużo. Robię swoje. 

Zdjęcia Marcina mogliśmy wielokrotnie oglądać na wystawach fotograficznych. W ubiegłym roku mieli okazję zrobić to również… Hiszpanie! Wystawa fotoreportera zagościła w Barcelonie. Wszystko zorganizowała koleżanka Marcina – Kasia Opalińska. Przygotowała to w tym mieście już po raz drugi. Zdjęcia przedstawiały niepełnosprawnych sportowców m.in. rugbistów, pływaków, ludzi na wózkach inwalidzkich. – To efekty wielu lat mojej pracy. Nigdy nie fotografuję „pod wystawy”. Pewnego razu siadłem do komputera i okazało się, że mam taki tematyczny zbiór. Został nagrodzony na kilku konkursach. Cieszę się, że znaleźli się chętni, by to zobaczyć – mówi Bielecki. 

Sukcesy Bieleckiego

W ubiegłym roku Marcin osiągnął kolejny sukces. W konkursie Gdańsk Press Photo jego zdjęcia rywalizowały z 1200 innymi i oczywiście – okazały się ponownie najlepsze. O kunszcie fotoreportera świadczy też fakt, że jego nazwisko znalazło się w jubileuszowym albumie Grand Press Photo, gdzie wymienieni zostali najczęściej nagradzani fotoreporterzy. – W 2017 roku pierwszą nagrodę otrzymałem za reportaż o ratowaniu orła bielika, który wpadł do błotnistej mazi w okolicach rezerwatu Karsiborskie Paprocie przy Świnoujściu. Wysłałem propozycje na konkurs i ostatecznie byłem niesamowicie zaskoczony i szczęśliwy, że zostałem w taki sposób wyróżniony. 

Fotoreporter nie wyobraża sobie życia bez aparatu. Nie korzysta z większych obróbek w programach graficznych. Uważa, że dobre zdjęcie powinno być „surowe”. Dotychczas zrobił ich już ponad milion. – Gdy pracowałem w jednej ze szczecińskich gazet zmienialiśmy w pewnym momencie serwery i trzeba było skopiować archiwum. Zdjęcia posegregowane były na lata. Tylko z jednego roku okazało się, że przekazanych do gazety było 30 tysięcy fotografii. Dodatkowo przecież mam archiwum prywatne. Nie da się tego zliczyć. Już kilka razy zmieniałem migawkę w aparacie, a mają one gwarancję na 250 tysięcy klatek – opowiada. 

Już niebawem planuje zakup nowego sprzętu. Czeka go niemały wydatek, bo szacuje, że będzie musiał wydać równowartość nowego samochodu. Z pomocą przyjdą mu banki, które skredytują zakup. Z fotografii można wyżyć, jednak zostać milionerem… bardzo trudno. – Żyję z fotografii. Nie jednak ślubów, nie fotografuję na komuniach czy innych imprezach okolicznościowych. Uwielbiam pracę dla gazet. Najbardziej opłacalną tematyką jest sportowa. Na szczęście wszystkie drużyny mam ekstraklasowe i dzięki temu fotoreporterzy mają co robić. Gdy się którejś przydarzy nieszczęście i spadnie z najwyższej klasy rozgrywkowej – wszyscy w tej tematyce staną się bezrobotni. Pierwsza liga nikogo bowiem nie interesuje 

Marcin przyznaje szczerze, że i jemu zdarzają się słabe zdjęcia. Wszystko zależy od dnia. Nie rozpamiętuje ich jednak i za każdym razem stara się by przed samym sobą zatrzeć złe wrażenie. – Tak, jak każdy mam słabsze dni. Dzieje się tak z różnych powodów. Są chwile, gdy jestem załamany widząc efekty swojej pracy. Najbardziej natomiast jestem zadowolony z fotoreportażu ze wspomnianym orłem bielikiem. Powstał w fajnych okolicznościach. Działam tak naprawdę pod wpływem chwili. Lubię społeczne tematy, również sportowe. Z PAP jeżdżę na imprezy międzynarodowe – chociażby towarzyszyłem reprezentacji szczypiornistek w Niemczech czy Szwecji. Fotografia cały czas mnie kręci. Wstaję rano i o tym myślę. W pracy sam muszę wynajdować tematy, sam je opisywać, co jest dla mnie nowością – opowiada. 

Bielecki zachęca by robić dużo zdjęć. Dzięki temu można nauczyć się warsztatu. Do osiągnięcia sukcesu potrzebne jest również „oko”, czyli umiejętność znalezienia się w odpowiednim miejscu oraz spostrzegawczość. – To kawał ciężkiej pracy. Róbmy zdjęcia jak najczęściej. Sprzęt ma drugorzędne znaczenia. Jak komuś wydaje się, że uniemożliwia mu to amatorski aparat niech pomyśli, że pod koniec lat 90 ten sam sprzęt był profesjonalny. Takimi robiliśmy bowiem zdjęcia do gazet – podsumowuje. 

Jarek w miejscu nie usiedzi

Jarek Gaszyński przed laty był piszącym dziennikarzem. Nie przypadło mu to jednak do gustu i porwał się do robienia zdjęć. Dzisiaj słynie z tego, że nie potrzebuje odpoczynku. Wszędzie towarzyszy mu plecak wypchany sprzętem: aparatem i obiektywami. Tam gdzie Jarek stoi – tam musi zrobić fotkę, która znajduje się później najczęściej na facebooku. 

– Na Facebooku prezentuję relacje fotograficzne z wydarzeń, które dzieją się w naszym mieście... nie jest to działalność zarobkowa, ale staram się pokazać interesujących ludzi z naszego miasta i to co robią, zespoły muzyczne i koncerty, restauracje szczecińskie, wydarzenia sportowe, no po prostu wszystko, co się dzieje gdzie akurat jestem, bo aparat zawsze mam ze sobą i dokumentuje. Pasje fotografowania rozwijam od kilkudziesięciu lat i nie mam zamiaru zrezygnować, a wręcz przeciwnie – chciałbym podnosić kwalifikacje i podejmować nowe wyzwania fotograficzne – przyznaje.

Gaszyński fotografuje od 1978 roku. Wówczas robił pierwsze reportaże z wydarzeń kulturalnych z klubów studenckich. – To była fotografia analogowa, a więc wymagająca dużo pracy. Nie liczyło się tylko wykonanie zdjęcia. Na filmie mieliśmy ograniczoną ich liczbę do 36 klatek. Osobiście wykonywałem cały proces obróbki negatywów, pracowałem w ciemni fotograficznej – wspomina.

Współpracował wówczas z Kurierem Szczecińskim, tygodnikiem Morze i Ziemia, ale głównie z kolorowym tygodnikiem ITD. Przyznaje, że prawdziwą pracę fotoreportera poznał jednak dopiero w Radiu Szczecin. Dobrą szkołę dały mu codzienne serwisy fotograficzne o każdej porze dnia i nocy. Od wielu lat publikuje zdjęcia także w Prestiżu. – Zrobiłem miliony zdjęć, ale faktycznie mam kilka ulubionych. Jednym z nich jest zdjęcie z finałów tenisowego święta naszego miasta turnieju PEKAO Szczecin Open, na których Dustin Brown od lat jest liczącym się w rozgrywkach zawodnikiem. Największe zainteresowanie wzbudza jednak swoim wyglądem i zachowaniem. Zdjęcie uzyskało olbrzymią ilość polubień na jego oficjalnym profilu. Drugie zdjęcie przedstawia wnętrze hotelu Piast, udało mi się wejść do środka obiektu, który dzisiaj wzbudza bardzo dużo emocji szczecinian. Kamienica została uznana obecnie za grożącą zawaleniem, teren ogrodzony, ale wiele osób chce wpisania jej na listę zabytków i wyremontowania zachowując walory zabytku.

Szkocki lubi tenis

Andrzej Szkocki pracuje w jednym ze szczecińskich dzienników. Należy do tych, co kochają swoją pracę. Fotografią interesuje się od najmłodszych lat, więc zostając fotoreporterem jednocześnie spełnił swoje marzenie. – Udało się i robię to, co lubię. Na dodatek za to mi płacą. I tak od 20 lat – przyznaje. – Jako fotoreporter muszę robić zdjęcia wielu różnych tematów. Ulubiona tematyka do zdecydowanie sport. Ci, którzy mnie trochę znają to wiedzą, że na pierwszym miejscu jest tenis.  

Andrzej lata więc po całym świecie po różnych tenisowych turniejach i fotografuje najlepszych zawodników. Obowiązkowo jest zawsze na PEKAO Szczecin Open. – Oczywiście, jeśli to tylko możliwe bywam też na innych dużych imprezach typu mistrzostwa Europy czy Świata w lekkiej atletyce, imprezach pływackich, czy także na Igrzyskach Olimpijskich. Zdarza się także, że czasem aparat odkładam na bok, bo muszę napisać mniejszy lub większy tekst. Prywatnie uwielbiam podróżować, więc kiedy tylko jest okazja i pozwalają na to finanse jadę zwiedzać świat. Na każdą wycieczkę zabieram ze sobą aparat i za każdym razem robię mnóstwo zdjęć. 

Fotografia i podróże to jednak nie wszystko, co pasjonuje Andrzeja. Wolne chwile spędza grając w badmintona, koszykówkę, tenisa czy sqasha. Zimą jeździ na narty. – Tak, jak każdy mam też swoje marzenia. Jednym z nich jest praca podczas igrzysk 2020 w Tokio. Cały czas wierzę, że to najważniejsze zdjęcie – zdjęcie życia jest jeszcze przede mną – podsumowuje. 

Włodzimierz Piątek – legenda szczecińskiej fotografii

Na deser należy wspomnieć o legendzie szczecińskiej fotografii – Włodzimierzu Piątku. Zdjęcia robi od 70 lat!  – Gdy miałem 9 lat w szafce taty znalazłem skrzynkę. Nie wiedziałem co to jest, jednak wyciągnąłem i zacząłem się nią bawić. Pewnego razu przyjechał do nas stryj, który opowiedział do czego służy to tajemnicze, fascynujące urządzenie. Pobiegłem do miejscowego fotografa i kupiłem kliszę oraz zestaw wywoławczy. Pamiętam, jak dzisiaj: zdjęcia wywoływałem później w głębokim talerzu – wspomina. 

Pierwsze zdjęcie małego Włodka przedstawiało kozę. Zrobione zostało w niewielkiej miejscowości pod Poznaniem, gdzie mieszkał. Było to także w okolicach targowiska. Zachwycony aparatem biegał w to miejsce i z ukrycia robił swoje pierwsze fotoreportaże przedstawiające ludzi. 

V Miałem ten plus, że byłem małym dzieckiem a ludzie mnie olewali.  Mogłem więc robić niesamowite ujęcia. Służył mi do tego aparat marki FILMA wyprodukowany w 1934 w Chodzieży. Zresztą mam go do dzisiaj i jest w stu procentach sprawny – opowiada Włodek. 

Do dzisiaj pozostało w Piątku zamiłowanie do robienia fotoreportaży przedstawiających właśnie ludzkie historie. Pan Włodzimierz do Szczecina przyjechał w 1960 roku. Przez 17 lat pracował jako fotoreporter w Gazecie Wyborczej. Od samego początku współpracował także z instytucjami kultury, jak teatry czy opera. – Zrobiłem niezliczoną ilość zdjęć. Mam na nich dokładnie pokazane, jak przez te lata zmieniał się Szczecin. Brałem udział w wielu historycznych dla tego miasta wydarzeniach. Fotografowałem m.in. rozerwanie się działa zabytkowej armaty w 1972 roku. Wystrzałem z niej chciano uczcić Dni Morza – doszło wówczas do tragedii. Pięć lat wcześniej doszło do katastrofy tramwajowej, w której zginęło 15 osób. Również robiłem zdjęcia.  Za mną jest kawał historii. 

Dzisiaj sympatyczny pan Włodek ma 79 lat. Sprzedał już większość swojego sprzętu, w tym 15 ciężkich obiektywów Nikona. Zdrowie nie pozwala mu już dźwigać ciężarów. Kupił za to jeden teleobiektyw i oddał się fotografowaniu przyrody. – Nie ma dnia bym nie robił zdjęć. To jest moja największa pasja i tak już pozostanie. Fotografowanie przyrody bardzo mnie uspokaja. Obiektyw, który kupiłem pozwala mi robić wciąż doskonałe zdjęcia. Nie wyobrażam sobie, że mógłby zajmować się czymś innym – podsumowuje. 

4( 114)
Kwiecień'18
liujo