Opowiem Wam bajkę…

Autor

Szymon Kaczmarek

Było to bardzo, bardzo dawno temu. W czasach, gdy fast food działał na hasło „Mamo! rzuć chleba!!!”, a na czat mówiliśmy trzepak. Najlepszym komunikatorem był gwizd na palcach, a w całym bloku był tylko jeden telefon, który miał tarczę, ale nie miał wi-fi. W tym samym bloku był też jeden telewizor. Kolorowy, a i owszem. U góry niebiesko było, w środku żółto, a na dole zielono. Tak, że nikt mi nie wmówi, że Zorro chodził ubrany na czarno. Telewizor miała Pani Chądzyńska, kobieta samotna, ale lubiąca dzieci. W jej kawalerce mieściło się nas czasem i dwudziestu. Zwłaszcza jak leciał „Tjeryśmiałek”, albo „Berchegol”. Po filmie biegliśmy na Play Station (czyt. podwórko) i graliśmy w paintballa kulami z piachu, lub błota. W zależności od pogody. Albo w jakąś grę strategiczną, na przykład podchody. Zasady były proste: wyznaczaliśmy obszar (od Wałów Chrobrego do stadionu Pogoni na przykład) i uzbrojeni w kawałki cegły rozbiegaliśmy się po mieście. Strzałki rysowaliśmy co sto kroków. Pięćdziesiąt to było dla dzieci. Miasto było pomazane strzałkami, które dziś zmieniły się w bazgroły zwane „graffiti”. W tych czasach gadaliśmy ze sobą i to za pomocą ust, a nie kciuków. Patrzyliśmy sobie w oczy. Znaliśmy się z codzienności, nie ze zdjęcia profilowego. I nikt nie liczył ilu ma znajomych. Nie było hejtu, tylko normalna naparzanka po lekcjach. Ale i tu zasady były proste: bez gryzienia, drapania i plucia. Po bójce wspólnie szliśmy grać w platformówki i symulatory. To znaczy w grzyba, lub w pikuty. A najlepiej na symulatorze Wyścigu Pokoju. Starannie przygotowana trasa zajmowała pół podwórka. Wiodła przez murki, krawężniki i kałuże. Gdy o zmroku kończyliśmy kolejny etap, komisyjnie ustalaliśmy miejsce położenia naszych kapsli-zawodników. Potrafiliśmy samodzielnie zrobić procę, łuk, a nawet kuszę. Do tej ostatniej wystarczył odpowiedni drewniany wieszak, kawałek deski i klamerka do bielizny. 

Fakt, utrudnione było korzystanie z wujka googla. Trzeba było aż do Biblioteki śmigać. Ale za to jaka tam Ruda śliczna w piątki miała dyżur… Śliczna bez Photoshopa, tak po prostu i naturalnie. Opowiadam o czasach gdy najnowsze filmy ściągało dla nas przedsiębiorstwo dystrybucji filmów, a nie torrenty. Jeśli miałeś dobry zasięg u konika przed kinem „Kosmos”, to nawet na premierę nowego Luisa De Fine zdobyłeś bilet. Bo „Kosmos” to było kiedyś kino drogie dzieci. Podobnie jak „Polonia”, „Bałtyk”, „Colloseum”, czy „Delfin”. Takie to dziwne czasy były, że ludzie z domu wychodzili, by zobaczyć film. Naprawdę. Czasy w których by przeczytać następną stronę ukochanej książki, trzeba było przewrócić kartkę papieru! Wychodziło się z domu choćby po to, by popatrzeć na Miasto. Spotkać z przyjaciółmi. Naszym „orlikiem” był olbrzymi trawnik, który dziś zajmuje „Galaxy”. A pogodę sprawdzaliśmy wystawiając głowy na deszcz…

Piękna bajka. Zwłaszcza dla opowiadającego. Bajka młodości i beztroski. Oczekiwań i nadziei. Bajka w której ważne miejsce zajmuje maj. Bo w maju już czuć było powiew lata, wakacji, przygody. Ten powiew majowy czuję i dzisiaj. Może tylko oczekiwania nieco inne i mniejsza nadzieja? Wyrzucę smatfony, ajfony, komputery i tablety. Do torby włożę chleb i ser. Pójdę nad brzeg Rzeki niezmienny i bliski. Rozpalę ogień, taki żywy z gałązek, nie z pikseli…Wsłucham się w najpiękniejszy koncert świata, w setki ukrytych w zielonym listowiu ptaków. Pogadam ze sobą…

Potem zrobię selfiaczka, wrzucę na fejsa i z zapartym tchem będę obserwować ekran. Iluż to moich „znajomych” polubi? No, chyba, że nie będzie zasięgu, ale to już zupełnie inna bajka.

5( 115)
Maj'18
gajda