Andrzej Piaseczny: „Wolę sadzić róże, niż tańczyć z gwiazdami”

Trzeciego czerwca Andrzej Piaseczny zaśpiewa w Teatrze Letnim. Już dzisiaj opowiedział nam o tym, czy zobaczymy go także w nowej edycji The Voice of Poland. Zdradził też rodzinną tajemnicę związaną z al. Wojska Polskiego w Szczecinie. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

W czerwcu zawita pan do Szczecina. W jaki sposób można zareklamować koncert w Teatrze Letnim?

Nie jestem specjalnie dobry w reklamowaniu samego siebie. Zresztą, może to wskazane zachowanie. Wszak mówi się, że Polacy cechują się tym, że lubią skromność. Warto przyjść na koncert, bo będzie to okazja do spotkania czy wspólnego pośpiewania. Jest duża szansa, że znają państwo sporo moich piosenek. Naprawdę miło spędzimy ten wieczór. 

Lubi pan przyjeżdżać do Szczecina?

Lubię, mimo że mówi się, że Szczecin leży na końcu świata. Zawsze można spojrzeć na to z drugiej strony i powiedzieć, że jest to przecież początek. Mam tutaj znajomych, ale również nie tak dawno okazało się, że z tym miastem związana jest historia najbliższych mi osób. Mój dziadek zaginął po wojnie i mieszkał w Szczecinie. Niestety nie miałem okazji go poznać. Dopiero po wielu latach odnaleźliśmy jego ślady, a jednocześnie trafiliśmy na przyrodnią siostrę i przyrodniego brata mojej mamy! Nie wiedziała o ich istnieniu. Nie mieszkają już u was, spędzili w Szczecinie dzieciństwo i wyprowadzili się do Szwecji. Za kilka tygodni zabieram mamę do Goeteborga. Jedziemy tam, by poznała rodzeństwo. 

Niesamowita historia. Wie pan, gdzie mieszkał dziadek?

Oczywiście, przy al. Wojska Polskiego. Teraz mieści się tam zakład fryzjerski. Podczas jednego z pobytów w Szczecinie odwiedziłem to miejsce. Niestety, była sobota i zastałem zamknięte drzwi. Chciałem tylko wejść do środka i chociaż dotknąć ścian, których kiedyś dotykał mój dziadek. Tym razem się nie udało, ale jestem pewien, że będę chciał udać się tam raz jeszcze. 

Jest pan na scenie 25 lat. Doskonale pamiętamy początki kariery. Muzyka wtedy różniła się od tej, której słuchamy dzisiaj. Czym więc różni się Piasek sprzed ćwierć wieku z dzisiejszym Andrzejem Piasecznym?

Z jednej strony 25 lat to szmat czasu. Z drugiej natomiast wydaje nam się, że to, co było wtedy, to nie takie odległe czasy. Moje pierwsze płyty były zdecydowanie inne. Wiele razy mówiłem o tym, i mogę powtórzyć, że w momencie, gdy zaczynałem śpiewać moje umiejętności były znacznie mniejsze, niż teraz. Dzisiaj chyba wychodzi to lepiej. Ale nie ma co się dziwić: zmieniamy się żyjąc i pisząc kolejne utwory. Prawda jest też taka, że gdyby nie Piasek, nie byłoby teraz Andrzeja Piasecznego. Były upadki i wzloty. Kilku piosenek z pewnością bym nie napisał. Ludzie lubią hity i zostają nimi te, które częściej są grane w radiu. Stacje wybierają po jednym, dwa utwory i je puszczają. Wiele osób ma z tymi piosenkami przyjemne wspomnienia. To jest i dla mnie bardzo miłe. 

Których piosenek by pan w takim razie nie napisał raz jeszcze? 

Nie, tego to nie powiem. (śmiech) 

Wspomina pan także o porażkach. Jakich?

Chcielibyście wrócić do Eurowizji, w której wystąpiłem? To jest wspomnienie, do którego szczerze się uśmiecham. Nie ma takich traumatycznych przeżyć, o których chciałbym zapomnieć, Eurowizja też nim nie jest. Każda płyta, która sprzedaje się w mniejszej ilości egzemplarzy nie należy do sukcesów. Dla mnie najważniejsze jest to, że po pewnym czasie mogę usiąść, włączyć płytę i powiedzieć, że ją lubię.  Naprawdę nie rozpamiętuję porażek. Lubię uśmiechać się zarówno do tego, co wychodzi, jak i tego, co nie wyszło. Cieszę się każdym dniem. 

Nie ma dnia, by serwisy plotkarskie nie pisały o gwiazdach mniejszych, czy większych i nie wchodziły z butami w ich życie. Komentarze na ogół też są różne. Jest niewiele gwiazd, które cieszą się ogromną sympatią i pod artykułami o nich przewijają się niemal wyłącznie pozytywne głosy. Należy pan do takich osób. 

Przecież i mi zdarza się powiedzieć jakieś głupoty. Ludzie są bardzo wyczuleni na fałsz, trzeba być sobą. Jest pełno postaci, które odniosły mniejszy czy większy sukces medialny, są obecne na portalach i rzeczywiście ciągle o nich piszą. Budzą bowiem ogromne zainteresowanie. Gdybyśmy jednak się zastanowili czy chcielibyśmy zaprosić je do stołu i zjeść z nimi wspólny obiad – nie byłoby już to tak oczywiste. Za mną paparazzi nie latają, bo nie jestem dla nich ciekawy. Bardzo mnie to cieszy. Nie zazdroszczę tym, co się z nimi użerają, to nic przyjemnego. Chodzą ci za plecami, podglądają z kim się spotykasz, kiedy upijesz. Każdy ma prawo się upić, ja również. I to robię. Nie musi o tym przecież każdy wiedzieć. 

W jakim pan jest momencie swojej kariery? Będę kolejne płyty?

Dosyć blisko jest płyta, która będzie dokumentacją 25 lat pracy. Wydaje mi się, że będzie to bardziej płyta koncertowa live z jakimś dodatkiem. Nagranie krążka nie zajmuje mi dwóch czy trzech miesięcy, bardziej dwa lata. Pomysłów mi nie brakuje. Prawda jest też taka, że gdy działa się w muzyce POP, to trzeba walczyć o sukces. Dochodzę już do tego momentu, że nie chce mi się prowadzić już takiej walki. 

Może pomysłem na siebie jest udział w programach telewizyjnych? Myślał pan by zwiększyć w jakiś sposób swoją aktywność w telewizji?

Nie ma we mnie ducha rywalizacji. Mamy zupełnie inny charakter. Inna sprawa, że nie dostaję wielu propozycji. Kiedy chcę pojechać do Azji – jadę, nie potrzebuję do tego programu. Nie zamierzam też brać udziału w Tańcu z Gwiazdami. Taneczny to jestem u siebie – na koncertach. Chyba, że będzie się tańczyło coś w stylu poloneza – wtedy to rozważę. Inne programy nie są dla mnie. Wolę spędzić ten czas na sadzeniu róż w ogrodzie. 

Zostaje program The Voice of Poland…

W tym programie już także nie wystąpię, zrezygnowałem. Nie mówię jednak, że na zawsze. Kto wie – być może zabraknie widzom na jurorskim fotelu mnie i mojego specyficznego poczucia humoru. Wtedy zobaczymy co przyniesie życie. 

5( 115)
Kwiecień'18
gajda