Aktorki, tancerki... Kobiety

Pięć młodych kobiet. Cztery aktorki, jedna tancerka. Wszystkie grają na scenie, teatralnej i baletowej. Są piękne i bardzo utalentowane. Znalazły dla nas czas, by stanąć przed obiektywem i zagrać kolejną z ról. Po zejściu ze „sceny” i zmyciu makijażu, dały namówić się na zwierzenia. W rolach głównych: Stephanie Nabet, Marta Jesswein, Adrianna Janowska-Moniuszko, Magdalena Wrani-Stachowska i Paula Niemczynowicz.

Autor

Aneta Dolega

Stephanie Nabet

Scena 

Scena jest dla mnie wszystkim, jest również miejscem mojej pracy. To inny świat, tutaj nie jesteś tą samą osobą co w prawdziwym życiu. Żyjesz życiem kogoś innego. Kiedy byłam dzieckiem, jedyne co wiedziałam to, że chcę zostać tancerką. Od zawsze moim marzeniem było tańczenie na scenie, odgrywanie różnych ról.

Taniec

To moje życie, moja pasja… jest jak narkotyk! Nie wyobrażam sobie życia bez niego, dlatego też każde obrażenie, czy sytuacja kiedy nie mogę tańczyć jest dla mnie wręcz szokujące.

Początek

Opera w Szczecinie to moja pierwsza poważna scena. Trafiłam do niej w wieku 17 lat więc byłam bardzo młodą osobą. Pierwsza rola na tej scenie to „Córka źle strzeżona”, typowy balet klasyczny, bodajże jeden z najstarszych. Miałam w nim niewielką rolę.

Wymarzona rola

Nie mam jeszcze takiej, wydaje mi się, że jeszcze jestem za młoda, by wiedzieć co będzie moim spełnieniem. Aktualnie najbardziej mi zależy by zdobywać jak najwięcej doświadczenia w tym zawodzie. Jestem otwartą osobą, również na teatr.

Wymarzony choreograf

Jest nim francuski choreograf Thierry Malandain z Ballet Biarritz. W czasie świąt wielkanocnych uczęszczałam do klasy baletu należącej do zespołu i miałam okazję zobaczyć jak on pracuje. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego, co robi i myślę, że praca z nim byłaby dla mnie czymś ekscytującym.

Najgorszy i najlepszy moment na scenie

Ten najgorszy: dwa lata temu złamałam nogę na scenie. Pamiętam, że biegłam, źle skręciłam stopę i złamałam kość. To był dla mnie bardzo bolesny moment, bo nie tylko nie mogłam skończyć mojego występu, ale nie mogłam też później pojechać w trasę z zespołem. To trudna sytuacja dla każdego tancerza, trzeba być na nią psychicznie przygotowanym. Najlepszy: możliwość pracowania ze słynnym choreografem Robertem Glumbekiem przy balecie „Dzieci z Dworca Zoo”. Druga rzecz, która sprawiła mi radość to spektakl dla dzieci oparty na „Czterech porach roku”. To był spektakl alternatywny, ponieważ tańczyliśmy bardzo blisko widowni a dzieci są najbardziej wymagającą i szczerą publicznością (śmiech). To było ciężkie fizycznie doświadczenie. Pamiętam, że byłam bardzo zmęczona po wszystkim. Dzieci trudno oszukać, więc jeśli chcesz żeby ci uwierzyły musisz dać z siebie wszystko i jeszcze trochę.

Krytyka

Najważniejsza dla mnie opinia to opinia publiczności a także osób, które kocham, mojej rodziny, przyjaciół. Zdanie krytyków jest zawsze najtrudniejsze do przyjęcia, ale też pozwala zejść na ziemię. Mnie wzmacnia, składa mnie w całość. Jestem perfekcjonistą wiec też jestem sama dla siebie bardzo krytyczna.

Osoba, którą podziwiam

Nazywa się Karolina Cichy. Chciałabym, abyśmy wszyscy mogli od niej uczyć się roli tancerza. Karolina jest zawsze pełna pasji, pełna miłości do tego zawodu i zawsze daje z siebie 1000%! Jest dla mnie jak siostra.

Jeśli nie praca na scenie, to co?

Oczywiście zawsze na pierwszym miejscu będzie taniec! Będę tańczyła tak długo jak tylko moje ciało mi na to pozwoli. Jednakże chciałabym się dzielić tym co mam z innymi. Pociąga mnie praca nauczyciela, choreografa. Dzielenie się swoją wiedzą i doświadczeniem mnie uszczęśliwia.

 

Marta Jesswein

Scena 

Trochę drugi dom, bo spędziłam na niej kawał życia. To miejsce, o którym marzyłam jako nastolatka i w którym spełniam się dziś. A czasami po prostu kawałek przestrzeni, którą trzeba umyć mopem…

Pierwszy spektakl 

Trudno mi powiedzieć, który tak naprawdę był pierwszy. Pamiętam występy konferansjerskie w gimnazjalnym kabarecie, późniejszą rolę drzewa w „Zielonej Gęsi” Gałczyńskiego. Ale pierwszą większą rolą była… hmm… powiedzmy „kurtyzana” w „Balu w Operze” Tuwima (bezcennym jest słyszeć od reżyser, że jest się „świetną dziwką” (śmiech)). Miałam wtedy 16 lat, byłam nieziemsko zestresowana i chciałam się pokazać z dobrej strony, a po spektaklu puściły mi nerwy i dobre 5 minut przepłakałam, bo ktoś powiedział mi, że w wydekoltowanej sukience nieco za bardzo było mi widać biust. Na szczęście niedługo potem nauczyłam się radzić sobie ze stresem związanym z występami i wspominam te pierwsze spektakle z sentymentem. 

Z kim chciałabym pracować

Mam ochotę powiedzieć, że niemal z każdym. Od kilkunastu lat współpracuję głównie z jedną reżyser (choć w nieco zmieniającym się zespole), bardzo odświeżające jest więc dla mnie spotkanie z inną metodologią, innym podejściem do pracy. Jest wiele osób w Szczecinie, praca z którymi byłaby dla mnie zaszczytem – niektóre z nich pojawią się w tym wydaniu Prestiżu (puszcza oko). Jest też wiele takich, z którymi pracowałam lub pracuję i niezmiennie daje mi to satysfakcję i radość – tu pozdrawiam serdecznie ekipę Teatru Nie Ma, rozwijać się przy Was to prawdziwy przywilej! Jeśli jednak kiedyś Tim Burton czy Tina Fey powiedzą mi, że potrzebują mnie w Stanach… nooo to, niestety, powiem Wam adieu! (śmiech)

Osoba, którą podziwiam

Ostatnio najbardziej imponują mi chyba młodzi rodzice, tacy jak moja siostra, kilka osób z Teatru Nie Ma czy dziewczyny z którymi tańczę w zespołach tribalowych. Pogodzenie rodzicielstwa z rozwojem osobistym to coś, co bardzo szanuję i właśnie podziwiam. To i… Tine Fey, oczywiście.

Najgorszy i najlepszy moment na scenie

Mam wspomnienie sprzed kilku lat, kiedy czekaliśmy w kulisach przed jakimś spektaklem. Publiczność wchodziła, wchodziła, wchodziła… i zdawało się to nie mieć końca. Kiedy usłyszałam „tu na podłodze jest jeszcze trochę miejsca” zdałam sobie sprawę, że nie wszyscy mieszczą się na sali. To był chyba najpiękniejszy moment – zdać sobie sprawę, że tyle osób chce spędzić czas właśnie tu, oglądając nas. Przypomniał mi się wtedy jeden z najgorszych momentów, kilkanaście lat temu, kiedy w bardzo trudnym spektaklu grało wraz ze mną sześcioro aktorów, a na widowni były dwie osoby – z czego jedna znajoma. Nasza reżyser, Tatiana Malinowska-Tyszkiewicz, powiedziała wtedy – gramy. Granie dla pustej publiki jest koszmarne, zbyt intymne. Za to uczucie, że się nie poddaliśmy – bezcenne.

Krytyka 

Przyjmuję ją bardzo osobiście. Ale pracuję nad tym! Najważniejsze jest chyba zdanie moich kolegów i koleżanek „po fachu". Najbardziej przykra jest zaś dla mnie krytyka najbliższych. Od kogo by jednak nie pochodziła, staram się znaleźć w niej coś konstruktywnego… kiedy już przykryję ją warstwą czekoladowego pocieszenia.

Praca kontra najbliżsi 

Prawda jest taka, że scena zjada mi większość wolnego – na co dzień pracuję biurowo, 8h dziennie, a czas, który mi pozostaje zwykle spędzam w Teatrze Nie Ma, na sali treningowej z zespołami Medeina i Sahiba Disy lub realizując inne projekty. Można więc zobaczyć się ze mną po godzinie 22, czasami w weekend, Swego czasu często słyszałam od mojej mamy stwierdzenie „Po co ci tyle tego, przecież ty nie masz życia” – nauczyłam się odpowiadać, że to właśnie jest moje życie. A najbliżsi… chyba już się przyzwyczaili. 

Jeśli nie praca na scenie, to co? 

To śmierć, oczywiście! (śmiech). Trudno mi wyobrazić sobie życie bez sceny, bo jestem z nią w różnym stopniu związana większość życia, od kiedy miałam 12 lat. Choć mam więcej niż jedną pasję, to większość moich zainteresowań wiąże się jakoś z występowaniem przed ludźmi. Nie wątpię jednak, że znalazłabym sobie zajęcie – z przyjemnością oddałabym się naukom humanistycznym, poświęciłabym więcej czasu sztuce przekładu, poszła na spacer, wreszcie zrobiła remont… (śmiech). Póki jednak nie muszę, pozwolę sobie na miłość do sceny.

Paula Niemczynowicz

Scena

Element magiczny w prozie życia. Jedni ludzie uprawiają sporty ekstremalne, kolekcjonują niesamowite rzeczy a ja mam teatr. Miejsce w którym wydarza się magia, dzieje się coś niecodziennego. Miejsce w którym człowiek się odkleja i odpływa. Co ciekawe, z natury jestem „control freak’iem”, nie lubię sytuacji czy miejsc, gdzie nie ma się kontroli, gdzie trzeba się puścić i lecieć. Boję się takich rzeczy, natomiast na teatralnej scenie, w momencie rozpoczęcia spektaklu, tracę kontrolę i daję się ponieść.

Pierwsza rola

To nie była pierwsza rola, ale jedna z ważniejszych dla mnie. Pamiętam jak bardzo chciałam zagrać „Merylin Mongoł” Kolady. Przyniosłam ten tekst do mojego teatru, pokazałam go mojej reżyserce i trafiłam. Dostałam możliwość zrobienia tego, byłam podekscytowana. Spektakl okazał się sukcesem, dostał kilka nagród, jeździliśmy z nim na festiwale. Najlepsze role to te, które sama wybieram, co, do których mam stuprocentowe przekonanie. To zawsze kończy się dla mnie sukcesem.

Praca nad rolą

W związku z tym, że nie skończyłam żadnej szkoły teatralnej tylko dokształcam się jeżdżąc na warsztaty, miałam moment, ze szukałam jak inni aktorzy własnej metody. Najbardziej naturalnie wychodzi to podczas pracy i nie da się, ot tak, wymyślić postaci od początku do końca.

Wymarzona rola

W związku z tym, że jestem specjalistką od miłości, od dramatycznych ról, tragicznych postaci – byłam już Ofelią w „Hamlecie”, Nastazja Filipowną w „Idiocie”, zawsze z ogromną przyjemnością gram w czymś emocjonalnie lżejszym, w komedii, co zdarza mi się szalenie rzadko. Role złych kobiet również mnie bardzo pociągają (śmiech). 

Z kim chciałabym pracować?

Z rosyjskimi reżyserami. Ten teatr jest mi bardzo bliski. To praca na głębokich emocjach z reżyserem, który kocha aktora i zawsze jest po jego stronie.

Najgorszy i najlepszy moment na scenie

Zdarzają się tzw. „białe kartki”, kiedy nagle brakuje w głowie tekstu i patrzy się pustym wzrokiem na koleżankę (śmiech) nie wiedząc co ma się powiedzieć. Nie jest to tragedia, gdyż wtedy jest miejsce na improwizację. Nawet złamane krzesło, dzwonek telefonu czy inne nieszczęście jakie może się wydarzyć, podczas przedstawienia, nie jest w stanie nas wybić z rytmu. Parę lat temu mieliśmy premierę „Świętego Walentego” Wyrypajewa. Pracowałam wtedy jako lektor angielskiego w Warzymicach. Była kiepska pogoda, mocne oblodzenie w Szczecinie. Przez warunki atmosferyczne utknęłam w Warzymicach, nic nie jechało do miasta. Zaczęłam się denerwować, że nie zdążę na premierę a przecież gram! Jakimś cudem, „za pięć dwunasta”, znalazłam kierowcę, który mnie podwiózł do teatru. Sama podróż trwała chyba z godzinę, samochód się ciągle staczał z oblodzonej drogi, mi się trzęsły ręce… Dotarłam w końcu, na czas, ale byłam przerażona, miałam pustkę w głowie, chciałam się rozpłakać. Nasza reżyserka podeszła do mnie, spojrzała i powiedziała spokojnym głosem „zatrzymaj, spokojnie, będziesz płakać po”. 

Krytyka

Nie radzę sobie z nią. Moja mama to zauważyła, kiedy próbowałam się dostać do szkoły teatralnej i nie udało mi się. Mocno to przeżyłam. Teraz te niepowodzenie postanowiłam przekuć w sukces. Poukładałam sobie to swoje aktorstwo i postanowiłam, że będzie ono szło inną drogą. Zresztą w moim przypadku jest dość barwnie. Nie dostałam się do szkoły, ale zaraz zdobyłam nagrodę. Raz moje role wzbudzają zachwyt, drugi raz słyszę, że muszę jeszcze popracować. Zawód aktora jest ciągle poddawany ocenie, ale taki jego urok.

Kobieta – aktorka

Zazwyczaj nie rozmyślam nad swoim zawodem, ale są momenty, kiedy uświadamiam sobie, że to co robię może mieć wpływ na innych. Czuję się wtedy jakbym spełniała jakąś misję (śmiech), niosła jakiś dar do ludzi. To całkiem przyjemne uczucie (śmiech).

Adrianna Janowska-Moniuszko

Scena

Jest dla mnie przestrzenią działań, w której obecność wymaga wzmożonej uważności, bo wszystko, co się tam zrobi (albo czego się nie zrobi), ma znaczenie. Myślę, że tak jest również poza sceną, ale na niej widać to wyraźniej. To też miejsce spotkania z drugim człowiekiem – partnerem i widzem. I to spotkanie za każdym razem jest świeże i nowe, i za każdym razem można postarać się przeprowadzić je „lepiej”. Taki trening. Jak w filmie „Dzień Świstaka”. Niby to samo, a za każdym razem może wyjść coś innego. I na scenie ten drugi człowiek powinien być najważniejszy, bo nawet jak aktor drapie się po nosie, robi to dla partnera i widza. Brzmi to chyba bardzo poważnie, więc dodam, że nie zdejmuję butów i nie robię trzech pokłonów wchodząc na scenę. (śmiech)

Pierwszy spektakl 

Mini przedstawienie stworzone z fragmentów „Słowa o Jakubie Szeli” Jasieńskiego, które robiliśmy bardzo dawno temu, podczas warsztatów dla młodzieży w Rabce. Zajęcia teatralne prowadził Jerzy Łazewski, który obsadził nastoletnią mnie ze studentem jednej ze szkół teatralnych w scenie, w której mieliśmy się pocałować. I nic oprócz tego nie pamiętam (śmiech), choć w scenie działo się niewątpliwie dużo innych, bardziej interesujących rzeczy. Ja pamiętam tylko to i że było dużo światła i że czułam się jak na haju, choć oczywiście nie wiedziałam wtedy co to haj. 

Trema 

Czasem sprawia, że zastanawiam się, czy jestem przygotowana, czy czegoś nie zapomnę, albo czy mam dość siły i wtedy oczywiście przeszkadza, bo myślę o sobie, zamiast skupić się na tym, co jest do zrobienia. Ale zdarza się, że ta energia zostaje ukierunkowana i wzmaga koncentrację, mobilizuje ciało, głos i wtedy to jest bardzo pomocne. Zdarza się np., że organizm aktora na czas przedstawienia jest w stanie „zapomnieć” o chorobie. Taki strzał adrenaliny.

Wymarzona rola 

Skąd mam wiedzieć?! (śmiech). Jest mnóstwo intrygujących postaci literackich i autentycznych, ale na rolę składa się bardzo wiele czynników. Dlatego nie wiem, chciałabym nauczyć się z każdej zrobić wymarzoną. Ale jeśli ktoś zaproponuje mi zagranie Ciri z „Wiedźmina”, zgodzę się bez wahania! 

Najgorszy i najlepszy moment na scenie, w pracy

Hm… trudno wybrać zwycięzców tego castingu. Zawsze najbardziej ekscytujące są momenty, kiedy partner zrobi coś nieoczekiwanego, albo nagle zapomina się tekstu i każda sekunda ciągnie się w nieskończoność. W takich momentach nie ma wątpliwości, że czas jest iluzją (śmiech), ale to nie jest ani złe ani dobre, to jest ciekawe, bo trzeba wyjść poza schemat, by sobie poradzić i nie zrujnować sensu przedstawienia. Najgorszy jest chyba brak sił i niechęć do wejścia w czyjś świat. 

Osobą, którą podziwiam 

Podziwiam wielu ludzi – moich przyjaciół, którzy pracują nad sobą i dzięki temu się rozwijają; kolegów z pracy, którzy robią rzeczy, których nie umiem, a chciałabym umieć; chyba wszystkie matki na świecie, a zwłaszcza moją, bo wciąż jest w stanie na mnie patrzeć i twierdzi, że mnie kocha; ludzi, którzy bez wytchnienia pracują dla innych; artystów, którzy osiągają najwyższą jakość w tym, co robią – i staram się czegoś od nich nauczyć. Od Lamy Ole Nydahla, Tildy Swinton, Niny Simon, Charlize Theron, Virginii Woolf, Stephena Hawkinga, od matki, od chłopaka, od garderobianej z teatru i wielu innych. Ich wszystkich podziwiam.  

Praca kontra najbliżsi 

Coraz lepiej, ostatnio nawet zaczynają się cieszyć. 

Praca nad rolą

Staram się pamiętać, by zadawać pytania, zamiast wymyślać odpowiedzi. Pytać i obserwować, co się pojawia. Czasem dużo czytam i oglądam filmy, a czasem chodzę na spacery i gapię się na ludzi. Czasem również piszę coś w związku z rolą. Ten ostatni sposób jest najbardziej ryzykowny, bo gdyby ktoś te notatki wykradł i opublikował, pewnie jakaś Literacka Komisja Estetyczna zamknęłaby mnie za grafomanię. 

Kobieta – aktorka

Wydaje mi się, że często popada się w pewne skrajności w sposobie postrzegania aktorek. Chyba nie trzeba ich ani ubóstwiać ani potępiać. Choć rozumiem, że czasem trudno się nie zakochać (śmiech) aktorzy i aktorki bywają bardzo inspirujący. Pewnie zostaje się aktorką ze względu na jakieś uwarunkowania, które się ma w sobie, ale to nie wszystko. Reszta to efekt systematycznego treningu, tak jak w każdej innej dziedzinie. Różnica jest taka, że pracujemy na wszystkich poziomach – ciałem, mową i umysłem. I to wszystko staje się narzędziem aktora. Może dlatego czasem trudno oddzielić kobietę-aktorkę od kobiety – po prostu. Mam jednak wrażenie i nadzieję, że kiedy nie jestem na próbie, scenie czy planie, to nie jestem aktorką, tylko tym, co nazywa się Ada.

 

Magdalena Wrani-Stachowska

Scena

To miejsce pracy chociaż ja tego tak nie postrzegam. W czasach studiów usłyszałam kiedyś, że niektórzy starsi aktorzy kiedy przychodzą do teatru i np. dotykają scenę, w ten sposób się z nią witają. Staram się też z nią jakoś witać. To rodzaj spotkania z kimś, z kim za chwilę będę coś wspólnie, mniej lub bardziej ważnego, robić. Scena daje mi spełnienie. Kiedy pierwszy raz na niej stanęłam, poczułam się jak w domu.

Pierwsza rola

W Teatrze Współczesnym niewielka rola w „Taurydzie. Apartado 679” Antoniny Grzegorzewskiej. Nie odczułam tego jakoś specjalnie mocno, dopiero prawdziwa „jazda bez trzymanki” pojawiła się przy „Piotrusiu Panie” Eweliny Marciniak. W tym spektaklu trzeba było latać, skakać, biegać, tańczyć, śpiewać i jeszcze grać. Do tego publiczność dziecięca więc najbardziej ze wszystkich szczera i intensywna, taka, która zawsze dobitnie daje znać, czy się jej coś podoba czy nie.

Praca nad rolą

Intuicyjna. Czasem zainspiruje mnie jakieś słowo, zdjęcie, scena z filmu, która pojawi się w mojej głowie. Jest jeszcze coś takiego jak gest psychologiczny. Rozmawiam często o emocjach z reżyserem. W tym przypadku bardzo długo się w sobie zbierałam by wejść w polemikę z reżyserem. Na początku myślałam, że skoro jestem młoda, świeżo po szkole, to nic jeszcze nie wiem i nie powinnam zabierać głosu. Od jakiegoś czasu, co raz mocniej wyrażam swoje zdanie w czasie pracy, podczas prób nad spektaklem.

Wymarzona rola

Jeszcze będąc w szkole marzyłam o roli Gruszeńki z „Braci Karamazow”. To wspaniała postać, z jednej strony bardzo erotyczna, a z drugiej tragiczna, bardzo piękna w swym nieszczęściu. Myślałam przez chwilę o Ofelii. Chciałam, żeby mnie podtopiono (śmiech), pociągała mnie jej eteryczność i zwiewnoś ćzyli cechy,których sama na co dzień nie mam okazji użyć. Teraz nie myślę o samej roli jako takiej tylko o zadaniu jakie otrzymuję od reżysera. 

Z kim chciałabym pracować

Marcin Liber, Wojtek Klemm, Agata Duda-Gracz… ci reżyserzy mnie fascynują, praca z nimi na pewno byłaby czymś niezwykłym.

Najgorszy i najlepszy moment na scenie

Zupełnie niedawno zdarzyło się coś takiego co było bardzo stresujące. Razem z zespołem zostaliśmy wpuszczeni w sytuację, powiedzmy performatywną, na którą nie byliśmy przygotowani. W pewnym momencie zrobiło się mocno "niewygodnie". W takich momentach trzeba na bieżąco kombinować, wymyślać. Pamiętam, że przez cały czas trwania spektaklu (który był pół godziny dłuższy niż powinien) serce waliło mi tak mocno, że pewnie spaliłam tyle kalorii co po dobrym workoucie. Za to bardzo przyjemny moment zdarzył mi się kiedy grałam w spektaklu „Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja” Katarzyny Szyngiery. Wyszłam na scenę w pełnym make-upie ze sztucznymi długimi rzęsami i w blond peruce. Po spektaklu gdy wyszliśmy do publiczności, to widzowie podchodzili do wszystkich żeby podziękować, tylko nie do mnie. To było wspaniałe uczucie, że nikt mnie nie rozpoznaje (śmiech).

Kobieta – aktorka

Bycie aktorką czasem jest pracą, jak każde inne zajęcie. Jednak kiedy spotykam się z setką a czasem z większą ilością osób, które mnie słuchają, patrzą na moje „wygłupy”, widzą jak płaczę, jak śmieję się, kiedy mogę spojrzeć w te wszystkie zwrócone na mnie oczy, to odnoszę wrażenie, ze mój zawód ma w sobie coś wyjątkowego.

Krytyka

Strasznie ją przeżywam! (śmiech) Potrafię przepłakać całą noc, kiedy usłyszę jakąś nieprzyjemną uwagę. Zresztą przez stres rozwaliłam sobie tarczycę. Cenię sobie za to opinie moich przyjaciół i mojego narzeczonego, który też jest aktorem i jego zdanie ma dla mnie duże znaczenie.

Jeśli nie praca na scenie, to co? 

Sama bardzo często zadaję sobie to pytanie. Zawsze marzyło mi się, żeby zostać tancerką ale patrząc realnie – praca ze zwierzętami.

 

 

 

Tekst: Aneta Dolega

Zdjęcia: Panna Lu

Makijaże, stylizacja: Agnieszka Szeremeta

Włosy: Patrycja Pietkiewicz

Asystentka: Karolina Górecka 

5( 115)
Maj'18
gajda