Redaktor szpieg

Autor

Krzysztof Bobala

Czy to już? Dlaczego? Przecież jeszcze jest wcześnie. Przecież mogłem spać chociaż pół godziny dłużej. Niestety dzień jak co dzień - już nie zasnę. Przewracam się na drugi bok i podejmuję jeszcze jedną próbę. Przegrywam. Próbuję otworzyć oczy. Na razie udaje się z jednym. Chwila i poddaje się też drugie. Otaczająca rzeczywistość wyłania się powoli z mgiełki. Ręką sięgam po telewizyjnego pilota. Wciskam czerwony guzik i powoli wzrok przyzwyczaja się do ekranu. Wybieram numer kanału jednego z programów informacyjnych. Dochodzi siódma, za chwilę wiadomości. Jeszcze tylko blok reklamowy. A tutaj wszystko biało-czerwone. Mistrzowskie przeceny. Koszulki reprezentantów. Piłki i szaliki. Wszędzie rozradowani, szczęśliwi kibice z pomalowanymi w barwy narodowe twarzami. I wreszcie oni - nasi gladiatorzy, bohaterowie mediów i stadionów. Żyletki, dezodoranty, telefony, stacje benzynowe, a nawet popularne sieci handlowe. Wszędzie są oni. Blok reklamowy dobiega wreszcie końca. Ruszają informacje. Ale dzisiaj wszystko jakoś inaczej. Zamiast prognozy pogody, popularna prezenterka łączy się z Rosją, gdzie jeden z tych młodszych redaktorów (oczywiście w reprezentacyjnej koszulce) podekscytowanym głosem wita mnie i wszystkich gapiących się w tej chwili w telewizor i informuje, że kwadrans temu stał pod oknami hotelu i właśnie wtedy zadzwonił budzik u Milika, a chwilę później u Rybusa. Z żalem niestety przyjąłem, że nie podano jaką pastą myli swoje reprezentacyjne uzębienie, ale już za pół godziny z ciekawością wysłuchałem informacji, że Glik zjadł na śniadanie gofra z dżemem, a nasz bohater narodowy Robert Lewandowski poranny posiłek ograniczył do dwóch jajek na miękko i tosta. Obaj do posiłku podobno pili także sok pomarańczowy.  W następnej godzinie nasz redaktor-szpieg, przez dziurkę w hotelowym płocie, kręci z wypiekami na twarzy, jak po hotelowych alejkach biegają żony naszych piłkarzy i co mnie dziwi najbardziej, potrafi je nawet rozpoznać (ja twarzy niektórych reprezentantów nie potrafię przypisać do nazwisk). I tak przez cały dzień, tylko Mundial, piłka i reprezentacja Polski.  Otwieram internet dokładnie to samo. Spoglądam w gazety - identyczne szaleństwo. Nieważne co dzieje się w gospodarce czy pogodzie. Nagle jakoś mniej o politycznych konfliktach i wojnie polsko-polskiej (to akurat fajne). Po prostu wszyscy jesteśmy jedną reprezentacją. Biało-czerwoną reprezentacją Polski. Balon nadmuchany do granic możliwości. I nagle mecz pierwszy, mecz drugi i balonik pękł.  Wszystko wróciło do normy. Przegraliśmy jak na poprzednich mundialach. Piłkarzy ogarnęła ogólnopolska krytyka. Memy, złośliwości, wylewane żale. Nagle nas denerwują ciągle jeszcze emitowane reklamy z piłkarzami i mistrzowskimi ofertami. Jeszcze wczoraj noszeni na rękach, dzisiaj krytykowani od Bałtyku po Tatry. Ale dlaczego, ale po co. To przecież tylko sport. Ktoś był po prostu lepszy. W tym dniu, w tych warunkach, z takim, a nie innym składem osobowym. Mi też nie podobał się styl naszej gry. Mi też było smutno, kiedy rozmaici eksperci od piłki kopanej uznawali nas za najgorszą drużynę na tym Mundialu. Ale może po prostu jesteśmy słabi piłkarsko, może mamy mniejsze umiejętności niż inni. Balonik z napisem Mistrzowie Świata napompowały głównie media, które zamiast myśleć realnie, stawiały na oglądalność, klikalność i inne mierniki popularności własnej. I szkoda tylko, że większość z nich tak szybko, i to o 180 stopni, zmieniła zdanie. Na szczęście Mundial trwa dalej, mecze będą coraz ciekawsze, a poza tym właśnie zaczyna się mój ukochany, tenisowy Wimbledon. Będzie co oglądać!

7( 117)
Lipiec'18
gajda